Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy [Star Wars: The Force Awakens] (2015), reż. J.J. Abrams
Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy [Star Wars: The Force Awakens] (2015), reż. J.J. Abrams

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy, czyli Gwiezdne wojny!

Tydzień później niż planowałem, ale w końcu udało się obejrzeć film, który wkrótce pewnie będzie najbardziej kasowym filmem wszech czasów. Za chwilę zagonią mnie do krojenia warzyw na sałatkę świetlnym nożykiem i gotowania zupy grzybowej (tak, mam takie skille), ale może zdążę dwa słowa jeszcze napisać. Przed Wami recenzja… well, raczej dwa słowa o filmie Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy.

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy [Star Wars: The Force Awakens] (2015)
Reżyseria: J.J. Abrams
Scenariusz: Lawrence Kasdan, J.J. Abrams, Michael Arndt
Muzyka: John Williams
Zdjęcia: Daniel Mindel
Występują: Harrison Ford, Daisy Ridley, John Boyega, Oscar Isaac, Adam Driver, Carrie Fisher

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy – Dlaczego nie Dycha?

Od razu przechodzę do ocenowych konkretów – nie dostanie film J.J. Abramsa Dychy. Ale spokojnie, dostanie najwyższą możliwą _rozsądną_ ocenę na Q-Blogu, czyli Dziewiątkę. Czemu nie Dycha? Nie będę kłamał, nie poczułem podczas seansu tego, co wielu nazywa Mocą uczuciem powrotu do dzieciństwa, ale nie winię za to filmu, bo jestem świadom, że winien jestem ja, stary koń. Świetnie mi się Przebudzenie Mocy oglądało i w ogóle, ale ani nie odpłynąłem w gwiezdny świat, ani nic takiego. Ot spotkałem się ze starym kumplem i sobie pogadaliśmy co tam u niego słychać.

Kto wie, może byłoby lepiej, gdyby nie dwoje patafianów, którzy na logo Lucasfilmu doszli do wniosku, że już nikt nie przyjdzie na seans i postanowili przesiąść się na lepsze miejsce zasłaniają początkowe napisy i wkurzając mnie, że zamiast je czytać to myślami uciekłem do opieprzania ich w duchu. Też sobie moment wybrali :/. Jeśli więc to czytacie to świetlny kij wam w oko! Nie wstaje się na początkowych napisach Gwiezdnych wojen!

No i myślę też, że Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy z góry skazany był na nie-Dychę, bo jednak przed Abramsem stanęło ogromne zadanie połączenia w jeden film tego wszystkiego, co wydarzyło się w prawie czterdzieści lat od premiery. To prawda, że Moc w fanach jest wielka, ale jednak większość widzów nowego filmu ani nie zna na pamięć oryginalnej Trylogii, ani nawet mgliście nie pamięta, co się w niej działo. Mówiąc w skrócie: Przebudzenie Mocy dla nich to kolejny film z efektami specjalnymi i kinowy hit, na który trzeba się wybrać. Co za tym idzie Abrams musiał zadowolić i fanów, i statystycznego widza, i sprytnie powiązać swój film z filmem sprzed czterdziestu lat zostawiając w nim tzw. magię Gwiezdnych wojen, ale nie przesadzając z tym, żeby i nowy widz mógł się na jego filmie dobrze bawić. Innymi słowy musiał powiązać w jeden supeł wiele luźnych wątków, których powiązanie wymagało momentami lekkiego przynudzenia widza na dysputach o przeszłości i rodzinnych powiązaniach. Nie mógł powiedzieć: dobra, zapominamy o tym co było, to moje Gwiezdne wojny, biorę kartkę i piszę od początku. Musiał liczyć się z tak wieloma rzeczami, że na Dychę nie było miejsca. Na Dychę przyjdzie czas przy epizodzie ósmym :), a kto wie, czy ciekawsze od głównej Sagi będą te filmy z nią powiązane. Bo do nich można przystąpić z punktu wyjścia: hulaj dusza, piekła nie ma!

Finn Przebudzenie Mocy

– Słuchaj, Solo. Do tej pory latałem tylko dronem w „24”, z Sokołem sobie mogę nie poradzić…

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy – Realizacja

Ile dobrego dają prawdziwe rekwizyty, a nie jakieś animowane komputerowo żówno – brakuje słów, żeby to opisać. Od razu inaczej nastawiasz się do seansu, gdy Poe Dameron wsiada do prawdziwego X-winga, a w tle ma prawdziwą pustynię. Żadne efekty specjalne tego nie oddadzą. Jestem pewien, że pełno w Gwiezdnych wojnach: Przebudzenie Mocy grinboksów i komputerowych efektów, ale poza wizytami u Snoke’a w ogóle ich nie czuć. I to główna, jedna z wielu, zaleta filmu Abramsa – praktyczne efekty specjalne, prawdziwe modele i pustynny pył. Tzw. Nowa Trylogia nie ma się co nawet porównywać z Przebudzeniem, bo wszystko, ale to dosłownie wszystko przemawia na korzyść epizodu numer siedem. Akurat mam porównanie, bo parę dni temu powtórzyłem epizody 1-3 i… święta idą, nie ma co przekleństwami miotać. Nie ma porównania, tyle.

Przebudzenie Mocy zrealizowane zostało na najwyższym poziomie i chciałbym, aby ten trend powrotu do praktycznych efektów specjalnych utrzymał się na dłużej, choć pewnie będzie różnie, bo to i więcej roboty i pewnie droższe w zabawie wybudować model Sokoła Millenium niż posadzić aktora na zielonym krzesełku, a potem dorysować resztę.

Szacun dla realizatorów za wepchnięcie do tego nowoczesnego przecież filmu reliktów przeszłości w postaci wszelakiej maści niekomputerowych kosmitów o znajomych rysach twarzy i ważnych pierdół budujących klimat filmu – układ celowniczy działka w Sokole Millenium. No wygląda jak z lat osiemdziesiątych, gdy piksel miał sześć metrów średnicy, ale – no proszę – nie przeszkadza w ogóle i pasuje bez zastrzeżeń.

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy – Obsada

Gdyby szukać najsłabszego ogniwa filmu Abramsa, z pewnością trzeba by się zwrócić w stronę obsady, która nie zachwyca. W najlepszych momentach jest w po prostu w porządku i tyle. No ale ostatecznie aktorstwo nigdy nie było siłą Gwiezdnych wojen, to raczej film, w którym aktorzy muszą przyporządkować się historii i nie ma miejsca na pięciostronicowe monologi o życiu. Samo to, że muszę teraz sprawdzić kto kogo grał mówi samo za siebie. Na szczęście dwójce głównych bohaterów Finnowi i Rey (John Boyega, Daisy Ridley) nie mam zupełnie nic do zarzucenia, a Harrison Ford to klasa sama dla siebie. Trzeba przyznać, że o wiele lepiej sprawił się powtarzając rolę Hana Solo niż parę lat temu powtarzając Indianę Jonesa. Bez niego Przebudzenie Mocy na pewno nie byłoby takie dobre. Gorzej po ciemnej stronie Mocy. Najgorszy ze wszystkich jest Domhnall Gleeson, który wygląda tak jakby myślał, że trafił na plan parodii Gwiezdnych wojen. Te jego demoniczne miny, brytyjski akcent, brrr. Nie zaszkodziłoby też pewnie obsadzenie w roli Duckface’a… Kylo Rena kogoś bardziej charyzmatycznego. Nie wiem, skąd wytrzasnęli Adama Drivera, skrzyżowanie młodego Cumberbatcha z młodym Sherlockiem Holmesem Nicholasem Rowe’em, ale jakoś tak mi nie pasował.

Oscara Isaaca było za mało, żeby go oceniać, a jego rola sprowadziła się do krzyków: „Tak jest! Strzelaj! Niebiescy za mną!”. No ale, jak to już napisałem wyżej – to nie Gwiezdne wojny są dla aktorów, tylko aktorzy dla Gwiezdnych wojen. Zresztą najwięcej o sprawie mówi fakt, że najlepiej z całej obsady spisał się robocik BB-8.

BB-8 i Daisy Ridley w Przebudzeniu Mocy

– Piszą tu, że zagrałeś najlepiej z nas wszystkich. Teraz będę musiała cię zabić…

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy – Fabuła

Najbardziej drażliwy „recenzyjnie” temat filmu Abramsa, w końcu nie bez przyczyny 95% recek solennie zapewnia w tytułach, że są bezspoilerowe. Jasne, spoilery to rzecz niedobra, ale myślę, że bez przesady. Oczywiście staram się i dalej będę się starał, żeby nie było tu żadnych spoilerów, ale według mnie niewiele tu do spoilerowania. Nie było tych bohaterów oryginalnej Trylogii aż tylu, żeby pole do spekulacji i konotacji rodzinnych było nieograniczone. W zasadzie w ogóle nie jest nieograniczone. Jasne, wielu rzeczy lepiej nie wiedzieć przed seansem, ale po seansie nie sposób nie dojść do wniosku, że eee, żadnych wiekopomnych twistów tu nie było.

Rozumiem narzekanie na to, że Przebudzenie Mocy fabularnie wiele zapożycza z Nowej nadziei i złośliwi mogliby powiedzieć, że to właściwie jej remake, ale mnie to zupełnie nie przeszkadzało. A mógłbym napisać nawet więcej – Przebudzenie Mocy to po trochu każdy z trzech filmów oryginalnej Trylogii. Jest tu trochę pustyni, trochę zimy i lodu, trochę drzew i lasu – Imperium kontratakuje i Powrót Jedi kojarzą się z tymi lokacjami od razu. Więc tak, Przebudzenie Mocy to taka Trylogia w pigułce i znów myślę, że poszukując czegoś oryginalnego poczekajmy na drugą część. A nawet jeśli nie – ode mnie nie usłyszycie narzekania na powtórkę z rozrywki. Daj Boże więcej takich powtórek z rozrywki. Już raczej cieszyłbym się z tego, że Abrams napchał swój film nawiązaniami do starej dobrej Trylogii i mniej lub bardziej twórczo je wykorzystał – 14 parseków czy zmarznięty Wookie, za takie smaczki Przebudzenie Mocy można polubić. Albo za startujący z grubej rury początek filmu, gdy szturmowiec strzela i, niewiarygodne, trafia! Pełno tu takich drobiazgów, bez których sukces filmu nie były pełen.

No ale miało być o fabule… No więc jest 30 lat po Powrocie Jedi. W Galaktyce znów niespokojnie. Rebelianci znów są rebeliantami – na ich czele stoi generał Leia Solo, a mroczne siły zwane teraz Nowym Porządkiem znowu budują śmiercionośną broń, dzięki której chcą zawładną wszechświatem. Najzdolniejszy rebeliancki pilot Dameron Poe wręcza w szufladkę robota BB-8 fragment ważnej mapy i każe mu chronić jej za wszelką cenę. W tej ochronie pomoże mu zbieraczka złomu Rey, na którą wpada na pustynnej planecie Jakku. Na ów fragment mapy poluje tajemniczy Kylo Ren, który sposobem bycia bardzo przypomina Dartha Vadera.

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy – Iść czy nie iść?

Iść dwa razy. Nie wiem jak z IMAX-em, ale jeśli chodzi o standardowe kina to polecam wybrać wersję 2D. Byłem na 3D (z konieczności, chciałem w końcu obejrzeć i tylko na 3D były sensowne miejsca) i jestem niezadowolony. Nic nowego w kwestii grzechów głównych 3D Przebudzenie Mocy nie wnosi do sprawy, więc kończę temat i powtarzam: 2D!

