To nie tak jak myślisz, kotku

Z polskim kinem coraz lepiej. Mogłem się o tym przekonać wczoraj, gdy na pięć minut przed rozpoczęciem seansu wszedłem do sali kinowej, a tam zobaczyłem całkowitą pustkę. Aż się cofnąłem do kas i zapytałem, czy do dobrej sali wlazłem. Okazało się, że do dobrej, więc wróciłem z powrotem i do dwóch minut po upływie godziny seansu siedziałem na tej pustej widowni w całkowitej ciszy i zastanawiałem się, który to odcinek „Strefy mroku”. No ale potem światła przygasły i zaczął się seans. A i w trakcie reklam zdążyło się zejść jeszcze z dziesięcioro widzów.

A tak swoją drogą „Idealny chłopak dla mojej dziewczyny” jest reklamowany w tak durny sposób, że jak ktoś w ogóle skusi się na te nieśmieszne paro sekundowe scenki i pójdzie na całość do kina to się zdziwię. „To twoje mieszkanie?”, „Tak”, lu w ryja. Normalnie ubaw po pachy. Albo goły Kot. Rzuca około dziesięcioma tytułami filmów porno o dymaniu owiec, ale ani jeden z nich nie ma żadnego polotu. Mogliby się wysilić choć i sparodiować jakieś znane tytuły. Łoterwer. Obejrzę całość za jakieś dwa lata na TVN-ie.

A potem zaczął się film. Zaczął się od wypatrzenia przeze mnie Roberta Kozyry w napisach jako tego, który wybrał piosenki do filmu. Się normalnie natrudził, ze trzy były w tym tylko jedna, ta pierwsza na początku, dobra. No ale przynajmniej nie zdziwiło, że za chwilę z radia samochodowego poleciał jingiel Zetki. Ciekawe, czy Kozyra wybrał te piosenki za product placement tylko, czy dorzucili mu na waciki. Łotewer. Potem było autentycznie jeszcze lepiej i na serio przez chwilę przeszło mi przez łeb, że to może być dobry film. A wszystko dzięki jednemu dialogowi, który brzmiał mniej więcej tak:
– Gdzie moja żona?
– W kuchni.
– O Boże! Stało się coś?!

Potem, niestety, było gorzej.

Akcja filmu rozgrywa się w sopockim hotelu, do którego przyjeżdżają znany neurochirurg Filip Morawski Hoffman (Jan Frycz) w towarzystwie kochanki oraz jego żona (Katarzyna Figura) w towarzystwie kochanka. Nie wiedząc o tym, że mieszkają w tym samym hotelu, wkrótce dokonują strasznego zamieszania wśród swoich znajomych. Zamieszania, które może doprowadzić do straty szans Morawskiego na objęcie Bardzo Ważnej Posady (TM).

Począwszy od tytułu filmu, aż po „To nie tak…” to klasyczna komedia pomyłek, której akcja dzieje się w kilku zaledwie pomieszczeniach na krzyż. Z tego powodu bardziej nadaje się chyba na deski teatru niż na ekran kinowy i gdyby wciąż emitowana była „Kobra” to pewnie właśnie tam by się całość znalazła. A tak znalazła się na dużym ekranie i jestem przekonany, że nie jest on konieczny, żeby mieć pełną satysfakcję z seansu. Mówiąc wprost: do kina na to nie ma co iść, a i oglądać chyba za bardzo też nie ma większego sensu, bo lepiej poczytać sobie powieści Agaty Christie. Aczkolwiek (trudne słowo) nie jest tak, że to totalna kaszana i strata czasu. Aż tak źle nie jest, a i film Kryńskiego przynajmniej stara się przypominać film, a nie kolejne polskie romantyczne komedie („To nie tak…” nie jest romantyczną komedią, niezależnie od tego, jak próbują nam wmówić w reklamach), w których fabuła nie ma większego znaczenia. Tu jest z kolei odwrotnie – ilość zwrotów akcji, zamieszania i komplikacji starczyłaby na dwadzieścia polskich filmów. I ja to akurat doceniam, bo można by było olać sprawę zupełnie, nakręcić film o niczym w tej samej obsadzie i mamić widzów do kina głośnymi nazwiskami (jaki kraj, takie głośne nazwiska of koz).

Jeśli już więc znajdziecie się w kinie lub gdziekolwiek indziej, gdzie będą pokazywali „To nie tak…” to przetrwajcie pierwsze pół godziny, w trakcie których ziewałem bardziej niż strasznie, bo potem przychodzi taki moment filmu, w którym robi się autentycznie ciekawie i przez chwilę można poczuć podziw dla scenarzysty (jednakowoż Sławomir Kryński), że tak ładnie to wszystko ogarnął. Niestety, to tylko moment, bo potem już znów wracamy do przeciągania struny i wydłużania filmu do stosownych rozmiarów… ale ogólnie można przeżyć. Pośmiać się nie za bardzo, ale przeżyć z pewnością. Wielka w tym zasługa Jacka Borusińskiego, który kasuje wszystkich innych obecnych w tym filmie na ekranie. I mówię to ja, który kabaretu Mumio nie lubi.

Minusy z plusami się w tym filmie chyba równoważą, więc jest szansa, że komuś spodoba się bardzo, a komuś innemu w ogóle. C’est la vie. Ja kasy na bilet żałuję, ale nie aż tak strasznie, żeby rozpaczać. I tak nic lepszego nie było do wyboru. Podobnych komedii pomyłek deski teatrów na całym świecie widziały zapewne tysiące, ale fakt faktem, gdyby podłubać bardziej nad scenariuszem to z pewnością byłoby dużo lepiej. Pierwsze co, to trzeba by było wywalić w cholerę żenującego detektywa grubasa, postać absolutnie beznadziejną i z czapy wyjętą. Z banku złodzieje kradną dużą kasę, policja wie, w jakim hotelu i gdzie się zatrzymali i zamiast przyjechać na sygnale i wziąć kogo trzeba za bety to przysyłają jakiegoś półmózga, który poświęca całą parę na zagranie co najmniej drugiego Columbo, a tymczasem przez cały film jest bezsensownym jełopem, który tylko psuje film. Tak samo jak i wścibski kierownik hotelu czy tam inna hotelowa szycha (Sławomir Orzechowski), któremu od pierwszych minut filmu miałem ochotę powiedzieć głośne: „a spierd**aj!”. No ale przynajmniej jego udział w filmie rozumiem w przeciwieństwie do detektywa jełopa.

A i tak największe wrażenie zrobiła na mnie Małgorzata Kocik w roli Jane. To jej ekranowy debiut, ale chciałbym ją częściej widywać w polskich filmach. Nie musi nic mówić nawet 😉 3+(6). Film rzecz jasna.
(716)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.