Miłość, seks i pandemia (2022), reż. Patryk Vega.
Miłość, seks i pandemia (2022), reż. Patryk Vega.

Miłość, seks i pandemia. Recenzja filmu Patryka Vegi

Są filmy, które po prostu trzeba obejrzeć. Najlepiej jak najszybciej, żeby potem nie umknęły. Filmy, na których przecierasz oczy ze zdumienia, nie możesz uwierzyć, w to, co oglądasz i o których możesz później opowiadać godzinami, chłonąc coraz bardziej rozszerzające się gały swoich słuchaczy. Takim filmem jest bez wątpienia Miłość, seks i pandemia. Patryk Vega jest jak Japonia, gdyby nie istniał – trzeba by go było wymyślić. Recenzja filmu Miłość, seks i pandemia.

O czym jest film Miłość, seks i pandemia

Kaja (Anna Mucha) to dziennikarka prasy kolorowej. Bardzo lubi się ruchać i wykorzysta ku temu każdą okazję, nawet wtedy, jeśli jej partner przy okazji jej przyłoży z piąchy i na nią nasika. Olga (Zofia Zborowska) to jedna z dwóch najlepszych przyjaciółek Kai. Pani adwokat, która po godzinach krzyczy na mieście, że jebie ciapatych, a w domu ignoruje cielęce zaloty swojego partnera, z którym zrobiła sobie niedawno dziecko, ale to chyba był błąd. Świętą trójcę uzupełnia jeszcze Nora (Małgorzata Rozenek-Majdan), która bardzo lubi fotografować ruchanie, ale nazywa to sztuką. Klimakterium już puka do jej drzwi i zdaje sobie sprawę, że jedyne, co jej zostaje, to zalegalizować związek z dildo. Jest jeszcze kuzyn Kai, Bartek (Sebastian Dela). Zahukany dwudziestoparolatek, który jeszcze nie widział cycków, bo pochodzi z bogobojnej rodziny świadków Jehowy. Zanim pandemia postawi na głowie całe ich życie, Kaja postanowi zdyskredytować notorycznego podrywacza prowadzącego zajęcia dla grubych prawiczków, Olga zakocha się w ciapatym poecie, który sprawia, że robi jej się mokro na dźwięk słów „twój brzuch to oaza” w języku habibi, Nora zakocha się w przystojnym młodzieńcu po zawodówce, któremu marzy się kariera w telewizji, a Bartek zostanie czipendejlsem, bo ma długą fujarę.

Zwiastun filmu Miłość, seks i pandemia

Recenzja filmu Miłość, seks i pandemia

No i co. Najprościej byłoby napisać, że to Patryk Vega i czego innego niby należało się spodziewać? Ale sprawa nie jest taka prosta. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. Osoby, która głośno tu parę razy pisała, że Vega jest na dobrej drodze do zrobienia w końcu niezłego filmu. Można się głośno śmiać, żadnego problemu z tym nie mam, ale kilka ostatnich filmów Vegi nie wyglądało tak źle, jak opinia o nich. Miały swoje momenty, a z odpowiednim nastawieniem dało się je oglądać z ubawem spowodowanym wcale nie żenadą. Poniekąd zresztą moje przypuszczenia się sprawdziły (przynajmniej w mojej opinii, bo wiadomo, spytaj kogoś o filmy Vegi to ci powie bez oglądania, co o nich sądzi), bo Vedze w końcu wyszedł dobry film – nie pisałem o nim jeszcze – Small World. No i naturalną koleją rzeczy powinno być to, że następne produkcje Papryka Vegety będą jeszcze lepsze. A tu okropna Pętla (nie chce mi się sprawdzać, ale zrobiona chyba po Small Worldzie, choć z wcześniejszą premierą) i jeszcze okropniejszy Seks, miłość i pandemia.

Gównofilm, o którym dzisiaj mowa, jest o tyle gorszy, że wcale nieźle zrealizowany. Pod tym względem Vega ewoluował w stosunku do np. dwóch przedostatnich Pitbuli, w których wszystko było nie tak. Miłość, seks i pandemia zaczyna się jak gdyby od środka, ale potem już akcja toczy się w miarę sprawnie i logicznie. Oczywiście przy zachowaniu stosownych proporcji, ale jest tu jakiś tam pomysł i reżyser chce nam coś przekazać. Nie ma się wrażenia chaosu i poupychaniu kolejnych scen tam gdzie nie potrzeba. Aktorsko też za bardzo nie ma co kręcić nosem, choć nie da się ukryć, że głównym zadaniem głównych aktorek jest takie pokazanie się w filmie, żeby przypadkiem kawałka gołej dupy nie pokazać. A to wyczyn, bo to głównie film o ruchaniu, które Vega mylnie nazywa w tytule seksem. Trzeba też brać poprawkę na nazwiska tu występujące. Łatwo byłoby powiedzieć, że pani Rozenek się nie nadaje, ale obiektywnie patrząc wypada wcale nie gorzej niż koleżanki z zawodem w ręku. Najlepiej radzi sobie Dela, który został tu jednak wepchnięty w taki kanał, że trochę go żal. Kiedy wydaje ci się, że chłopaka nie dało się już wpierdolić na większą minę, następuje kulminacja w postaci reklamy Cinkciarza z udziałem pląsających afrykańskich dzieci i jakieś prawdziwej zakonnicy, która im pomaga i która nie jestem pewien czy wiedziała, w co się wpakowała. Nie zdziwiłbym się, gdyby do dzisiaj nie wiedziała, że wzięła udział w tym gównofilmie.

Paradoksalnie więc, choć we wspomnianych wcześniej Pitbulach nie grało wszystko, to jednak oceniam je wyżej od filmu Miłość, seks i pandemia. Też były gównofilmami, ale takimi dość szczerymi i dawanie im Jedynek byłoby niesprawiedliwe dla tego pięciolatka, który pełen pasji postanowił zrobić film na miarę swoich możliwości i umiejętności. Choć jako film-film Miłość, seks i pandemia się obroni, to jego tematyka, granie stereotypami, chamstwo, prostactwo i dydaktyzm najebanego Bergmana przyprawiają o ciarki. To film, którego założeniem było pokazanie trudnych kontaktów międzyludzkich we współczesnym szybkim świecie zatrzymanym przez pandemię. A przynajmniej finalnie, bo początkowo raczej pandemii nie miało tu być wcale. Ta się jednak przytrafiła, Vedze udało się w trakcie lockdownu nakręcić parę ujęć pustej Warszawy, więc postanowił dodać je do filmu, dorobić do tego stosowną ideologię i dopisać do scenariusza również COVID-19.

I kurde, chyba mogło nawet z tego wyjść coś porządniejszego. Przy innym twórcy scena z bohaterami filmu słuchającymi kazania i wprowadzającymi po słowach kapłana zmiany w swoim życiu – wydaje się, że mogłaby być wartościowa i definiująca cały ten film o ludziach chodzących w gównie, którzy nagle przewartościowują wszystko i postanawiają z tego gówna wyjść.

No ale zrobił to Vega i wyszedł z tego obrzydliwy gównofilm o obrzydliwych ludziach, którzy widzą tylko czubek swojego nosa. I rozumieją to, co dzieje się na świecie mądrościami wujka Janusza, czyli tzw. chłopskim rozumem. W warstwie wizualnej Vega powstrzymał się na szczęście od szokowania scenami przemocy czy obrazowo pokazanego seksu, pardon, ruchania. Dużo się o tym mówi, ale pokazuje się na szczęście niewiele, choć pewnie pokusa była spora, bo krzykniesz „płyny ustrojowe” i pierwszy przyleci Vega. Tym razem Vega szokuje treścią. Choć słowo „szokować” należy tu zrozumieć jako zdziwienie tym, że można być takim prostakiem i tak prostacko postrzegać świat i ludzi. Świat i ludzi, który istnieje tylko w głowie Vegi próbującego nas przekonać, że tak to właśnie wygląda w tej warszawce życie dziennikarek, adwokatek, znanych fotografek i setek lasek, które po pracy idą się ruchać z nieznajomymi, a po ruchaniu z nieznajomymi od razu od razu idą do pracy. OK, OK, pokazane tu rzeczy na pewno mogły się wydarzyć tu i ówdzie, ale nagromadzenie tego w dwugodzinnymi filmie przekracza tę granicę absurdu, po której już się nie dziwisz, a zaczynasz śmiać się jak kretyn, za którego ma cię reżyser. Nie wyobrażam sobie, że można nie umrzeć ze śmiechu, gdy np. brodaty habibi-poeta myje sobie na naszych oczach fiuta nad zlewem, żeby za chwilę wziąć od tyłu Zośkę Zborowską. No rola życia. Zborowskiej, nie habibi-poety.

Polecam. Takiego gównofilmu jeszcze nie widzieliście.

(2522)

Są filmy, które po prostu trzeba obejrzeć. Najlepiej jak najszybciej, żeby potem nie umknęły. Filmy, na których przecierasz oczy ze zdumienia, nie możesz uwierzyć, w to, co oglądasz i o których możesz później opowiadać godzinami, chłonąc coraz bardziej rozszerzające się gały swoich słuchaczy. Takim filmem jest bez wątpienia Miłość, seks i pandemia. Patryk Vega jest jak Japonia, gdyby nie istniał – trzeba by go było wymyślić. Recenzja filmu Miłość, seks i pandemia. O czym jest film Miłość, seks i pandemia Kaja (Anna Mucha) to dziennikarka prasy kolorowej. Bardzo lubi się ruchać i wykorzysta ku temu każdą okazję, nawet wtedy, jeśli…

Czas na ocenę:

Ocena: 1

1

wg Q-skali

Podsumowanie: Trzy przyjaciółki i jeden kuzyn zaczynają dostrzegać pustkę swej egzystencji, gdy pandemia COVID-19 zmusza wszystkich do zamknięcia się w domu. Gównofilm.

6 odpowiedzi

  1. Ej, no ale gorsze od „Ciacha” chyba być nie może?
    Czy też udało się panu Patrykowi popełnić większe gówno? Byłby to nie lada wyczyn.

  2. Quentin

    Nie pamiętam już dobrze „Ciacha”, też miało 1/10. Tak na czuja – MS&P jednak lepsza.

  3. No i namówiłeś 😉

  4. Ojojoj…..Ten film jest bardzo zły :(

  5. frank drebin

    No wreszcie, o takiego „soczystego” Quentina nic nie robiłem. A przeczytałem z prawdziwą przyjemnością :) No ale koń (vega), jaki jest, każdy widzi.
    P.S. jak wspomniałeś, że kilka ostatnich filmów paprika vegety było niezłych to myślałem, że zapoomniałeś o „Pętli”, ale jednak nie :p

  6. Ciekawa recenzja. W mojej opinii filmy Vegi są dla głupiego ludu. A że na świecie więcej głupich niż mądrych to wychodzi sporo takich „świetnych” filmów. Pozdrawiam!

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl