Kingsman: Złoty krąg, Kingsman: The Golden Circle (2017), reż. Matthew Vaughn.
Kingsman: Złoty krąg, Kingsman: The Golden Circle (2017), reż. Matthew Vaughn.

Kingsman: Złoty krąg (2017). Recenzja filmu Kingsman: The Golden Circle

Kingsman: Złoty krąg, podobnie do pierwszej części, która podbiła kina jakiś czas temu, to typowy przykład filmu, który jest cool, ale spokojnie mógłby być jeszcze bardziej cool. A wręcz powinien, bo ma wszystko. Dobrą obsadę, dobrego reżysera, wolność artystyczną, nie wisi nad nim PG-13 i może sobie pozwolić na wszystko. Mimo to wyraźnie czuć nad nim jakiś rodzaj wewnętrznej kontroli, która pozwalając popuścić wodze wyobraźni i kreatywności nie pozwala na totalną popkulturową jazdę bez trzymanki. Recenzja filmu Kingsman: Złoty krąg.

Well, to by już w sumie mógł być jej koniec…

O czym jest film Kingsman: Złoty krąg

To był kolejny dzień pracy Eggsy’ego (Taron Egerton), oficjalnie zatrudnionego w ekskluzywnym sklepie z garniakami agenta tak bardzo specjalnego, że bardziej nie można. Odstawiony w najnowszy model z kolekcji swojego sklepu wybiera się na kolację z ukochaną Tilde (Hanna Alström). Przed wyruszeniem w drogę atakuje go jednak uzbrojony w bioniczne ramię Charlie (Edward Holcroft, choć przysiągłbym, że to był Matthias Schoenaerts) i wywiązuje się długi pościg ulicami Londynu zakończony bójką, strzelaniną, wybuchami i finalnie nurkowaniem w kanałach niczym Andy Dufresne. Po skończonej robocie Eggsy dociera na spotkanie i wszystko wydaje się, że wróciło do normy. Ale nie wróciło. Wkrótce prawie cała organizacja Kingsmanów zostaje puszczona z dymem i wydaje się, że jej dni są policzone. Przeżyli jedynie Eggsy i Merlin (Mark Strong), którzy w tragicznej sytuacji zwracają się o pomoc do bliźniaczej agencji po drugiej stronie Atlantyku. Statesmani pod wodzą Szampana (Jeff Bridges) zgadzają się tej pomocy udzielić. Do walki ramię w ramię z Brytolami stają agenci Teguila (Channing Tatum), Whiskey (Pedro Pascal) i Ginger (Halle Berry). Wkrótce odkryją, że za zamachem na Kingsmanów stoi tajemnicza organizacja o kryptonimie Złoty krąg, dowodzona przez miłośniczkę amerykańskich lat 50., niejaką Poppy (Julianne Moore). Zakamuflowana głęboko gdzieś w dżunglach Kambodży ma plan, który sprawi, że wkrótce spora liczba populacji Ziemi może mieć problem.

Recenzja filmu Kingsman: Złoty krąg

Kingsman: Złoty krąg to zdecydowanie film przeznaczony dla określonego typu widza. Raczej mało prawdopodobne, że ktoś, kto nie wie, w co się pakuje będzie zadowolony z seansu. Na szczęście o podjęcie decyzji o wyjściu do kina nie jest specjalnie trudno, bo zwiastun filmu Vaughna mówi na jego temat wszystko. Jeśli ktoś zobaczy w nim elektryczne lasso przecinające człowieka na pół, wybuchową wodę kolońską, czy ekspresowe zabijanie badgajów za pomocą kolta kręcącego się w poziomie dookoła palca, a potem narzeka, że Kingsman: Złoty krąg miał kiepską i nielogiczną fabułę… No sorry.

W przypadku takich filmów jak Kingsman: Złoty krąg praca nad fabułą kończy się wraz z wymyśleniem pretekstu, który pozwalałby na nakręcenie drugiej części hitowego filmu. W tym przypadku takim pomysłem było włączenie do akcji podobnej, amerykańskiej agencji, która mogłaby w swoich działaniach gloryfikować to, co amerykańskie. Kapelusze, dżinsy muzykę country, czy whiskey z Kentucky. I już mamy film. Swoją drogą tak zastanawiałem się nad tą koncepcją połączenia Kingsmanów z naszą obroną terytorialną Macierewicza i ze smutkiem doszedłem do wniosku, że cholera wie, czy mielibyśmy coś w ogóle do takiej gloryfikacji jak tweedowe marynarki czy dżinsowe kurtki. Cholera, nasi agenci pewnie lecieliby na akcję w stroju krakowiaka, a to chyba za dużo, nawet jak na przyjętą przez Kingsmanów konwencję.

