Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi, Star Wars: The Last Jedi (2017), reż. Rian Johnson.
Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi, Star Wars: The Last Jedi (2017), reż. Rian Johnson.

Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi. Recenzja filmu Star Wars: The Last Jedi

Miały być cuda wianki dzikie węże, ale na szczęście człowiek już nie jest taki głupi, żeby słuchać zachwytów z pierwszych recenzji. Dzięki temu nie nastawił się na nie wiadomo co i teraz nie będzie narzekał. No dobra, trochę będzie. Ale pomijając narzekania – Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi to fajny film i tyle. Żaden to kamień milowy w historii Star Warsów, bo i takim być nie mógł. Kolejny epizod na drodze do następnych i bezpieczne kino, które niczym wielkim nie ryzykuje. Recenzja filmu Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi.

O czym jest film Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi

Kiedy rozstawaliśmy się z Rey (Daisy Risley) na zakończenie filmu Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy, dziewczyna z karniszem dotarła do położonej na krańcu odległej Galaktyki wyspy, na której zaszył się Luke Skywalker (Mark Hamill). Czująca w sobie to coś dziewczyna miała nadzieję na to, że jeden z ostatnich, a może i ostatni mistrz Jedi przekaże jej swoją wiedzę i nauczy wszystkiego o Jasnej Stronie Mocy (C). Niestety Luke jest zgorzkniały i coraz mniej ciepło myśli o tejże Mocy. Zauważa ją we wszystkim, co go otacza, ale coraz częściej uważa, że rycerze Jedi powinni zniknąć z tego galaktycznego łez padołu. Co za tym idzie Luke ani nie zamierza uczyć Rey, ani też angażować się w wojnę pomiędzy Ruchem Oporu dowodzonym przez Leię (Carrie Fisher), a Najwyższym Porządkiem, na czele którego stoi tajemniczy Snoke (Andy Serkis) i jego dwaj przydupasy: Generał Hux (Domhnall Gleeson) i Kylo Ren (Adam Driver). A bez jego interwencji Ruch Oporu może długo nie pociągnąć. Szczególnie że osaczony przez wojska Najwyższego Porządku, cudem ewakuuje się z kwatery głównej na pokładzie trzech statków w ostatniej chwili zwiewających w nadprzestrzeń. Na próżno. Szybko okazuje się, że umieszczone na pokładzie urządzenie namierzające umożliwia Najwyższemu Porządkowi śledzenie uciekających statków. Jest więc tylko kwestią czasu, kiedy skończy się im paliwo i będzie można dokonać dzieła całkowitego zniszczenia. Na domiar złego Leia jest na granicy śmierci, a jej obowiązki przejmuje wiceadmirał Holdo (Laura Dern). Nowa dowodząca ma swoje plany, którymi ani myśli dzielić się z Dameronem Poe (Oscar Isaac) i Finnem (John Boyega). W tej sytuacji chłopaki biorą sprawy w swoje ręce. Finn wraz z niejaką Rose Tico (Kelly Marie Tran) rusza na poszukiwanie hakera, który mógłby zneutralizować działanie pluskwy namierzającej, co dałoby jakąś szansę ucieczki. W tym samym czasie Rey próbuje urobić Skywalkera, a i Kylo Ren ma swoje plany, które niekoniecznie zgadzają się z tym, co dla Ruchu Oporu przygotował Snoke.

Recenzja filmu Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi

Od momentu czwartkowej premiery filmu Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi zdążono już napisać o nim wszystko, co za tym idzie nie będę się specjalnie wysilał w analizach i interpretacjach filmu Riana Johnsona, bo i po co. Zresztą takie analizy są zupełnie niepotrzebne, co udowodnił sam film nabijając się wprost z tych wszystkich spekulacji związanych z rozwojem gwiezdnowojennej fabuły. Oczywiście nie powstrzymało to fanów przed oglądaniem filmu Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi po kilka razy i szukaniem w nich kolejnych ukrytych wskazówek, smaczków i innych pierdół, o których myślą, że są dostępne tylko wybranym. Nie są. Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi to zwyczajny film, jak setki innych filmów i nie ma w nim żadnych ukrytych znaczeń. Opowiada pewną historię, która zakończy się w epizodzie dziewiątym (póki co) i robi to na tyle widowiskowo, żeby zapewnić odpowiednią dozę rozrywki. Tyle. A jako że sam śmieję się i śmiałem z tych wszystkich spekulacji na temat kto jest kim, przekrzykiwaniem się jakimiś nazwiskami z tego całego rozszerzonego uniwersum, które twórcy nowej trylogii mają w nosie, bo kręcą film dla ludzi, a nie dla freaków – z zadowoleniem przyjąłem zaproponowane przez Johnsona przewrotne rozwiązanie kwestii Rey i Snoke’a. I jestem nim usatysfakcjonowany. Pod tym względem film Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi mnie nie zawiódł.

Podoba mi się zresztą ten cały kpiący ton, w jakim jest skąpany. Te jawne podśmiechujki z nadętej powagi, z jaką traktowane są Gwiezdne wojny. Pod tym względem Rian Johnson dorzucił do serii całkiem nową jakość, którą przyjąłem z zadowoleniem. Od pierwszych minut kupił mnie między innymi całkowitym zburzeniem przesadnie napompowanej postaci Huksa, który w Przebudzeniu Mocy był tak karykaturalny, że bardziej się nie dało. Jak dla mnie to idealna odpowiedź – zamiast brnąć w tę nabożną powagę, załatwmy sprawę żartem. Pokażmy, że widzimy pewne bezsensowności i nie bójmy się tego pokazać. Pokażmy raz, drugi, siódmy. Czyż te sceny np. z Rey dostającą w łeb mieczem świetlnym nie wzbudzały największych reakcji wśród widzów? Nie dziwię się dlaczego. Ale też rozumiem zawód tych fanów, którzy traktują Gwiezdne wojny zbyt poważnie. Potrafię wczuć się w niezadowolenie z deptania ich świętości i jawnego kpienia z kultu. Kumam, dlaczego nie podoba im się to, że ich ukochany film niebezpiecznie zbliża się do wesolutkich produkcji Marvela. Bo się zbliża. To już bardziej nowy Marvel niż stare Gwiezdne wojny. Mnie to nie przeszkadza, ale ja to tylko ja.

Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi wchodzi do kin bez tej całej otoczki sentymentu, jaki towarzyszył Przebudzeniu Mocy. To już trzeci nowy starwarsowy film i nie ma co oczekiwać, że wciąż da radę pociągnąć na fali nostalgii. I pewnie też dlatego nie podobał mi się tak bardzo jak Przebudzenie Mocy, choć niekoniecznie musi być od niego gorszy. Traktowany jako niezobowiązująca rozrywka zapewnia jej wystarczająco dużo, żeby się spodobać. Problemy pojawiają się wtedy, gdy za dużo zaczyna się o nim myśleć. I za dużo od niego wymagać.

Nie ulega większych wątpliwości, że fabularnie film Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi prezentuje się słabo. Tak jak Władca pierścieni był filmem, w którym bohaterowie przez dziewięć godzin idą, by wyrzucić pierścionek, tak tutaj przez dwie godziny gonią się w kosmosie dwa statki – jeden nie może uciec, drugi nie może go zestrzelić. Nie do końca wiadomo też np. co zrobić z Finnem (nie wiadomo, co zrobić z połową postaci, ale przecież trzeba gdzieś wcisnąć BB-8, R2-D2, C3PO czy Chewiego), wobec czego wysyła się go na misję, która zamienia się w niepotrzebne do niczego Casino Royale w kosmosie. I jeszcze każe udawać widzom, że potrafią sobie wytłumaczyć, że nikt nie zauważył ich stateczka. Może i nie zauważył, ale oni kosmiczną technologię tam mają. Jakiś komputer pokładowy powinien zrobić: BEEP, z tego statku sprzed nami wyleciał jakiś trabant!. Nie dziwi też zupełnie fakt, że większość hejtu spadła na Leię w kosmosie, bo jest to scena zbyt absurdalna, by ją kupić (choć podoba mi się, że znów przewrotnie wybrnięto z problemu śp. Carrie Fisher). Każdy rozumie o co w niej chodzi itd., ale to za dużo do zaakceptowania nawet w odległej Galaktyce, która przecież nie jest naszą galaktyką i nie ma jej co traktować 1:1. I równie zbędne jest tłumaczenie: abo w rozszerzonym kanonie Leia ćwiczyła Moc! Absurdalne, bo – jak już ustaliliśmy; no dobra, ja ustaliłem – twórcy nowych Star Wars mają te rozszerzenia gdzieś.

Wśród problemów filmu Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi najważniejszym dla mnie jest jego zbytnie zdziecinnienie. Nigdy nie akceptowałem tych wszystkich starwarsowych stworów (tak, tak, to różne rasy, wiem; dla mnie wyglądają jak nieoryginalne stwory, które trudno traktować jak żywe istoty i których świat sci-fi jest pełen, choć nic tu nie można już wymyślić – wszystkie mają ryjka i kończyny), to tutaj dowalili ich dwa razy więcej. I choć strażniczki świątyni Jedi mi się akurat spodobały, a i Porgi były zupełnie nieinwazyjne, to obyłbym się bez nich. Dla mnie nie tworzą unikalnego uniwersum Star Wars, ale stanowią zbędną anomalię.

Pomimo tych wszystkich słabości, na jakie cierpi film Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi, jego seans (zbyt długi) uważam za przyjemny. Nie tylko dlatego, że byłem na tym słynnym pokazie przedpremierowym, gdzie w ostatnim (moim) rzędzie doszło do rękoczynów. Zapewnił mi rozrywkę, jakiej oczekiwałem, masę nawiązań i smaczków, które można sobie było wyłapać i nie zniechęcił do ciągu dalszego. Czekam na film o Hanie Solo, czekam na epizod dziewiąty i na to, co przyniesie przyszłość. To już nie są te Gwiezdne wojny co kiedyś (albo my nie jesteśmy ci sami, co kiedyś), ale nadal dobrze się je ogląda i jak dla mnie zasługują na miejsce na dużym ekranie, dopóki ktoś ich koncertowo nie spieprzy jak Lucas w nowej trylogii.

(2337)

Miały być cuda wianki dzikie węże, ale na szczęście człowiek już nie jest taki głupi, żeby słuchać zachwytów z pierwszych recenzji. Dzięki temu nie nastawił się na nie wiadomo co i teraz nie będzie narzekał. No dobra, trochę będzie. Ale pomijając narzekania - Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi to fajny film i tyle. Żaden to kamień milowy w historii Star Warsów, bo i takim być nie mógł. Kolejny epizod na drodze do następnych i bezpieczne kino, które niczym wielkim nie ryzykuje. Recenzja filmu Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi. O czym jest film Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi Kiedy rozstawaliśmy się z Rey (Daisy Risley)…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Najwyższy Porządek jest o strzał z lasera od unicestwienia Ruchu Oporu. Rey próbuje przekonać Luke'a, by pomógł swojej siostrze. Nie są to już te Gwiezdne wojny co kiedyś, ale nadal dobrze się je ogląda. Trafia do mnie humorystyczne deptanie świętości przez reżysera Riana Johnsona.

5 odpowiedzi

  1. Na pewno my nie jesteśmy tacy jak kiedyś, ale film też już nie jest tym czym był wówczas.
    Pamiętam, że oglądając jako wczesny nastolatek pierwszy raz „Wojnę Gwiazd” (bo taki tytuł nosiło wówczas w Polsce to co teraz nazywa się „Gwiezdne Wojny – Nowa Nadzieja”) wyszedłem z kina oczarowany. Ten film miał MOC, co zresztą potwierdza jego późniejsza kariera w kulturze. Być może dlatego, że dotykał transcendentalnych nut, modnych wówczas (buddyzm, medytacja itd.)
    Drugi raz oglądnąłem tą część już jako dorosły dostrzegając wtedy jak kiepsko jest ten film zrobiony warsztatowo, aktorsko, dając mu właściwie etykietkę tandety. Uświadomiłem sobie wówczas, że do pewnych rzeczy lepiej nie wracać i pozostawić je we wspomnieniach.
    Niestety nowe edycje „Gwiezdnych Wojen” choć stały się lepsze warsztatowo i wizualnie to niestety nie w kwestii fabuły a i swój czar gdzieś całkowicie zagubiły. Nie do oglądnięcia :(
    Na szczęście na ten odcinek nie będę musiał iść bo syn idzie z klasą. I to jest jedyna dobra wiadomość w tej materii :)

  2. Polarbear_pl

    Jeszcze nie widziałem ale się wypowiem… Odnośnie oryginalnej trylogii to mimo wszystko się lepiej starzeje niż prequele – tekturowe stateczki i ludzie w kostiumach wyglądają znacznie lepiej niż z dzisiejszego punktu widzenia kiepskie green boxy. Co do filmów to mam podobnie do Quentina, nie traktuje tego z nabozna czcią a jako rozrywkowe przygodowe filmy (s)f.i jako takie dają radę. Nowe części są w dużej mierze robione przez księgowych i chwała rezyserom, że mimo wszystko potrafili przemycic swoją wizję choć w części, czego nie widać w prequelach chociażby.

  3. Tym razem panie Quentin przesadziłeś grubo z oceną. Trzeba tępić takie filmy a nie chwalić. 😛 Johnson co prawda przeszedł samego siebie bo pierwszy raz w życiu zatęskniłem za Dżej Dżejem (Abramsem) a nawet za Dżar Dżarem 😉 ale chyba nie o to chodziło. Fabuła na poziomie siedmiolatka, humor który bardziej by się odnalazł w Kosmicznych Jajach jak tu, kiepskie efekty (CGI-Snork czy jak mu tam był słaby, a były i gorsze), kiepska scenografia (ta czerwona ściana za Snorkiem to o co chodziło? Zabrakło kasy dla grafików na jakieś tekstury?) niektóre projekty kosmitów koszmarne (upieczony porg wyglądał jak jakiś kaczor Howard albo co, te żywe nie lepiej) a o nieciekawych bohaterach lepiej nie wspominać. Sceną z latającą w próżni Leią Star Warsy przeskoczyły zaś definitywnie rekina. 😛

  4. Quentin

    Anihilację oglądaj, a nie męcz buły :).

  5. Obejrzałem, zaraz też pomarudzę w tamtym wątku. 😛

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.