(2033)

Tydzień później niż planowałem, ale w końcu udało się obejrzeć film, który wkrótce pewnie będzie najbardziej kasowym filmem wszech czasów. Za chwilę zagonią mnie do krojenia warzyw na sałatkę świetlnym nożykiem i gotowania zupy grzybowej (tak, mam takie skille), ale może zdążę dwa słowa jeszcze napisać. Przed Wami recenzja... well, raczej dwa słowa o filmie Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy. Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy [Star Wars: The Force Awakens] (2015) Reżyseria: J.J. Abrams Scenariusz: Lawrence Kasdan, J.J. Abrams, Michael Arndt Muzyka: John Williams Zdjęcia: Daniel Mindel Występują: Harrison Ford, Daisy Ridley, John Boyega, Oscar Isaac, Adam Driver, Carrie…

Czas na ocenę:

Ocena: 9

9

wg Q-skali

Podsumowanie: Źle się dzieje w bardzo odległej galaktyce. Mroczne siły znów chcą wziąć ją we władanie. Brawo dla J.J. Abramsa - trauma po żałosnej nowej Trylogii została uleczona z przytupem.

24 odpowiedzi

  1. Jeśli 3D to TYLKO i WYŁĄCZNIE IMAX – lub inne kino od początku dedykowane rozrywce 3D.
    Cała reszta to są żenujące atrapy 3D, taki odstręczający wyrób czekoladopodobny (kto był dzieckiem w latach ’80 XX wieku ten wie o czym mówię).

    O jakże ja ubolewam, że we Wrocławiu nie ma Imaxa :(

    p.s.
    Jeżeli film nie jest robiony specjalnie pod 3D to nawet Imax nie pomoże :)

  2. Quentin

    Dla mnie 3D (niezależnie od kina, choć IMAX miewa swój urok) to tylko w kategorii przeszkadza/nie przeszkadza.

  3. Epizod 7 to dokładnie film taki jakiego się spodziewałem czyli porządna dobra, na 7/10 typowa dla Abramsa produkcja z fajnymi tradycyjnymi efektami specjalnymi, prawdziwymi lokacjami i kiepskim cgi (wogóle też aktorsko chyba pierwszy raz Serkis wypada tak sobie w postaci motion capture, ale w sumie było go tyle co nic, gdzie Snokowi do ról z filmów poprzednich gdzie grał Golluma, Cezara w Planecie małp lub King Konga). Drugi zarzut po kiepskim cgi to scena przemówienia Domhnall’a Gleeson’a, poczułem się jak na zebraniu nazistów :)

    No i ostatni to Williamsa muza, która jest po prostu ok i poza Rey theme nic ciekawego nie wpada do ucha, a wiadomo że poprzednie filmy w większości, nawet najgorsza część miała fajną muzykę. Ale facet nie musi nic udowadniać już, gigant muzyczny i tyle.

    Nie zawiodłem się bo nie miałem specjalnie wielkich oczekiwań i poza rewelacyjnym epizodem 5 jak Imperium kontratakuje większość filmów jest dla mnie po prostu dobrą rozrywką, właśnie na 7/10 i jak doceniam fenomen, kult, ale nie jaram się SW. Bardziej moje klimaty z dzieciństwa to Alien, Robocop, Terminator (choć chyba trochę to ze mnie zeszło w tym przypadku bo nie przeżyłem załamania po beznadziejnym Genisys), tymi światami jarałem się za dzieciaka i jak rozumiem sukces jaki duży ma ta franczyza, SW to filmy co łączą pokolenia, ale też nie wychwalam filmu jak spora część fanów ani też nie krytykuję przesadnie.

    Nawet nie przeszkadzało mi specjalnie to że tak naprawdę nie wiemy nic o nowym porządku, o wszystkim co się dzieje i jesteśmy wrzuceni w środek intrygi, bo pewnie dowiemy się więcej w epizodach 8 i 9. Choć w epizodzie 4 gdzie wspominał Kenobi np. o wojnie klonów, Jedi, Mocy i widz też nie miał pojęcia o czym on mówi ale nie przeszkadzało to wogóle, bo w epizodzie 4 wszystko jest jasno rozpisane i pewnie dlatego bo nie wiedzieli czy powstaną sequele. Pewnie jakby planowali kolejne części od razu to wspomnieli by o Yodzie, imperatorze.

