Top Gun: Maverick (2022), reż. Joseph Kosinski.
Top Gun: Maverick (2022), reż. Joseph Kosinski.

Top Gun: Maverick. Recenzja filmu z Tomem Cruise’m

Jeśli macie nadzieję na to, że oto trafiliście w końcu na recenzję, w której przeczytacie, że Top Gun: Maverick jest słabym, przehype’owanym filmem, to od razu mówię, że porzućcie te nadzieje. To tylko kolejna recenzja chwaląca widowisko Josepha Kosinskiego, która miała zacząć się od długiego akapitu dotyczącego spraw bieżących, które nie są związane z tym filmem. Ale uznałem, że ten akapit będzie na końcu, bo jest to recenzja filmu Top Gun: Maverick, a nie jakieś ogłoszenia parafialne. Recenzja filmu Top Gun: Maverick.

O czym jest film Top Gun: Maverick

Pete Mitchell aka Maverick (Tom Cruise) to utalentowany pilot myśliwców, który znany jest też ze swojej niesubordynacji i własnego zdania. Z tego powodu nie dane mu było dochrapać się najwyższych funkcji w amerykańskiej marynarce. Zamiast tego testuje najnowsze myśliwce i wcale nie narzeka. Choć i tutaj ma okazję do zagrania na nosie kolejnym admirałom (Ed Harris). Byłoby się to kozakowanie skończyło wydaleniem z wojska, ale znajomość z admirałem Tomem Icemanem Kazanskym (Val Kilmer) sprawia, że zamiast kopa, Maverick dostaje nowe zadanie. Ma trzy tygodnie na wyszkolenie najlepszych z najlepszych pilotów nowego pokolenia, którzy po tym czasie ruszą do śmiertelnie niebezpiecznej misji zniszczenia zakładów wzbogacających uran. Pete wsiada na motor i jedzie do San Diego, gdzie ponownie stanie w podwojach elitarnej szkoły Top Gun, którą kiedyś ukończył. Spotka tu nie tylko byłą dziewczynę (Jennifer Connelly), ale przede wszystkim syna Goose’a, Roostera (Miles Teller).

Zwiastun filmu Top Gun: Maverick

Recenzja filmu Top Gun: Maverick

Nie jestem fanem pierwszej części filmu. Nie podobała mi się wtedy, gdy była najbardziej kultowa, nie podoba mi się teraz (próbowałem zmęczyć) i nie czuję do niej absolutnie żadnego sentymentu. Zróbcie sequel Dziewczyny z komputera, zróbcie sequel Interceptora, zróbcie sequel Gorączki śmierci – będę podekscytowany (szczególnie tym ostatnim, bo tam wszyscy zginęli). Sequel Top Gun w ogóle mnie nie ruszał. Przynajmniej jako sequel „kultowego filmu ery VHS”, bo już jako film z Tomem Cruise’m jak najbardziej. Tom zna się na swoim fachu i można po nim oczekiwać fajerwerków.

Pozbawiony więc zupełnie ciężaru sentymentu i nostalgii, zasiadłem sobie w IMAX-ie przed dużym ekranem i znakomicie się bawiłem dostając film, o którym większość znajomych opowiada wspominając szczenięce lata i oglądany na siódmej kopii z VHS-a Top Gun. Kiedy przez lata słuchałem tych wszystkich zachwytów o tym filmie, z opowieści wyłaniał mi się właśnie film taki jak Top Gun: Maverick. A nijak film, który znam jako Top Gun.

Większość rzeczy, o których przeczytacie w Internetach odnośnie tego filmu Josepha Kosinskiego, jest prawdą. Nie będę powielał więc za bardzo tych wszystkich pochwał, bo są one słuszne i Top Gun: Maverick na nie zasługuje. Pojadę banałem, który też pewnie często jest powtarzany, ale gdyby wszystkie sequele takie były, to nikt by na kino nie narzekał. Nie wiadomo właściwie nawet, czemu akurat po 35 latach postanowiono powrócić do Top Gun, ale z której strony by na to nie patrzeć, nie da się tu nijak zarzucić filmowi, że perfidnie korzysta ze sławy poprzednika. Widocznie potrzeba było 35 lat, żeby porządny sequel musiał powstać. A może po prostu minęło już tyle lat, że nikt nie będzie już pamiętał, że to w zasadzie podobny film. Naoliwione chłopaki grają w siatkówkę przy pompatycznej muzyce, a potem lecą samolotami walczyć ze złem. Dlaczego w Top Gun mnie to nie przekonało? Nie wiem. Dlaczego w Top Gun: Maverick mnie to przekonuje. Też w zasadzie nie wiem, ale nie dbam o to.