No nic. Autorzy filmu wymyślili (czy tam wzięli z komiksu, aż tak nie ogarniam) tych Statesmanów i już mogli trzepnąć podobny film jak część pierwsza, a jednak na tyle inny, żeby nie móc mówić o powtórce z rozrywki. Wystarczyło dorzucić jakieś zagrożenie i tu też pokombinowali w oczywisty sposób. „Laureatka nagrody Akademii” na plakatach wygląda wystarczająco zacnie z punktu widzenia marketingowego, stąd obecność fajowej Julianne Moore w roli przesłodzonej badgajki mielącej swoich wrogów w maszynce do mięsa. Swoją drogą to fajne w takich Kingsmanach, że widząc w tle wielką maszynkę do mięsa, możesz być pewny, że wcześniej czy później ktoś w niej wyląduje. W końcu po to ona tam stoi. Taka to konwencja.

Oczywiście trudno uniknąć filmowi Kingsman: Złoty krąg zarzutów o podobieństwo do pierwszej części, bo te są duże już choćby z powodu ww. konwencji filmu. Na szczęście mnie jedynka nie podoba się aż tak bardzo, więc dwójkę przyjąłem z wystarczająco dużym zadowoleniem, żeby na nią nie narzekać. Nie jest to jeszcze idealny odmóżdżacz, o którym mógłbym powiedzieć: wow, co się tam odtentegowało?!, ale jako kinowa rozrywka w piątkowy wieczór jest w sam raz. Dużo się tu dzieje (szkoda tylko, że większość fajnych akcji była już w zwiastunach), są sympatyczne mopsy, humor (choć czasem przestrzelony – podkładanie pluskwy Poppy Delevigne – lub nie do końca brzmiący tak dobrze, jak powinien), dobra rola Eltona Johna, wpadające w ucho muzyka i akcenty, no i fajnie, że nie zrezygnowano z wątku szwedzkiej księżniczki. To prawda, że Matthew Vaughn kisi się przez cały czas w wypromowanym przez siebie sosie, ale wolę już to niż Kevina Smitha, któremu zachciało się kręcić horrory.

Można być z grubsza pewnym, że za dwa lata zobaczymy w kinach trójkę. Zresztą już ta druga część wyraźnie ją wprowadziła (może szkoda, że Kingsman: Złoty krąg też cierpi na główną chorobę dzisiejszego kina i jest nakręcony tak, żeby koniecznie nic nie spieprzyć przed kolejną częścią; uważam, że filmy powinny być kręcone tak, jak gdyby dzień po premierze miał nastąpić koniec świata! Ej, czekaj chwilę…), a i pomysł z agencjami z innych krajów to materiał na niezliczoną ilość części Kingsman.

(2290)

Kingsman: Złoty krąg, podobnie do pierwszej części, która podbiła kina jakiś czas temu, to typowy przykład filmu, który jest cool, ale spokojnie mógłby być jeszcze bardziej cool. A wręcz powinien, bo ma wszystko. Dobrą obsadę, dobrego reżysera, wolność artystyczną, nie wisi nad nim PG-13 i może sobie pozwolić na wszystko. Mimo to wyraźnie czuć nad nim jakiś rodzaj wewnętrznej kontroli, która pozwalając popuścić wodze wyobraźni i kreatywności nie pozwala na totalną popkulturową jazdę bez trzymanki. Recenzja filmu Kingsman: Złoty krąg. Well, to by już w sumie mógł być jej koniec... O czym jest film Kingsman: Złoty krąg To był kolejny…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Po zniszczeniu większości organizacji Kingsman, Eggsy i Merlin muszą współpracować z ich amerykańskimi kolegami - Staesmanami. Typowy przykład filmu, który jest cool, ale powinien być jeszcze bardziej cool, bo ma: dobrą obsadę, dobrego reżysera, wolność artystyczną, nie wisi nad nim PG-13 i może sobie pozwolić na wszystko.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl