Bo to grzech, It's a Sin (2021), Russell T. Davies. HBO GO.
Bo to grzech, It's a Sin (2021), Russell T. Davies. HBO GO.

Serialowo, s13e08. Co kryją jej oczy, Bo to grzech. Netflix, HBO GO

Nazbierało się tego trochę. Też jesteście ciekawi, czy uda mi się krótko opisać kilka seriali, czy może długo opiszę jeden i zrobię z tego recenzję, a nie Serialowo? Nie odpowiadajcie. Wiem, że i tak byście nie odpowiedzieli.

Serialowo, s13e08

Co kryją jej oczy, Behind Her Eyes. Netflix

Pewnego dnia zupełnie znikąd pojawił się zwiastun tego właśnie serialu, a może tylko krótka wzmianka o tym, że powstaje. Nie pamiętam. W każdym razie pisali, że oparty na podstawie książki serwuje zaskakujące zakończenie, które wyrwie z majtek. I ostrzegali, żeby nie spoilerować i nie psuć zabawy widzom i czytelnikom. Nie trzeba mnie było dwa razy namawiać, lubię produkcje ze zwrotami akcji, więc trzeba było sprawdzić.

David (Tom Bateman) to nowy psychoterapeuta, który rozpoczyna pracę w jednej z klinik. Niedawno wprowadził się niedaleko stąd wraz z żoną (Eve Hewson), stąd nowa praca i, poniekąd, nowe życie. Sekretarką w klinice jest samotna matka o imieniu Louise (Simona Brown), która szybko nawiązuje romans z Davidem.

Nie ma większych wątpliwości, że gdyby nie zapowiedź zaskakującego końca, to nie dobrnąłbym do końca tego serialu. Nie dlatego, że jest jakiś zły, ale dlatego, że to kolejna porządna, ale co najwyżej poprawna produkcja serialowa, jakich w ostatnich miesiącach jest coraz więcej. Za dużo, żeby z niesmakiem wyłączyć, za mało, żeby ze smakiem dotrwać do końca.

Plusem Co kryją jej oczy jest to, że ma zaledwie sześć odcinków, więc szybko można się z nim zmierzyć. Wydaje mi się też, że gdzieś tak od trzeciego odcinka serial staje się bardziej interesujący niż wcześniej, więc nie będziecie mieli kłopotów z dotarciem do końca. Poniekąd fajne jest również to, że fabuła w pierwszych odcinkach rozwija się bez jakiegoś ważnego akcentu kształtującego fabułę. Nikt nie ginie, nie ma żadnego śledztwa czy tajemnicy. A mimo to twórcom udało się stworzyć serial, w którym podskórnie czuć, że coś tam się za tym wszystkim kryje – nie wiadomo co. Czujesz, że jest tajemniczo, ale tego nie widzisz, bo widzisz tylko laski siedzące na drinku czy w saunie i kolesia, który z przeuroczego misia-pysia zamienia się w ułamku sekundy szefa-chuja. Człowiek się pyta w myślach: o co w tym wszystkim chodzi?; oraz zaskakująco śledzi Internet: o, to córka Bono z U2!.

Potem zaś przychodzi koniec, który z racji swojej zaskakującej natury, lepiej zachować przemilczanym. Nie tylko konkrety, ale i szczególiki, które mogłyby Was naprowadzić na rozwiązanie zagadki, której przez połowę serialu właściwie nawet nie ma. Opuszczę więc to terytorium zaznaczając jedynie, że choć zaskakujące, to nie lubię tego typu rozwiązań tu zaserwowanych. Przez co z żadnych gaci mnie ten koniec nie wyrwał.

Bo to grzech, It’s a Sin. HBO GO

Są produkcje, których obejrzenia z lektorem żałuję. To jedna z takich produkcji.

Lata 80. ubiegłego wieku. Do Londynu zjeżdżają młodzi ludzie z całej Anglii chcący znaleźć się w centrum wszechświata i czerpać z życia całymi garściami. Kilku gejów wprowadza się do dużego mieszkania w jednym z londyńskich budynków. Ritchie (Olly Alexander) chce zostać aktorem, Colin (Callum Scott Howels) krawcem, a Roscoe (Omari Douglas) chce odciąć się jak najmocniej od swojej homofobicznej, afrykańskiej rodziny. Ekipę uzupełniają jeszcze przystojny Ash Mukherjee (Nathaniel Curtis) oraz ich wspólna przyjaciółka Jill (Lydia „Chubby Tessa Thompson” West), która chyba po prostu bardzo ich lubi, bo nie ma żadnego innego powodu do tego, żeby mieszkała razem z nimi i uczestniczyła w ich życiu. Pomimo tego, że start naszych bohaterów jest wyboisty, wspólnie udaje im się chwycić życie za rogi. Starają się też nie przejmować coraz głośniejszymi pogłoskami o zarazie gejów – AIDS.

Pięcioodcinkowy serial Russella T. Daviesa to kolorowa kronika londyńskiej społeczności LGBTQ+, której w burzliwych latach 80. przyszło żyć i umierać w cieniu wirusa HIV. I choć trafiają się tutaj sceny, które utkwią potem w gardle na dłużej, trudno nie oprzeć się umiejętnie budowanemu wrażeniu, że to dzieło, które u podstaw jest rozrywką i dobrą zabawą umożliwiającą w ten sposób choć na moment wskrzeszenie tego kolorowego świata pełnego młodzieńczej pasji, spełniania marzeń, przyjaźni na śmierć i życie i niczym nieskrępowanego seksu. Ten ostatni, pokazany dość obrazowo, może stanowić dla niektórych widzów barierę nie do przejścia, no ale to rozważania na zupełnie inny temat. Jak również refleksje na temat tego czy bohaterowie sami zasłużyli sobie na taki a nie inny los. I czy najlepszą metodą na przeżycie życia jest prawdziworomansowa: żyj szybko, umrzyj młodo i zostaw po sobie atrakcyjnie wyglądającego trupa. No z tym ostatnim to akurat tutaj dyskusyjnie.

Autorzy Bo to grzech zdają sobie sprawę, że nawet mówiąc o poważnych tematach, łatwiej dotrzeć do widza prezentując mu je w błyszczącym papierku po cukierku. Przeplatają więc seks, śmiech i taniec z łożem śmierci i pustym łóżkiem w szpitalnej izolatce.

Bo to grzech umiejętnie łączy rozrywkę z dramatem. Zabawę w życie z zabawą w śmierć. Ekscytację kolejnymi sukcesami i tragedię spowodowaną odejściem. Bo przecież za każdą taką śmiercią jest ktoś bliski, kto pozostaje i kto musi się z tym wszystkim zmierzyć. Autorzy serialu umiejętnie chwytają wszystkie konieczne sroki za ogon. Choć to tylko pięć odcinków, kreślą szeroki kontekst całej sytuacji, śledząc poprzez życie bohaterów, związane z nim życie społeczności w tym konkretnym miejscu i czasie. Wydarzenia serialowe nie są zawieszone w jakimś wyimaginowanym niebycie, a bohaterowie aktywnie uczestniczą w walce o swoje w społeczeństwie, które wolałoby ich nie widzieć. Te z kolei postawy najlepiej widać na przykładzie bliskich bohaterów Bo to grzech, którzy na swój sposób (nie)radzą sobie z „tragedią”, jaką niewątpliwie jest dla nich orientacja swoich dzieci.

PS. W przypadku serialu Bo to grzech idziemy z duchem czasu, a jego obsadę stanowią w większości aktorzy homoseksualni. Wiadomo, heteryk teraz nie może zagrać geja. Zastanawiam się jednak czy to będzie również działać teraz w drugą stronę? Bo jakoś wydaje mi się, że nie.

Servant, do s02e06. Apple TV+

Szkoda strzępić jęzora. Tak jak pierwszy sezon Servant był świetny, tak drugi sezon świetny nie jest. Gdzieś tam mignęło mi, że twórcy serialu mają pomysł na zylion sezonów i to po dwójce widać. Kiedy wydaje się, że akcja w końcu ruszy z kopyta, ta dalej stoi w miejscu i ruszyć się nie chce. Momentami przykro na to patrzeć, choć to nadal niezła propozycja na zimowe wieczory. Ciekawie zrealizowana (jedno mieszkanie) i korzystająca z dobrodziejstw techniki w kreowaniu ekranowych wydarzeń. Nie wiem, czy dotrwam do finału.

2 odpowiedzi

  1. frank drebin

    Ja ostatnio nie mam zdrowia/szczęścia do seriali, co wezmę na tapetę to się chłamem okazuje albo produkcją prawie dla dzieci –
    – Vikings – dla dzieci, na tyle mnie zniechęcił, że nawet finałowego odcinka 1 sezonu nie chciało mi się paczeć
    – Marco Polo – jakieś też dziecięce, out po 2 odcinkach
    – Black Sails – to samo, 2 odcinki i out
    – Frontier – jeden odcinek i out
    – Godless – tu miałem oczekiwania ale nie sprostał, dwa odcinki i out
    – Carnivale – legendarny, od lat planowany, kilka odcinków i out
    – Trapped – słabizna, 2 odcinki i out
    – 30 srebrników – niezły pierwszy odcinek a potem ostro w dół, chyba ze 4 odcinki obejrzałem i out
    – Ku jezioru – to dla debili jest, aż dwa odcinki dałem radę

    Szkoda czasu na badziew, tyle tego jest kręcone a jeszcze ze 300 ebooków czeka a jeszcze praca i dom jest.
    Teraz jadę wreszcie Peaky Blinders i to jest świetne, w kilka dni 4 sezony pykłem. Wreszcie serial dla dorosłych – fabuła, aktorstwo 10/10, kamera
    Od dawna myślę o Sopranos, Line of Duty, the Wire, ale tam wszędzie duuużo sezonów jest :(

  2. Black Sails jest super, ale trzeba do niego cierpliwości. To najlepsze realistyczne przedstawienie piratów w kinie jakie widziałem, ciekawe jak wiele rzeczy zgadza się z prawdą historią, choć to prequel Wyspy Skarbów. I nie wiem co w nim jest dla dzieci. Piszesz że to samo jak w Marco Polo, czyli jakieś to dziecięce.

    Viking jest spoko, ale jak jest Ragnar, później fabuła się mocno rozwodniła. Zresztą już przy ostatnich sezonach z Fimmelem akcja bardzo mocno zwolniła i zrobiło się średnio. O wiele lepszy z takiej tematyki jest Last Kingdom, w którym się poziom nie obniża, co nastąpiło w ostatnich sezonach Wikingów.

    Godless to porządny serial, ale z westernów jednak lepsze jest Deadwood z HBO.

    Carnivale to arcydzieło, nawet za powtórki. Z serialami jest tak, że trzeba trochę czasu nim się rozkręcą jak choćby Carnivale, który był planowany na 4 albo 5 serii i to widać w pierwszych odcinkach, że jest dopiero budowany świat, a potem serial przedwcześnie skasowano. Nie każdy świetny serial zaczyna od dobrego Pilota, wiele dobrych seriali ma słabego Pilota, a nawet cały słaby 1 sezon. Najlepszy przykład to Spartakus, którego Pilot mnie odrzucił całkowicie, to był tragiczny odcinek, a potem się wciągnąłem w historię. Ale ja mam zasadę trzech, 4 odcinków jak nie wciąga po czterech to odpuszczam.

    Sopranos, Wire, LoD długie? To nic w porównaniu z np. Supernatural, 15 sezonów, po ponad 20 odcinków:-)

    Line of Duty to świetna rozrywka od BBC, a sezonów niby dużo, ale to brytyjski serial, więc i tak są krótkie. Wszystkie sezony LoD (po 5 lub 6 odcinków) razem trwają tyle ile sezony amerykańskich seriali, czyli 20-25 odcinków.

    Sopranos i Wire to też arcydzieła. Choć Wire to typowy serial dla Davida Simona, w które się ciężko wchodzi. Pilota oglądałem 3 razy, a kupił mnie serial tak naprawdę dopiero od 2 serii. Nie raz miałem kryzys, ale po zobaczeniu finału nie żałowałem, że obejrzałem całość i nie dziwię się zachwytom nad Prawem ulicy.

    Niby serii dużo, ale wszystkie sezony LoD (po 5 lub 6 odcinków) razem trwają tyle ile sezony amerykańskich seriali, czyli 20-25 odcinków.

    Peaky Blinders to dobra produkcja, ale scenariuszowo to nic ciekawego, serial się broni stroną wizualną, muzyką i aktorstwem, a nie fabułą.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.