    W tym przypadku muszę pochwalić Lucasa za prequele i wątek polityczny który był nudny i nie cierpie tego wątku jak większość fanów, ale sytuacja była bardziej klarowna w epizodach 1-3 jak tutaj a przynajmniej starał sie by była klarowna. No i powiem iż ja w przypadku SW wolałbym nawet kosztem wojen gwiezdnych i pojedynków więcej zwiedzania innych światów, cywilizacji a w SW dominują głównie pustynie, lasy, zima i to wszystko.
    Właśnie pod tym jednym i jedynym względem wole epizody 1-3 od 4-6 bo pokazał w nich Lucas inne cywilizacje jak np. podwodne miasto w epizodzie 1 a w 4-7 ciągle to samo. Cenię sobie bardziej 4-6 ale pod tym względem lepsze są 1-3, tylko pod tym, ale wiadomo, lepsza technika i wiecej mógł pokazać jak w latach 70, 80.

    Nie zaskoczyło mnie w FA że nawet nie od połowy ale już od początku film wyraźnie inspiruje się fabułą epizodu 4, to nie pierwszy raz bo przecież nawet Lucas w Powrocie Jedi wrócił do wątku Gwiazdy śmierci. Nie zdziwiło mnie iż to jednocześnie reebot i sequel, w którym starsze pokolenie przekazuje pałeczke młodszemu.

    A co do młodego pokolenia to większość chwali i ja też pochwalę Finna oraz przede wszystkim Rey, która wygląda troche jak młodsza siostra Knightley i oby zrobili kariere jak Ford ze starej obsady bo utalentowane dzieciaki. Co do Drivera to ciekawa sprawa bo podobał mi się. Wiadomo że Vader to kult (a wogóle wszyscy po ciemnej stronie mocy co nawet pojawiają się dosłownie na pare minut to ciekawe postacie w uniwersum Lucasa) i chyba nie jest możliwe nawet wymyślenie ciekawszej postaci złego jak właśnie np. Vader i scenarzyści chyba dobrze wiedzą o tym, bo odniosłem wrażenie że nie tyle gra złego tylko chłopaka co się w życiu pogubił, chłopaka co dopiero przechodzi transformacje. W sumie dla mnie to postać bardzo ludzka miejscami, taka jaką powinien być Anakin w epizodach 2-3 i dlatego nie mam do niego żadnych zastrzeżeń i jestem ciekaw jak się rozwinie w następnych częściach.
    Fajny jest Isaac i liczę że będzie go więcej w kolejnych częściach, skoro zaangażowali jednego z lepszych aktorów swojego pokolenia.
    A nowy robot, choć wiadomo że to kopia R2D2, robi świetne wrażenie.

    Co do starej obsady to wiadomo jaką aktorką średnią była Fisher w SW gdzie najlepiej wypadała w scenach z Fordem i właśnie o wiele lepiej zagrał Ford co nie powinno dziwić bo w ostatnich latach przypomniał sobie jak się gra jeden z moich ulubieńców z dawnych lat (np. „42 – Prawdziwa historia amerykańskiej legendy”), ale nie byłem pewien czy tak będzie gdyż wracając do innej swojej kultowej postaci to jakoś już tak nie zachwycał jak wcześniej. Wiadomo że Kryształowa czaszka to średni film ale też Ford był jakiś taki, nie zagrał kiepsko Indiane, ale też to nie było to samo co wcześniej a tutaj mamy nie Forda, nie Indiane, nie Jacka Ryana, ale Hana tylko ze starszego o kilkadziesiąt lat.

    A co do pewnej sceny, którą nie będę spoilerował i wywołuje chyba najwięcej emocji to powiem że nie zaskoczyło mnie specjalnie bo już w starej trylogii miało dojść do tego wydarzenia.

    Inna sprawa to wiek aktorów bo przecież np. aktorzy co grają roboty ze ST też nie są najmłodsi, tak samo Chewbacca (więc w sumie nie dziwi mnie że jakby był ale w sumie tak z boku trochę stał) i mam nadzieje że dadzą radę wystąpić w epizodach 8 i 9.

    Nie oczekiwałem filmu na miarę rewelacyjnego Imperium, wiem czego się można spodziewać po Abramsie i dostałem dosłownie tyle oczekiwałem, film na poziomie epizodu 3 i 6. Jedynie zastanawia mnie coby było jakby reżyserem został Bird który jeszcze lepiej czuje klimaty podobne co udowodnił w wielu filmach, ale wiadomo ze zajęty był Tomorrowland, czy film byłby tak samo jedynie dobrą robotą, czy pozwolili by mu decydenci z Disneya na więcej jak Abramsowi.

    I tak się zastanawiałem w czasie słuchania muzyki na napisach końcowych czy rzeczywiście jedynie scenarzyste Kasdana można chwalić za sukces Imperium kontratakuje ii reżysera Kershnera, który miał pare filmów fajnych na koncie, bo część 5 miała jeszcze jednego scenarzyste czyli Leigh Brackett, o której jakoś się zapomina, a była autorką scenariuszy do kilku klasyków kina np. Wielki sen, Rio Bravo czy Długie pożegnanie z 1973 roku. Kasdan to dobry scenarzysta ale nie wiem czemu nie wspomina się o Brackett wogóle jeśli chodzi o epizod 5, równie dobrej scenarzystce.
    No i ciekaw jestem ile ostało się w Przebudzeniu mocy z pierwszej wersji scenariusza Arndta, który też przecież fajne scenariusze tworzy jak np. do Toy Story 3, Mała miss, przed poprawkami jakie nanieśli właśnie Kasdan i reżyser.

  4. Właśnie oglądałem recenzje Chrisa Stuckmanna różnych filmów i natknąłem się na recenzje The Star Wars Holiday Special. Podobno Lucas tak się wstydził tej telewizyjnej produkcji z udziałem obsady znanej ze starej trylogii, nawet Ford się przewija, z którą nie miał nic do czynienia, nie odpowiadał za film jako scenarzysta i reżyser, że chciał zniszczyć wszystkie kopie, ale jakimś cudem film można na youtube obejrzeć w całości. Jeśli Ford z dużą rezerwą podchodzi do epizodów 4-6 to ten film musi chyba nienawidzić. Coś czuję że niesłusznie fani jadą po epizodach 1-3 i jak obejrzę w wolnej chwili to bardziej docenię nową trylogię. Sprawdziłem kto pisał scenariusz i m.in. Pat Proft, jeden ze scenarzystów współpracujący np. z ekipą ZAZ znaną z parodii i może to miała być parodia zamierzona. Inna sprawa że tutaj po raz pierwszy pojawia się np. Boba Fett więc jednak ma coś wspólnego z uniwersum, w sumie to tak jakby odcinek 4.5. Oczywiście obowiązkowa pozycja do obejrzenia w święta i sprawdzenia czy rzeczywiście to jest aż tak złe:-)

  5. Fani jak najbardziej słusznie jadą po 1-3, Christmas Special nie ma w tej kwestii nic do rzeczy :). A sam Special to już kult prawie taki jak same Star Warsy. Jeszcze słabszy niż go malują :).

  6. Nie potrafię wydać oceny Holiday Special, bo rzeczywiście kiepskie, ale to nie jest produkcja taka jak Rocky Horror Picture Show, że tak kiepskie aż dobre tylko po prostu beznadziejnie słabe i nudne miejscami. Choć nie będę obrażał tej kultowej produkcji, Holiday Special to film który powinien trwać 45 minut a trwa 100 minut, wszystko jest rozciągniete aż do granic jak np. scena wypraszana z baru na Tatooine trwa ponad 10 minut (pojawia się gość co pije za pomocą otworu w okolicach czubka głowy i zaleca się do barmanki/barmana, trzeba zobaczyć). Chyba powodem jest zbyt duża ilość scenarzystów w tym twórca najlepszych sukcesów komediowego zespołu ZAZ. Niby produkcja dla dzieci, infantylna (rozwalił mnie motyw jak jeden ze szturmowców potknął się o broń własną i spadł w przepaść), ale dużo jest motywów jakby pisali po naćpaniu jak np. ojciec Chewiego dostaje maszyne w której pojawiają się fantazje erotyczne i w których pojawia się tak znana piosenkarka z lat 70-ych jak Diahann Carroll i oczywiście ma piosenke, albo scena jak całą rodziną oglądają coś na kształt cyrku z kasety albo jak w czasie przeszukiwania domu Chewiego źli oglądają teledysk Jefferson Starship (później nazywał się ten zespół Starship, jeden z bardziej znanych z lat 70/80). Jedno trzeba przyznać że muzycznie daje rade i piosenki są spoko, nawet Leia ma kawałek i w sumie lepiej śpiewa jak gra i piszę to bez ironii. Ale najgorsze jest pierwsze 10 minut gdzie nie ma dialogów żadnych tylko słuchać porykiwania rodziny Chewbacci, aż miałem dość jego rodziny i jeszcze ten moment jak żona Chewiego ogląda program kulinarny i próbuje ugotować, co oni ćpali pisząc tą scenę.

    A co do animacji w której pokazano jak poznali bohaterowie Bobe Fetta to poza faktem że animowany Solo wygląda tragicznie a Luke ma oczy jakby naćpany był to trzeba powiedzieć że miejscami czułem się jakbym oglądał tak dobrą animacje z lat 80 jak Heavy Metal i w sumie to jedyny poza piosenkami oglądalny kawałek epizodu 4.5, ale ocenić nie potrafię. A Mark Hamill wygląda zabawnie z tą fryzurą i na dodatek wychodzi z filmu że wcale tak dobry mechanik z Luke’a nie jest.

  7. 9/10 to spora przesada dla filmu który fabularnie jest kalką „Nowej Nadziei” (z dodatkiem „Imperium…” oraz „Mrocznego widma”). 😛 Fajnie się to ogląda, ale to odcinanie kuponów. Można się czepiać Lucasa że spartolił epizody 1-3 (bo z niego mierny reżyser szczerze mówiąc :P) ale przynajmniej próbował tam czegoś innego, a Abrams z kolegami potrafili tylko przepisać scenariusz A New Hope przesuwając tamtejszych młodych wiekiem bohaterów w miejsce tamtejszych starych a na miejsce młodych wymyślając własnych… z tym że to wymyślając to też nieco na wyrost bo główna bohaterka to takie skrzyżowanie dziewuszki z „Igrzysk śmierci” z młodym Anakinem (złota rączka, superpilot i jeszcze ile w niej mocy:P). Finn mógłby być ciekawy, ale jego bunt jest na tak wczesnym etapie filmu, że nie wypada zbyt wiarygodnie. BB8 to taka nowa wersja R2D2, żeby było jakie zabawki sprzedawać.

  8. Quentin

    Zgadza się wszystko, ale co poradzę, że mi to nie przeszkadza. Nic :). Nie przekonuje mnie to próbowanie czegoś innego przez Lucasa kiedy wyszła kupa. On też zdaje się tłumaczy, że ach, w 1-3 wszędzie były inne planety, inne statki kosmiczne, inne to, inne sramto. I CO Z TEGO? :)

  9. Lucas zawalił sprawę CGI, 8-letnim Anakinem i Jar-Jarem. 😛 Tyle, że film Abramsa okropnie cierpi na grzech nijakości. Planety – nijakie. Stwory – nijakie. Nie nijacy są może tylko bohaterowie, ale Kylo i siostra Kiry Knightley (sorry, ale ona tak dla mnie wygląda:P) razem wywołują u mnie podobną irytacje co Jar-Jar. 😛
    Cała reszta to kopiuj-wklej ze starej trylogii. Czyli taki remake.
    No ale jak tłumy z recenzenckim wsparciem walą na to czy żenujące kalki typu nowy Terminaror czy Jurassic World, to nie oczekujmy że producenci zaproponują coś nowego sami z siebie. 😛

  10. Quentin

    Hihi, może bym się i osłonił przed ostrzem szpili, ale na szczęście wiem, że się nie znasz – nowy Terminator jest bardzo fajny! :)

  11. Przecież tej kupy, jak i wszystkiego nakręconego po T2, nie powinno się nawet nazywać Terminatorem… 😛

  12. Quentin

    Gadaj do ręki :). Co do T3 i Salvation się nie wypowiadam (choć drugi powinien Ci się podobać, przecież taki poważny, ridleyowski prawie :P), ale Genisys jest w pytę. Dwa razy w kinie byłem! Nie, że się zakochałem w zajebistości filmu tylko akurat ojciec chciał zobaczyć to Mu dotrzymałem towarzystwa. Ale sam fakt, że oba seanse w krótkim odstępie czasu uważam za udane i na żadnym się nie nudziłem uznaję za argument ostateczny :). Żałuję, że ludzkość nie zrozumiała tego filmu i nie będzie kolejnej części.

  13. Tak, rzeczywiście. Przykre, że ludzkość nie zrozumiała filmu który potrafi jedyni żerować na nostalgii do T1. Ale przyznam Ci rację, to nieco dziwne, bo żerujący na nostalgii do epizodu IV, epizod VII Star Warsów został przyjęty o wiele cieplej. Tak samo Jurassic World. Niekonsekwentna ta publika. Cóż niedługo poczną biedni hollywoodzcy producenci, skoro okazuje się, że natrętne remakowanie czy rebootowanie wszystkiego nie za każdym razem się sprawdza? 😮

  14. Quentin

    Będą remakować aż się sprawdzi – Spiderman.

  15. a jeśli chodzi o nowe Star Warsy mnie się podobały i nie uważam żeby było to wierna kalka tylko patrzę na to, że historia zatoczyła koło…
    ale co chciałem napisać – poczekajmy na kolejną odsłonę i okaże się, czy Abrams odetnie kupony czy pójdzie nową drogą… liczę, że to drugie…
    a jakby od razu poszedł w nową historię to byłaby rozpacz, że zbeszcześcił taką klasykę i nie nawiązał do epizodów 4-6….

  16. Quentin

    Ano, VIII epizod będzie w pewien sposób decydujący i też liczę na to, że VII okaże się wtedy takim epizodem przejściowym – pożegnaniem ze starym, powitaniem z nowym.

    A tak w ogóle to co by Abrams nie zrobił to i tak ktoś by na ep. VII narzekał. Może i poszedł po linii najmniejszego oporu, ale co z tego skoro wyszło bardzo git :).

  17. „poczekajmy na kolejną odsłonę i okaże się, czy Abrams odetnie kupony czy pójdzie nową drogą… liczę, że to drugie…” – ale JJ nie kręci kolejnego epizodu. Narobił syfu i uciekł. 😛 Część VIII ma reżyserować gościu od „Loppera”. On też będzie pisał scenariusz, co jest dla mnie lekko absurdalne, zważywszy że wcześniej jednak Lucas przynajmniej pilnował by całość szła jakimś tam wymyślonym przez niego torem. A teraz wygląda na to, że kto trafi na pokład ten własne cuda wymyśla. 😛

  18. Quentin

    Bo to akurat się dowiemy jak w rzeczywistości wygląda proces pisania scenariusza w przypadku takiego przedsięwzięcia i kto ma na niego największy wpływ. Na pewno nie jest tak, że przychodzi jakiś koleś i sobie pisze co chce. Pytanie tylko, ile tego „ile chce” może do scenariusza przemycić. Nie zdziwiłbym się gdyby grubo poniżej 50%.

  19. Nie wątpię, że szefostwo Disneya torpeduje nazbyt śmiałe i nowatorskie pomysły i nakazuje pisać wg bezpiecznego schematu „to się sprzedało w 1977, sprzeda się i dziś”. 😉

  20. no to albo będzie dobrze, albo będzie kicha, albo będzie neutralnie :-)
    jakby nie było do kina pójdę :-)
    czyli cel twórcy osiągną…

  21. Byłam na 3D i moim zdaniem to strata pieniędzy. Co jakis czas pojawiały się widoczne błędy w jakości, typu prześwietlenia. Nakładanie się niektórych rzeczy. Chyba, że to wina okularów, które były dostępne w kinie. Byłam na filmie Avatar 3D, który miał robione efekty pod 3D i wyszło ok, ale tutaj nie wyszło to za dobrze. Lepiej iść na 2D, cięższy portfel i przyjemność ogladania.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.