Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki [Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull]

No więc pełen nadziei i oczekiwań wybrałem się w sobotę do kina na nowego Indianę Jonesa. Zaczęło się pozytywnie, bo po żenującej reklamie Comedy Central nic już nie mogło być gorsze… Na początek jednak dwa słowa o tym, że seria filmów z Indianą Jonesem nie jest dla mnie jedynie kolejnymi odhaczonymi filmami. Znaczy dla mnie troszeczkę więcej.

Nie jest tak, że filmy z Indianą Jonesem traktuję z jakimś szczególnym nabożeństwem, ale z pewnością uważam je za kultowe-tak-że-już-bardziej-się-nie-da. Każdą z trzech części oglądałem po kilka razy i za każdym razem był to seans pełen frajdy i radości z tego, że wymyślono kino. I choć teraz chyba udaje mi się obiektywnie spojrzeć na całą serię i spokojnie mogę powiedzieć, że taka np. „Świątynia zagłady” to film tak naprawdę słaby, który zupełnie nie pasuje do pozostałych dwóch odsłon, ale gdy mnie ktoś spyta, jaką bym mu dał ocenę, to pewnie bez wahania powiem, że 6(6). Choć właściwie, po zastanowieniu, to jest to film, którego bym nie oceniał. To po prostu Indiana Jones, a wiadomo, że Indiana Jones (obojętnie który) dobrym filmem był i już. Może dlatego, że wtedy, gdy widziałem go po raz pierwszy, to nie miał konkurencji, bo wiadomo jak to było z dostępem do amerykańskich filmów wtedy i jakiego by się wtedy nie dorwało, to oglądało się go z wypiekami na twarzy. A może dlatego, że miało się mało lat i inaczej patrzyło na filmy. Ale może i nie skoro po latach frajda z oglądania pozostała… Mącę. Bo lubię 😉

Obejrzałem w swoim życiu tysiące filmów, ale tylko w stosunku do niektórych, najlepszych, pamiętam okoliczności ich seansów. Jak miłe są wspomnienia, znaczy się. Z seansami wszystkich trzech filmów o Indym wiążą się jakieś moje wspomnienia. Nie pamiętam, którą część widziałem najpierw. Wydaje mi się, że zacząłem od „Świątyni zagłady”, a „Poszukiwacze…” byli na końcu. Na „Świątynię…” wybrałem się do kina. Powinienem jednak napisać „wybrałem się”, bo strasznie nie chciałem iść na ten film. Nie wiem dlaczego, głupi byłem czy co? Starzy mówili „chodź, będzie fajnie”, a ja „nie, nie, nie”. Dziwne. W końcu mnie jednak zaciągnęli no i pamiętam jak strasznie się bałem przy wyrywaniu serca. Patrzyłem przez palce i ogólnie byłem przerażony. Chyba nawet miałem pretensje, że mnie wzięli ze sobą. Tak czy siak „Świątynia…” była chyba jedynym Indianą, na którym byłem w kinie. Coś mi się majaczy, że może „Poszukiwaczy…” też zaliczyłem na dużym ekranie, ale pewności nie mam. A skoro już o „Poszukiwaczach…” to z nimi wiąże się taka historia, że kiedyś mieli lecieć w Sylwestra, a ja sobie bardzo chciałem ich nagrać. No, ale parę godzin wcześniej potłukłem duże lustro w przedpokoju i wkurzona Cruella schowała mi kabel od tv do vcr-a i nic nie wskazywało na to, że uda mi się go nagrać. No, ale jej przeszło zanim wyszła na imprezę sylwestrową. Natomiast jeśli chodzi o „Ostatnią krucjatę” to mój pierwszy z nią kontakt miał miejsce podczas pewnej wyprawy po pierwszy odtwarzacz video, jaki zagościł w moim domu. Nie było tak lekko, żeby iść do sklepu i kupić (znaczy może i było, ale nie u mnie). Trzeba było wyhaczyć kogoś, kto przywiózł sobie taki odtwarzacz z dalekich krajów i komu się on znudził i chciał go sprzedać. No to wyhaczyliśmy, odwiedziliśmy go w domu, a on akurat jadł z rodziną kolację i oglądali „Ostatnią krucjatę” właśnie. Odtwarzacz przywieźliśmy do domu i jeszcze tylko wystarczyło przestroić SECAM na PAL i wio. Ale nie z „Ostatnią krucjatą”, bo ten nam nie sprzedał.

Jak więc widać, trylogię z przygodami Indiany traktuję dość sentymentalnie i ogólnie nie jest ona dla mnie kolejnym filmem, który obejrzałem i odhaczyłem. Dlatego też z jednej strony cieszyłem się, że robią kolejną część, a z drugiej bałem, że coś spieprzą i nie pozostanie nic innego jak tylko napisać żal.pl. Miałem jednak nadzieję, że nie będzie tak źle – w końcu dwadzieścia lat to dużo czasu na napisanie dobrego scenariusza. Taaak.

Dalej mogą być spoilery. Nie wiem czy będą, bo nie wiem jeszcze co napiszę, ale mogą być. Będę się starał, żeby jeśli już, to nie było aż tak wielkich, ale może mi nie wyjść, więc ostrzegam.

Pierwsze światełko ostrzegawcze zapaliło mi się podczas oglądania trailera. Zobaczyłem płaskowyż Nazca i tak sobie pomyślałem, że oho, żeby to czasem nie chodziło o tych takich, co to o nich dużo Daniken pisze. Pomysł z pomieszaniem tego razem z Indianą Jonesem wydawał mi się absurdalny, ale niestety moje przewidywania się sprawdziły, co niestety przyjąłem z wielkim żalem. Zresztą, sceptycyzm mi się włączył już wcześniej na widok samego tytułu. Poszukiwanie jakiejś tam Kryształowej Czaszki „mówiło” wprost – „wszystko, co fajne już zostało odnalezione, sami musimy wymyślić jakiś artefakt”. Nie wiem jak Wy, ale ja wolę jak ktoś poszukuje Arki Przymierza albo Świętego Graala, a na wymyślone na poczekaniu pierdoły reaguję alergicznie. Już w „Świątyni…” Indy szukał trzech kamyków z narysowanymi liniami, ale gdy to oglądałem jakoś byłem w stanie uwierzyć, że to rzeczywiście coś przynajmniej zbliżone w swojej wartości do Arki, a nie zwykłe trzy otoczaki. W przypadku Kryształowej Czaszki już nie byłem taki ufny, a sceny, w której Indy zachwyca się przerośniętą, błyszczącą czachą, a potem próbuje nawiązać z nią kontakt telepatyczny skwitowałem w kinie jednym zdaniem: „dobrze, że nie mam inteligencji, bo w tej chwili czułaby się obrażona”. Nie no, bez jaj. Przecież ta czaszka z daleka zalatuje tandetą. Gdybym ja reżyserował ten film i pod groźbą śmierci musiał opowiedzieć o takiej właśnie czaszce, to starałbym się pokazywać ją jak najrzadziej. A tutaj nie. Indy’emu oczy się świecą na widok wydłubywanej z łepetyny szaraka kryształowej pierdoły, a potem siedzi z rzemykiem na głowie i odgrywa konwulsje. Co za dużo to niezdrowo. Nie mogli nakręcić „Indiany Jonesa i Kryształowej Komnaty” na ten przykład? Albo „Indiana Jones feat. Pan Samochodzik – Skarb Templariuszy feat. Holy Graal”. Całość ratuje w moich oczach jedna tylko myśl: „hej, ale w Poszukiwaczach latały duchy i zamieniały nazistów w modelinę, może gdybyś Kryształową Czaszkę oglądał piętnaście lat temu, to byś się zachwycał?”. Wątpię.

OKi, ustaliliśmy już sobie, że główny pomysł na fabułę i główny artefakt są do dupy, czas może przejść (na chwilę niestety) do tego, co mi się w filmie podobało. Z netu przeciekały do mnie informacje, że pierwsze pół godziny jest ok, a potem można już wyjść z kina. Rzeczywiście, coś w tym jest, bo początek mimo kilku zbyt wielkich głupot był obiecujący. Fruwanie w lodówce łaskawie przemilczę, bo cóż tu gadać.

Nie wiem, po jaką cholerę ten cały nuklearny wątek, bo można było dać zupełnie coś innego bez szkody dla filmu, a nie trzeba by było uciekać się do wyściełanych gąbką (no bo jak inaczej?) lodówek. Dla fabuły nie miało znaczenia czy wspomniano by o bombie atomowej czy o czymś zupełnie innym. Choć muszę przyznać, że podobała mi się w tych początkowych sekwencjach atmosfera amerykańskiego nuklearnego wariactwa z lat 50. tak często obecna w klasycznych horrorach i filmach sf tamtej ery. Szczęśliwa amerykańska rodzina bez skazy i schron nuklearny w piwnicy. Fajowe klimaty, które udało się ładnie pokazać także i w Indym. Choć jak tak zestawić powagę nuklearnej psychozy z fruwającym na lianach Shia LaBeoufem (boszsz, co za nazwisko) to się człowiek zastanawia ococho. Wiadomo nie od dzisiaj, że jak coś jest dla każdego, to jest dla nikogo i trochę w przypadku Kryształowej Czaszki tak jest.