A przecież min na tym polu minowym było sporo i gdzie wybuchnąć na nich też było od groma miejsc. Tak jak Top Gun ery Reagana był propagandową reklamówką możliwości wuja Sama, tak Top Gun: Maverick też pokazuje widzowi, że nie ma drugiego tak fajnego miejsca jak wojsko. Nowoczesny sprzęt, fajni koledzy, piwko po ciężkim treningu – wykładowcy trochę krzyczą i można zginąć, ale to przecież dla Ameryki, więc koszty są o wiele mniejsze od zysków. A rzeczy, które mogłyby tu zgrzytać, jest przecież więcej. Maczyzm, którego nie powstydziłby się sam John Milius, patetyczna muzyka, piękni panowie i piękne panie, kontekstowy scenariusz itd. itp. No kurde, nic nie zgrzyta. Dostaliśmy proste i szczere kino, dla którego wymyślono termin „summer blockbuster”. Kinowe widowisko, które niby oferuje nie więcej niż upchnięte co piętnaście minut przeloty myśliwców, a które zjada na śniadanie te wszystkie komputerowe wydmuszki Marvela (lubię je, ale bledną przy nowym Tomku). Również dlatego, że Cruise nie tylko sam wsiadł do kokpitu i poleciał, ale też wysłał na stosowny trening kolegów z obsady, żeby mu potem w trakcie zdjęć nie zarzygali tego kokpitu. Wyszło spektakularnie. Ostatni tak blockbusterowy film Bruckheimera, w którym dużą rolę grał samolot, to był chyba Con Air – Lot skazańców. Z tą różnicą, że film z Cage’m był głupi. Kiedy więc wiemy już, co Top Gun: Maverick ma najlepszego, pora sobie troszeczkę pomarudzić i napisać, czego mu brakuje. A brakuje mu krwistych czarnych charakterów. Nie chodzi mi o to, aby nazwać ich z imienia, nazwiska i kraju (walczymy z kimś tam, kto gra na nosie NATO), ale o to, aby przynajmniej dać im jakąś twarz. Bohaterowie Top Gun: Maverick przez cały film walczą z wrogiem, który wysyła przeciwko nim wyrzutnie rakiet, samoloty i inne ustrojstwa przez co za bardzo przypomina to misję na symulatorze albo walkę ze sztuczną inteligencją. Trudno wczuć się w tę misję, która przypomina akcję przeprowadzoną na zamkniętym poligonie z udziałem dokładnie zaprogramowanych przeszkód. Szczególnie że okazuje się, że jeden z pilotów wroga posiada umiejętności, których nawet w Top Gun cię nie nauczą. To tylko wzmacnia poczucie, że chłopaki z jakimiś robotami walczą, a przecież nie poszedłeś do kina na film science-fiction. Na szczęście do tego czasu zdążyłeś już ich wszystkich polubić, więc emocjonujesz się, bo nie chcesz, żeby zginęli. Nie przeszkadza więc ten brak badguyów. Choć ich obecność mogłaby pomóc.  

(2533)

A teraz pora na wspomniany we wstępie wstęp, który miał rozpoczynać ten wpis, ale go skończy. Wstęp, który się Wam należy jak psu zupa, bo w końcu dostajecie pierwszy wpis od dwóch tygodni, a zaledwie trzeci w całym maju.

No więc spokojnie. Istnieniu Q-Bloga nic nie zagraża. Egzystencjonalne rozkminy blogowe mam nadal i czasem rzuciłbym to wszystko w cholerę i pojechał w Bieszczady, ale nie, Q-Blog jest niezagrożony. Nie mogę obiecać, że będzie tu więcej wpisów (szczególnie że statystyki są tak samo niskie czy coś piszę, czy nic nie piszę), ale mogę obiecać, że blog nie padnie i nie zostanie zamknięty. Na pewno przyjdzie taki czas, że będzie tu wszystkiego więcej. Nie jest to ten czas z wielu względów, ale głównie z tego względu, że w maju obejrzałem, bo ja wiem, z sześć filmów, nie więcej. Nie ma więc za bardzo o czym pisać, co wymówkę, że nie ma też kiedy, czyni jeszcze bardziej wygodną. Tak się to jakoś ułożyło, że akurat w maju 2022 prawie niczego tu nie było, ale złożyło się na to wiele czynników, a nie jakiś jeden konkretny. A na pewno nie taki, że Q zamyka majdan. Nie zamyka. Kurde, już raczej nic takiego jak ten blog, co by mnie przeżyło i po mnie pozostało w postaci pracy twórczej – nie stworzę… Co nie zmienia faktu, że dalej wkurwiam się np. wtedy, gdy uświadamiam sobie, że Google pewnie ucina mnie w wyszukiwaniach z powodu wiadomych easter eggów, ku której myśli skłaniam się od jakiegoś czasu. Ponad dwa i pół tysiąca recenzji, recenzje przedpremierowe, polecajki filmów, o których nie słyszeliście, bądź o których usłyszycie po raz pierwszy u mnie, zanim pojawią się gdzie indziej; i inne rzeczy, którymi staram się Was zainteresować od ponad piętnastu lat, ale nikt tu nie trafi, bo do wpisów podrzucam linki do gołych bab. Popierdzielone to wszystko.

Aha, byłbym zapomniał. Dużo więcej mnie obecnie na Twitterze. Jestem tam aktywny właściwie codziennie, więc jeśli ktoś chce być na bieżąco z moimi gównianymi opiniami o tym i tamtym, to zapraszam tam. W końcu udało mi się poczuć filmowy klimat Twittera, co powinienem już dawno zrobić kosztem Q-Fejsa, na który i tak nikt nie zagląda (wiem, wiem, bo nic nie piszę – błędne koło). Tak więc serio, wbijajcie na Twittera, tam będziemy kontynuować naszą filmową znajomość. A Q-Blog będzie istniał i tak.

PS. Zna ktoś jakiegoś magika, który by mógł za niezbyt sowite grosze zostać moim nowym adminem i pomógł mi pogrzebać przy Q-Blogu (znaczy sam pogrzebał :P), żeby wyglądał ładnie, działał pod SEO i miał w miarę aktualny backup? Aktualnie o to ostatnie najbardziej się martwię, bo jak mi wszystko padnie, to będę cienko śpiewał. (Choć nie tak cienko jak w sytuacji, gdy codziennie coś tutaj pisałem).

Jeśli macie nadzieję na to, że oto trafiliście w końcu na recenzję, w której przeczytacie, że Top Gun: Maverick jest słabym, przehype’owanym filmem, to od razu mówię, że porzućcie te nadzieje. To tylko kolejna recenzja chwaląca widowisko Josepha Kosinskiego, która miała zacząć się od długiego akapitu dotyczącego spraw bieżących, które nie są związane z tym filmem. Ale uznałem, że ten akapit będzie na końcu, bo jest to recenzja filmu Top Gun: Maverick, a nie jakieś ogłoszenia parafialne. Recenzja filmu Top Gun: Maverick. O czym jest film Top Gun: Maverick Pete Mitchell aka Maverick (Tom Cruise) to utalentowany pilot myśliwców, który…

Czas na ocenę:

Ocena: 9

9

wg Q-skali

Podsumowanie: Równie utalentowany co niesubordynowany as lotnictwa wraca do elitarnej szkoły, by podjąć się szkolenia młodych pilotów myśliwców przed ruszeniem do śmiertelnie niebezpiecznej misji. Znakomite do oglądania kino, które z łatwością wdziera się do grona najlepszych sequeli w historii. Dawno nie było w kinach takiego widowiska.

9 odpowiedzi

  1. Śledzę bloga od czasów jak pół polski czekało na Twoje napisy do Prison Break’a, śledziłem Losty i Dextera i wsiąkalem razem w kolejne seriale. Zaglądam od lat dla recenzja przed i po seansachm Świetna robota i fajny styl. Życzę większej ilości wyświetleń i przebicia się gdzieś wyżej do mainstreamu(jesli chcesz:))!

  2. Uwielbiam dla mnie 10/10

  3. Bardzo lubię tutaj zaglądać. Robię to od bardzo bardzo dawna. Lubie Pana poczucie humoru i cenię recenzje. Śledzę konto na twitterze, właściwe oba 😉 Często jestem w kinie, przed seansem zawsze tutaj zaglądam i prawie zawsze po. Będzie mi tych treści brakowało. Dziękuję za wszystko! Katana top! 😉

  4. frank drebin

    Też tu dziś byłem. Chciałbym coś mądrego lub fajnego napisać ale poprzednicy wyczerpali temat :)
    Co do TG to do tego na vhs też nie czułem mięty i tego sequela też chyba sobie odpuszczę, nawet zwiastunów nie chciało mi się oglądać.

  5. Quentin

    @Los_iek
    Pociąg do mainstreamu przegapiłem gdzieś około 2009 roku :)

    @modelsmile
    Bloga czy Top Guna? :)

    @D@rek
    Spokojnie, trochę treści jeszcze na pewno wyprodukuję. Nigdzie się nie wybieram, choć mógłbym pójść w miasto w takiej katanie 😉

    @frank drebin
    A spróbuj tego Mavericka, fajny jest!

  6. ” Również dlatego, że Cruise nie tylko sam wsiadł do kokpitu i poleciał, ale też wysłał na stosowny trening kolegów z obsady, żeby mu potem w trakcie zdjęć nie zarzygali tego kokpitu.”

    I dla takich tekstów uwielbiam ten blog!! rozbawił mnie setnie!!
    No musiałem to napisać…

  7. Quentin

    Widać, że kolega przeszkolony na treningu Q-medialnym – nie zarzygał sekcji z komentarzami 😉

  8. Pański blog lubię najbardziej za sytuację, kiedy uważam czytając Pana recenzje przed obejrzeniem filmu, iż na pewno ocena wystawiona przez Pana jest za niska…a potem okazuje się ze miał Pan rację, i człowiek ma moralnego kaca, że mógł nie marnować czasu na seans;)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl