Kamerdyner (2018), reż. Filip Bajon.
Kamerdyner (2018), reż. Filip Bajon.

Kamerdyner. Recenzja filmu Filipa Bajona

Mam mieszane odczucia w stosunku do filmu Kamerdyner Filipa Bajona. Z jednej strony nie żałuję, że nocowałem w kinie do pierwszej w nocy na późnym seansie, z drugiej trochę jestem zły, bo bez dwóch zdań dało się tego Kamerdynera zrobić lepiej. Miał wszystko, co potrzebne do tego, żebym po seansie nie miał mieszanych uczuć. Recenzja filmu Kamerdyner.

O czym jest film Kamerdyner

Kaszuby, zabór pruski, rok 1900. W jednym z gospodarstw rodzi się dziecko. Matka chłopca nie przeżywa porodu, nic nie wskazuje na to, że poród przeżyje też dziecko. Wpada ksiądz z ostatnim namaszczeniem, ale także żona miejscowego hrabiego Gerda von Krauss (Anna Radwan). Po kątach plotkuje się, że mały Mateusz (w latach późniejszych Sebastian Fabijański) jest bękartem hrabiego von Kraussa (Adam Woronowicz). Gerda nie zamierza jednak mścić się na Bogu ducha winnym chłopcu. Wręcz przeciwnie. Zabiera go do rezydencji von Kraussów i zamierza wychować razem z jej rodzonymi dziećmi: Maritą (Marianna Zydek) i Kurtem (Marcel Sabat). Mateusz okazuje się inteligentnym chłopcem, który równie dobrze dogaduje się z von Kraussami, jak i Kaszubami z rodzinnej wsi, w tym ich nieoficjalnym królem: Bazylim Miotke (świetny jak zawsze i nawijający zawodowo językiem kaszubskim Janusz Gajos). Hrabia Hermann von Krauss ma do wygadanego i zaangażowanego w polską politykę narodowowyzwoleńczą Bazylego słabość, dzięki której w miarę dobrze się tu wszystkim żyje w tym narodowym tyglu. Jedyny problem Mateusz ma z zazdrosnym Kurtem, który robi wszystko, by go poniżyć. Sytuacja się nie poprawia, gdy po ukończeniu szkół Mateusz i Marita zaczynają mieć się ku sobie. W burzliwych czasach między jedną wojną, a drugą, taka miłość to zaproszenie do kłopotów.

Recenzja filmu Kamerdyner

Nie ma łatwo polskie kino historyczne po Wołyniu Smarzowskiego. Zresztą nigdy nie miało łatwo, bo wiadomo: żeby dobrze opowiedzieć o historii, często trzeba też dobrze za to zapłacić. Nie każdy ma to szczęście, żeby plenery do epickiej opowieści z epoki znaleźć we współczesnej Łodzi. Ale po Wołyniu to już w ogóle poprzeczka oczekiwań została podniesiona bardzo wysoko i stało się jasne, że ledwo ciepłymi produkcyjkami o tym jak Helena miała globus, a hrabia ryćkał pokojówki w zbożu nie zainteresuje się widza. I Kamerdyner też nie wytrzymuje porównania do filmu Smarzowskiego, ale na szczęście Bajon wykorzystał drugi sposób na to, aby opowiedzieć o martyrologii, poświęceniu i najwyższej ofierze. Skoro nie chcesz pokazywać jak bohaterów rozrywają końmi, pozwól widzowi zaprzyjaźnić się ze swoimi bohaterami.

Taki jest punkt wyjścia do filmu Kamerdyner Bajona. Widz otrzymuje dużo czasu na zaprzyjaźnienie się z bohaterami tej opowieści. Otrzymuje jednak tego czasu za dużo, przez co w połowie – dwuipółgodzinnego przecież seansu – można zacząć odczuwać znużenie. A nawet powinno się, bo wiele się tu nie dzieje. Wydarzenia przeskakują co kilka lat do przodu, przeciętne dialogi nie potrafią zatrzymać uwagi widza, a ta pocztówka z międzywojennych Kaszub jest momentami zbyt mdła i nijaka. Nie została wykorzystana okazja do pokazania np. wielkiej namiętności, o której głównie się słyszy i której się domyśla, ale której na ekranie nie widać. Mateusz i Marita się w sobie zakochują ot tak i potem głównie się słyszy, że się kochają, ale skąd ta miłość i czy rzeczywiście taka wielka – tego nie widać.

Zdecydowanie lepiej zaczyna się dziać w drugiej części filmu Kamerdyner, którą ogląda się już z zaciekawieniem i wzruszeniem. Procentuje tutaj te pierwsze kilkadziesiąt minut względnej nudy, dzięki której zaczęło nam zależeć na bohaterach i tym, co się z nimi stanie. A stać wiele dobrego się nie może, bo idzie kolejna wojna, a „świat nie jest już taki sam, co kiedyś”. Końcowe minuty filmu Kamerdyner są szczerze poruszające, choć nie tak, jak można by się tego spodziewać np. po ww. Smarzowskim. Nie jest to jednak zarzut, bo tragedia miewa różne oblicza, nie tylko te dosłowne i walące obuchem w ryj. Choć i w Kamerdynerze parę razy ściśnie za serce.

Kamerdyner na pewno nie sprawdza się jako opowieść o wielkiej miłości. Na porywy serca się nie szykujcie, bo romans Mateusza z Maritą nie został wykorzystany tak, jak powinien zostać w epickim kinie pokroju Przeminęło z wiatrem. Wina leży tu pewnie również po stronie Sebastiana Fabijańskiego, którego fenomenu nie rozumiem. OK, chłopak jest bardzo ładny i romantyczny taki, gdy przymruży oczy i zarzuci blond grzywą, ale posiadający wadę wymowy i męczącą manierę mówienia jakby wszystko od początku do końca olewał, przeszkadza w skupieniu się w historii. Człowiek się zastanawia czy lepiej jak coś mówi, czy lepiej jak nic nie mówi i patrzy się w dal (75% jego roli w filmie Kamerdyner). Nie wiadomo, które zło wybrać. Partnerująca mu Marianna Zydek jest dużo lepsza, ale rola nie pozwala jej popłynąć na wyżyny. Ciągle np. powtarza do Mateusza, żeby nie rezygnował z gry na fortepianie, a nie wiadomo, co się tak na to uparła.

Kamerdyner sprawdza się za to jako kino historyczne i opowieść o trudnych czasach w trudnym miejscu. Jest filmem bardzo dobrze zrealizowanym i w tej kwestii nie ma się tu czego czepiać. Nie jest to może widowisko historyczne, którego można by się spodziewać po Hollywoodzie, ale nie zawodzi w żadnym elemencie czy to scenografii czy sztuki operatorskiej. Zabrakło mi trochę wprowadzenia w cały ten okres 45 lat, jaki za chwilę zobaczymy, a widz od razu zostaje wrzucony w centrum akcji. Nie zaszkodziłby jakiś lepszy komentarz kontekstu historycznego, w jakim rozgrywa się akcja filmu Kamerdyner. Ale i bez tego ta kaszubska kronika jest w pełni zrozumiała oraz udanie pokazuje los ludności tamtych obszarów. Los, który sprawia, że nie ma w filmie Kamerdyner postaci innych niż tragiczne. Niezależnie od tego czy to Polacy czy Niemcy, czy Kaszubi. Choć nie, przepraszam, znalazło się w Kamerdynerze miejsce na kilka postaci szczęśliwych. To przedstawiciele tego narodu, który znalazł sposób na to, żeby zawsze być szczęśliwym i robić to, na co ma się ochotę – nawalić się.

W filmie Kamerdyner do poprawienia jest sporo (dialogi! Kamilla Baar rzuca największe suchary). Głównie w warstwie fabularnej, bo realizacyjnie, jak już ustaliliśmy, jest dobrze. I głównie w pierwszej połowie filmu, gdy zbyt długo dzieje się zbyt niewiele. Te pierwsze 90 minut zostało niestety zmarnowane, a powinno z impetem wprowadzić do dalszych wydarzeń. Zbyt często ma się wrażenie, że zabrakło kilku scen, które być może znajdą się w serialu, jeśli taki powstanie (nic mi o tym nie wiadomo, ale nie zdziwiłbym się). I wcale nie chodzi o to, że za dużo wątków było do ogarnięcia czy za dużo postaci i trzeba by poświęcić na nie ze cztery godziny. Wręcz przeciwnie. Postaci nie ma tu aż tak wiele jak na 150-minutowy film, a niektóre są wręcz zbędne. Tak jak brat hrabiego grany przez Borysa Szyca. Nie wnosi do filmu zupełnie nic. Podobnie jak sceny ryćkania przez hrabiego wszystkiego co się rusza. Też nie wynika z nich zupełnie nic poza jakimś tam dodatkowym rysem charakterologicznym hrabiego – skądinąd bardzo ciekawej postaci i dobrze zagranej – który wystarczyłoby zamknąć jednym zdaniem dialogu. Niewiarygodna jest też np. przemiana postaci świetnego jak zawsze Łukasza Simlata. Właśnie w tych początkowych minutach zabrakło mi reżyserskiego pazura. Niepotrzebnie są one podobnie szare, jak reszta filmu. Tu było miejsce na więcej radości, kolorów, hrabiowskiego dolce vita na kaszubskiej wsi. Coś więcej niż średnio udana próba zaimponowania widzowi mastershotem z okopów I wojny światowej. Pięknie by to kontrastowało z późniejszą tragedią.

Ale i tak Filip Bajon zrobił kawał dobrej roboty i Kamerdyner w końcu przerwał passę jego słabych filmów, jakie w ostatnich latach popełnił.

(2183)

Mam mieszane odczucia w stosunku do filmu Kamerdyner Filipa Bajona. Z jednej strony nie żałuję, że nocowałem w kinie do pierwszej w nocy na późnym seansie, z drugiej trochę jestem zły, bo bez dwóch zdań dało się tego Kamerdynera zrobić lepiej. Miał wszystko, co potrzebne do tego, żebym po seansie nie miał mieszanych uczuć. Recenzja filmu Kamerdyner. O czym jest film Kamerdyner Kaszuby, zabór pruski, rok 1900. W jednym z gospodarstw rodzi się dziecko. Matka chłopca nie przeżywa porodu, nic nie wskazuje na to, że poród przeżyje też dziecko. Wpada ksiądz z ostatnim namaszczeniem, ale także żona miejscowego hrabiego Gerda…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Kronika wypadków kaszubskich na przestrzeni pierwszych 50. lat XX wieku z zakazaną miłością w tle. Bardzo dobrze zrealizowane epickie kino historyczne, które w udany sposób przybliża ciężki czas ludności kaszubskiej pomiędzy jedną, a drugą wojną.

9 odpowiedzi

  1. „O czym jest film Kamerdyner” – na pewno nie o Mazurach! Slowo ‚mazur’, odmienioniane przez przypadki, pada w powyższej recenzji kilka razy!
    Gdzie Mazury, a gdzie… Wejherowo, Puck i PIAŚNICA – miejsce ludobójstwa z 1939 r.
    Ech, Panie Autorze… zajebisty :(

  2. Quentin

    Dzięki za uwagę! Byłbym wdzięczny również za sugestię jak zmienić ten błąd, żeby było jak należy? Kaszubowie?

  3. Nie, nie Kaszubowie – Kaszubi, a po kaszubsku: Kaszëbi.

  4. Quentin

    Dzięki raz jeszcze.

  5. Oglądałam już film, bardzo mi się podobał. Jest nastrojowy, piękne zdjęcia, dobra muzyka. Wcale nie wydał mi się nudny. Historia Kaszubów porusza. Wcześniej o pokazanych faktach nie wiedziałam.Film bardzo potrzebny. Dla mnie, bardzo dobry. Polecam.

  6. Poszłam do kina dość niechętnie, ach, myślę – trzeba się przygotować na te 2,5 h być może męki… wyszłam poruszona, głównie historią, jej tłem, rolą Gajosa (Mistrz!), rolą Simlata (tutaj mam odmienne wrażenie niż powyższy Autor – przemiana świetnie wpisana w miałkiego nauczyciela muzyki, pomiatanego, wreszcie dorwał się do władzy), zdecydowanie nie romansem, zgadzam się zupełnie z Autorem recenzji w tej kwestii (i w kwestii sucharów Baar też) :) warto zobaczyć, chociażby dla poruszającego tła historycznego. I wcale nie miałam wrażenia, ze minęło 2,5h…

  7. Quentin

    Z Simlatem jest chyba ten przypadek co to sam sobie musisz dopowiedzieć co się wydarzyło po drodze od „nie dają mi pić na lekcjach” do „zabijam hurtowo Kaszubów strzałem w głowę, choć mogę zlecić to podwładnym”. I spokojnie jesteś w stanie prześledzić w myślach tę ścieżkę od pomietła do pana życia i śmierci. W filmie wg mnie nie było to jednak pokazane wystarczająco dobrze. Dziwki po partyjnym śpiewaniu piosenek Wagnera – do tego miejsca bez zastrzeżeń. Potem gorzej.

  8. „Mateusz i Marita się w sobie zakochują ot tak i potem głównie się słyszy, że się kochają, ale skąd ta miłość i czy rzeczywiście taka wielka – tego nie widać.”

    „Podobnie jak sceny ryćkania przez hrabiego wszystkiego co się rusza. Też nie wynika z nich zupełnie nic poza jakimś tam dodatkowym rysem charakterologicznym hrabiego – skądinąd bardzo ciekawej postaci i dobrze zagranej – który wystarczyłoby zamknąć jednym zdaniem dialogu.”

    Czyli najpierw jak mówią zamiast pokazać to źle, a potem jak pokazują zamiast powiedzieć to znowu źle.
    Rozbawiłem się dzisiaj nadrabiając recenzyjne zaległości u Ciebie.
    Czepiam się dla zasady oczywiście. Zacna recenzja, jak wszystkie.

    Czasem obejrzę sobie jakiś film pół roku po tym jak zrecenzowałeś i nawet bym coś od siebie dopisał w komentarzu, ale potem wychodzi mi, że w zasadzie nie ma co, bo wszystko już sam napisałeś :)

    A pewnie jak każdy bloger lubisz komentarze 😛

  9. Quentin

    Sprawa jest prosta. Robisz film o namiętności, pokazuj namiętność (nie mylić z ryćkaniem :) ). Nie robisz filmu o ryćkaniu, nie pokazuj ryćkania.

    Komentarze my precioussssss 😀

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.