Drugą rzeczą, która mi się w Indym podobała (a przynajmniej mi się nie nie podobała) był Harrison Ford. Ryzyko było spore, że dziadek rady nie da, ale mu się udało z pomocą technologii i dublerów. Na szczęście nie próbowano zatuszować jego wieku i wmawiać, że ma czterdziechę, co nie było wcale takie niemożliwe biorąc pod uwagę pomysły dzisiejszej kinematografii. Nie ma się więc może co aż tak bardzo dziwić, że się Indy’emu zdziadziało i nie sypie już tak onelinerami jak kiedyś. Szarych komórek mniej, to i lotność mniejsza. Choć chętnie bym pozamieniał wszelkie „Wszystkie kobiety miały jedną wspólną wadę: nie były tobą” na „Wszystkie kobiety miały jedną wspólną wadę: były kobietami” itd. itp.

Co tam jeszcze było fajnego. Fajne były uśmiechy do widza w postaci Arki, zdjęć Marcusa na ścianach uczelni (znaczy to tak na wyrost tu wpisuję, bo potem było Marcusa więcej, ale przez chwilę gdy mignął w tle pomyślałem, że już więcej go nie będzie i że jestem z siebie dumny, że go dostrzegłem przez tę chwilkę) i cytatów z „Gwiezdnych wojen”, fajny też był klasyczny czarny charakter (charakterka) mówiący z silnym rosyjskim akcentem. I tutaj przechodzimy do rzeczy, które niestety były niefajne. Bo choć czarna charakterka była fajna, to już niefajna była Cate Blanchett, która pasowała mi na czarny charakter średnio, żeby nie powiedzieć słabo. Starała się, robiła co mogła, ale niewiele mogła, bo już nawet w tych dopasowanych kombinezonach nie wyglądała za groźnie. Wisiały na niej jak na manekinie, to i wpasowała się do roli. Moim zdaniem oczywiście 😉

No niestety, lista głupot jest w przypadku czwartego Indiany bardzo długa. Wymieniłem już lodówkę, główny pomysł na fabułę, Cate Blanchett, a przecież zostaje jeszcze dużo, dużo więcej, bo i film trwa dość długo, a jak to zauważył gambit: „te pół godziny kończy się, gdy lądują w Peru, tak?”:
– Postaci pojawiające się ni mnie ni więcej tylko z dupy – chłopaki na cmentarzu (czy co to tam było) w Peru. Wyskoczyli znienacka, porobili zamieszania, dostali po łbie i koniec; aż się prosiło, żeby Indy powiedział, że to starożytni obrońcy peruwiańskich grobów, którzy naukę capoeiry wysysają z mlekiem matki… no ale nie powiedział.
– Postaci się pojawiają, a przedmioty znikają – co torowało drogę samochodom podczas walki na rapiery czy tam inne szable? To wielkie takie wydające głośne odgłosy zostało rozwalone, a tymczasem droga dalej była przejezdna, ze wskazaniem na super hiper przejezdna. Kichu?
– Straszna infantylność; co to miało być z tym Tarzanem, małpami, pieskami preriowymi? Tylko Ewoków brakło. Może będą w piątce, bo przecież po takim zakończeniu czwórki…
– Za dużo scen rodem z szalonej komedii. Humor humorem, ale amfibia lądująca na drzewie to już przesada. Tak samo jak i teksty Raya Winstone’a „kłamałem z tym podwójnym agentem” ble ble i „Jonesy, Jonesy!” co pięć minut. A masz trzeci raz w ryja! Ło jakie to śmieszne!
– CGI biło po oczach. A miało nie być wcale. Siekierka.
– Scenariusz pisany na kolanie. Byle do przodu. Ruscy potrafią zmontować akcję zbrojną na Area 51 w samym centrum Stanów, a nie potrafią znaleźć głupiej skrzynki. Chłopaki lądują w Peru i zdaje się na straganie dowiadują się, gdzie szukać Oxa czy jak mu tam było. Choć to w sumie genialne w swojej prostocie… Rany, nawet nie postarano się o jakieś zaskoczenia – bezczelnie wyrzucane nadajniki były dość jednoznaczne. I sporo innych pierdółek, których teraz nie pamiętam. Byle pchnąć akcję do przodu.
– Mrówki. Łomatko. Szczególnie, że o ile się nie mylę, posłużono się nazwą faktycznej odmiany mrówek. Ale… jeśli one rzeczywiście człowieka potrafią wciągnąć do mrowiska, to zwrócę honor za ten podpunkt.
– Niezniszczalny Indy. Ale tak na fest! Lodówka, trzy razy z wodospadu, łup na skalną półkę pod koniec… A on sobie nawet palca nie złamał. Są jakieś granice. Serio, nawet dla faceta, który rymnął z samolotu na pontonie prosto na Mount Everest. Ale tylko raz, a nie co dwadzieścia minut.
– Fatalne wprost zakończenie (choć samiutka końcówka z kapeluszem mi się podobała). Wszystko począwszy od wejścia do piramidy Majów czy co to tam było (dużo tego, co to tam było, jak mu tam, ale mi się nie chce sprawdzać, wierzę, że wiadomo, o co chodzi). No, ale że Spielberg z Lucasem zdziecinnieli na starość, to cóż się dziwić. Choć przynajmniej pośmiać się było z czego. Ruska pani naukowiec ledwo spojrzała na… yhm… no na to, o co w filmie biegało i od razu wszystko wie. Jeden mózg, kilka organizmów bla bla bla. „Chcę wiedzieć!” Aż się prosiło, żeby otrzymała odpowiedź „42”. A tak swoją drogą to super klamki mieli ci, no ci tacy, wiecie którzy. Żeby wleźć do tego tam trzeba było czaszkę przystawić. Przerąbane tak za każdym razem wychodząc do kibelka brać ze sobą swoją czaszkę… BTW ogarnia ktoś jak się to wszystko zaczęło? Znaczy się chłopaki siedzieli gotowi do lotu i już już, a tu wszedł konkwistador i żywemu zabrał czaszkę? Wot, maładiec!

No i dużo więcej, ale już mi się myśleć nie chce, a tym bardziej pisać, bo się dość znacznie nastukałem.

Podsumowując: chcieli dobrze, ale im nie wyszło. Powierciłem się na fotelu, ale nie było tak źle, bo towarzysz z lewej strony sypał tekstami typu „Spielberg próbuje nam wmówić, że to ruscy wytępili Indian”, a towarzyszka z prawej miała wiele pytań, na które moja męska duma kazała odpowiadać z jak największą fachowością. A no i dostałem darmowe tic taki i jednorazówkę do golenia.

Najgorszy film wszech czasów to to z pewnością nie jest, bo ogląda się go sprawnie i bez kłopotów, ale jak się tak choć przez parę sekund zacząć zastanawiać podczas seansu… No i współczynnik nieprawdopodobności za duży. Ja wiem, to Indy, bez sensu czepiać się tego, że nieprawdopodobny. Ale są jakieś granice.
(626)

3 odpowiedzi

  1. Kolejny plus dla Q-bloga! Człowiek zrobi sobie maraton klasycznej serii przygodowej, a na blogasku aż nadto informacji o nim, łącznie z zapisem komentarzy (http://quentin.pl/2007/06/grave-danger-vantage-point-indiana-jones.html). Ciekawa sprawa, że zrobiłeś z tego oddzielną notkę, ale to dobrze w kontekście usunięcia bloksowych komentarzy (ciekawe jak dużo innych interesujących dyskusji przepadło?).
    A do tego jeszcze kilka życiowych historii (tych samych) opisanych w różnych miejscach w trochę inny sposób :-)

    A co do samego Indiany Jonesa to nie sposób się nie zgodzić, że mimo upływu lat nic się nie zestarzały filmy. Najnowsza część trochę nużyła pod koniec, ale i tak trzymała niezły poziom.

  2. Quentin

    Tak gwoli ścisłości to komentarze nie przepadły. Nie skasowałem bloksa tylko zablokowałem do niego dostęp. Pewnie sporo ciekawego stuffu tam było, może kiedyś pojawi się technologia odsiewania ziarna od plew na poziomie komentarzy Bloksa :).

    Nie no, kryształowa Czaszka się do dupy nie nadaje ;).

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl