Nawiedzony dwór w Bly, The Haunting of Bly Manor (2020), reż. Mike Flanagan.
Nawiedzony dwór w Bly, The Haunting of Bly Manor (2020), reż. Mike Flanagan.

Nawiedzony dwór w Bly. Recenzja serialu Netfliksa

Napisać, że miotają mną sprzeczne uczucia, to nic nie napisać. Z jednej strony Nawiedzony dwór w Bly to serial, który w dobie pandemii trzeba wyjątkowo cenić, bo kto wie, czy w najbliższym czasie będą mogły powstawać tego typu produkcje, a z drugiej zamaszyście ziewałem na nim częściej niż wymagałaby tego przyzwoitość. Z jednej strony doceniam tę gotycką historię miłosną z gęstym klimatem grozy, a z drugiej zgadzam się, że – choć nie ma sensu porównywać obydwu produkcji – to już nie to samo, co Nawiedzony dom na wzgórzu. Z jednej strony chcę chwalić w jak najwznioślejszych słowach te dwa wyjątkowe odcinki serialu Nawiedzony dwór w Bly, z drugiej strony przynajmniej kolejne dwa inne odcinki wyciąłbym w cholerę. No i sam już nie wiem, co sądzę o serialu Nawiedzony dwór w Bly od Netfliksa. Recenzja serialu Nawiedzony dwór w Bly. Netflix.

O czym jest serial Nawiedzony dwór w Bly

Sympatycznie wyglądająca kobieta (Carla Gugino) pojawia się na pewnym weselu chyba tylko po to, żeby zaspoilerować jego gościom najnowszy serial Netfliksa. W tym celu, zapewniając, że nie ma z nią niczego wspólnego, rozpoczyna opowiadanie historii sprzed lat kilkunastu, której bohaterką jest niejaka Dani Clayton (Victoria Pedretti). Zgłasza się ona do opieki nad dwójką dzieci, Florą (Amelia Bea „Świnka Peppa” Smith) i Milesem (Benjamin Evan Ainsworth), których rodzice zginęli przed rokiem. Opiekunem dzieciaków jest zajęty swoimi sprawami wujek (Henry Thomas), który nie chce się w to wszystko angażować bardziej niż to niezbędne. Dochodzi do wniosku, że Dani jest idealną kandydatką na nianię i oferuje jej tę posadę. Zadowolona Dani rusza więc na angielską wieś do dworu w Bly, gdzie zamieszka razem z dziećmi, kucharzem (Rahul Kohli), ochmistrzynią (T’Nia Miller) i ogrodniczką (Amelia Eve). Początkowo wszystko wygląda na sielskie i anielskie, ale jak to w przypadku kilkusetletnich dworów bywa, mają one swoje tajemnice.

Zwiastun serialu Nawiedzony dwór w Bly

Recenzja serialu Nawiedzony dwór w Bly

Historia serialu Nawiedzony dwór w Bly sięga dalej niż decyzja szefostwa Netfliksa, że nakręci ów serial. Na początku była powieść Henry’ego Jamesa wydana w Polsce pod dwoma tytułami: Dokręcanie śruby oraz W kleszczach lęku. Na jej podstawie William Archibald napisał sztukę pod tytułem The Innocents, która stała się inspiracją do nakręcenia filmu Jacka Claytona. W kleszczach lęku, bo taki polski tytuł nosił, pojawił się w kinach w 1961 roku. Scenariusz do niego napisali Archibald i Truman Capote. Minęły dziesięciolecia aż wreszcie po prozę Jamesa sięgnął Mike Flanagan.

Nie znam powieści Henry’ego Jamesa. Znam film Jacka Claytona i gdy tylko pierwszy raz go obejrzałem (w tym roku; ma się ten zapłon), zacząłem zastanawiać się, jakim cudem materiału wystarczy na dziewięcioodcinkowy serial z odcinkami trwającymi godzinę. Wychodziło mi, że nie wystarczy i rzeczywiście nie wystarczyło. Pod tym względem raczej nie będę sprzeczał się z dużą porcją recenzji podkreślających, że serial Nawiedzony dwór w Bly jest o wiele za długi. No jest, bez straty można by to ścieśnić do, ja wiem, pięciu odcinków, a ten poświęcony wujkowi wywalić na przykład w kosmos całkowicie.

Tyle że twórcy serialu Nawiedzony dwór w Bly chyba wcale nie zależało na tym, żeby było to dzieło wartkie, pełne zwrotów akcji i kończące się twistem. Zależało mu raczej na oddaniu gotyckiego klimatu powieści przeniesionej na ekranie w lata 80. ubiegłego wieku. Czy to przeniesienie się sprawdziło? Nie do końca jestem pewien, bo lata osiemdziesiąte nie zostały tu wykorzystane i nie wydaje mi się, żeby Nawiedzony dwór w Bly cokolwiek stracił, gdyby rozgrywał się w połowie XIX wieku. Co innego, jeśli chodzi o oddanie gotyckiego klimatu miłosnej opowieści z dreszczykiem. To wyszło perfekcyjnie – co jednego zachwyci, a drugiego zanudzi. A mnie uwięzi gdzieś pomiędzy.

Nawiedzony dwór w Bly to „drugi sezon” świetnego Nawiedzonego domu na wzgórzu. Wydaje się, że poza obsadą obydwu produkcji nie łączy nic więcej, ale – podobnie jak z całym pełnym sprzeczności serialem – także i tutaj nie jest to takie jednoznaczne. Motyw nawiedzenia, tajemnicze gmaszysko, poukrywane w kadrach duchy – to wszystko łączy obydwie produkcje. Gdy cała reszta je dzieli na tyle, że trudno je porównywać. I oczekiwać od nich tego samego. I pewnie stąd niezadowolone głosy tych, którym podobał się pierwszy serial, a drugi niekoniecznie. Bo z jednej strony tak, to coś zupełnie innego. A z drugiej, nawet jeśli, to powinno się obronić bez ciężaru porównań z jednym z najlepszych seriali stworzonych przez Netfliksa.

Zawsze po premierze horroru pojawia się wysyp ludzi wypisujących, że to komedia, bo ani razu się nie wystraszyli. To oczywiście indywidualna sprawa, czego się boisz, ale trudno traktować tego typu opinie poważnie. Chciałoby się zobaczyć jednego czy drugiego delikwenta, który budzi się w środku nocy obok takiej roztopionej twarzy, ale to już pomijam. A i owszem, Nawiedzony dwór w Bly to bardziej melodramat niż horror, ale pisanie, że nie ma w nim nic z horroru, jest bzdurą. Klimat grozy cały czas wisi w powietrzu i sprawia, że atmosfera serialu jest gęsta i mroczna. Przez bite dziewięć odcinków czuje się z tyłu głowy ten niepokój, że zaraz coś się stanie. A że finalnie okazuje się, że to opowieść o miłości? No a czym niby miałby być gotycki horror?

Złośliwcy powiedzą, że zamiast klimatu grozy czuli przez dziewięć odcinków znudzenie. I trudno się będzie z nimi sprzeczać, bo bezapelacyjnie Nawiedzony dwór w Bly potrafi zanudzić. Wszystko tu rozwleczone jest do granicy absurdu i jeśli nie wczujesz się od razu w to tempo narracji – przepadłeś. Flanagan celebruje niemal każdą scenę i wydaje się lubować w tej celebrze. Bierze dość prostą historię do opowiedzenia w jednym filmie fabularnym i wyciska z niej ostatnie soki. I znów z jednej strony można być pod wrażeniem prowadzenia narracji i wprowadzania retrospekcji kolejnych postaci, a z drugiej krzyczeć do ekranu: do konkretów! Do konkretów!

Poza tym wszystkim Nawiedzony dwór w Bly to po prostu serial ładny. Przyjemnie się go ogląda i trudno czepiać się tu czegokolwiek w warstwie realizacyjnej. Podobnie jak w pierwszym sezonie, gdzie dostaliśmy np. odcinek w całości nakręcony w jednym ujęciu, tu również trafiają się takie dwie odcinkowe perełki. Jedna poświęcona ochmistrzyni, druga czarno-biała. One udowadniają, że Flanagan to twórca, którego trzeba mieć zapisanego w swoim notesiku, bo potrafi dać coś fajnego, być może nawet zachwycić. Ale też trzeba pamiętać, że gra według swoich własnych reguł, które mogą ci się, drogi widzu, nie spodobać.

Finalnie więc nie wiem, co sądzić o serialu Nawiedzony dwór w Bly. Wynudził mnie jak cholera, ale trudno zaprzeczać, że jest to produkcja wyjątkowa (czy tam wyróżniająca się – jedno i drugie nie oddaje istoty tego, co mam na myśli :P).

3 odpowiedzi

  1. Bly to nie tylko adaptacja W kleszczach lęku, ale też innych książek Henry Jamesa, zresztą w napisach początkowych pisze, żę oparte na pracach pisarza. Nie wiem dokładnie w którym odcinku kończy się historia z W kleszczach lęku, a od którego zaczynają się historie z innych powieści, ale jak bym miał obstawiać to cała druga połowa (odcinki 6-9), to ekranizacja innych prac Jamesa, np odcinek z wujkiem i sobowtórem, to pewnie adaptacja innej książki.

    Całościowo mi się podobało, mimo tego że Flanagan zrobił jedynie pierwszy odcinek, ale od pierwszego do ostatniego klimat znany z filmów Flanagana się wylewa. Zaznaczam że bardzo dobry był poprzedni sezon, ale temu niewiele brakuje, jak 1 serii dałem 8. to drugiej serii daję 7/10. A to że to gotycki melodramat to widać od pierwszych odcinków, zresztą w finale nawet pada tekst, że to nie była historia o duchach, ale miłosna. Podoba mi się, że poszli w inny podgatunek horroru, jeśli uznać gotyckie love story, za jeden z gatunków horroru, ale też rozumiem jak komuś nie podejdzie serial. Mnie podszedł od 1 odcinka, wiec nie nudziłem się.

    A to że nie straszy, to powiem tak, że mnie żaden horror o duchach, nie licząc Conjuring nie straszy. Flanagan może skupił się na historii miłosnej, ale ma drugi sezon plus jaki był też w 1 serii, czyli gość potrafi w emocje i relacje. Każda postać jest jakaś, a nawet jak pojawiają się na chwilę jak bohaterka grana przez żonę Flanagana (nie mogło jej zabraknąć) w czarnobiałym odcinku, to od razu wywołuje emocje. No i facet zawsze trafia z obsadą idealnie (albo jego ekipa od castingu), też dotyczy to dzieciaków, które są fenomenalne w 2 serii. Podobnie było w 1 serii gdzie dzieciaki były doskonałe. I jak pamiętam to w Doktorze Sen też dziewczynka w głównej roli była świetna. Więc to chyba tradycja u Flanagana że nastolatki grają super i że potrafi w emocje i relacje bardzo, bo też w filmach te elementy działają.

    A co do finału to chyba bardziej mi się podobał jak zakończenie poprzedniego sezonu przez to jak smutno się kończy każdy z wątków miłosnych, zwłaszcza ten główny, dotyczący narratorki.

  2. Zapomniałem napisać że mnie zaskoczyło jak dużo ekranizacji powstało W kleszczach lęku, nie tylko ta którą wymieniłeś. Zresztą w tym roku widziałem już jedną ekranizację tej samej powieści Jamesa, chodzi mi o nowy horror z Mackenzie Davis Turning, gdzie też uwspółcześniono W kleszczach lęku. Oglądając serial nie przypomniałem sobie tego filmu ani raz, pewnie dlatego, że słaby, więc wyparłem go z pamięci.

  3. Quentin

    Wiki naliczyło 28 adaptacji, w tym jedną jugosłowiańską :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.