Londyn w ogniu recenzja filmu
Londyn w ogniu [London Has Fallen] (2016), reż. Babak Najafi

Londyn w ogniu, czyli nie Olimp w ogniu

Moja wiara w Londyn w ogniu była wielka. Tak wielka, że gdy tylko trafiłem z powrotem do stolicy europejskiego kraju z większym wyborem kin do… yyy… do wyboru… to od razu wyszukałem najbliższy seans i pognałem do kina. Ponad tydzień od premiery – nie powinno być problemu z biletem. A jednak był, bo wpadłem chwilę po czasie i okazało się, że są tylko dwa. Ale moja wiara w Londyn w ogniu była tak wielka, że uznałem, że nawet z miejsca 1-1 (rząd pierwszy, miejsce pierwsze) będę miał fun z seansu. (Drugie miejsce było w dokładnie drugim końcu sali, ale nie lubię siedzieć w miejscu bez wyjścia bez przepraszania całej sterty ludzi). Czy to właśnie miejsce, z jakiego zobaczyłem Londyn w ogniu ma jakiekolwiek znaczenie, jeśli chodzi o końcową ocenę seansu? Chyba nie. Recenzja filmu Londyn w ogniu.

Londyn w ogniu [London Has Fallen] (2016)
Reżyseria: Babak Najafi
Scenariusz: Creighton Rothenberger, Katrin Benedikt, Christian Gudegast, Chad St. John
Obsada: Gerard Butler, Aaron Eckhart, Radha Mitchell, Angela Bassett, Morgan Freeman, Jackie Earle Haley, Robert Forster, Melissa Leo
Muzyka: Trevor Morris
Zdjęcia: Ed Wild
Kraj produkcji: USA

Króciutki rys historyczny

Na początku był Olimp w ogniu wyreżyserowany przez jednego z moich ulubionych reżyserów – Antoine’a Fuquę. W czasie premiery w zapaści był zarówno sam reżyser, jak i gatunek, jaki podjął Olimp w ogniu. Gatunek popularny dwie dekady wcześniej, kiedy to do walki jeden przeciw wszystkim w jakiejś konkretnej lokacji stawali ochoczo Bruce Willis, Jean Claude Van Damme czy Steven Seagal. Potem skończyły się lokacje, skończyli się bohaterowie kina akcji, skończył się gatunek. A właściwie podgatunek kina akcji. Nic dziwnego, że nie dało się tchnąć w niego życia, skoro do takiego zadania wyznaczane były drewniaki pokroju Johna Ceny. No ale Gerard Butler to trochę insza inszość i jemu pod wodzą Fuquy mogło się udać. I udało się znakomicie. Film w moich oczach zdecydowanie wygrał wyścig nie tylko z drugim filmem o szturmie na Biały Dom, jaki pojawił się w tym samym czasie (Świat w płomieniach Rolanda Emmericha), ale też wyścig do serca mnie jako widza w kategorii niezobowiązująca rozrywka. Tamtego roku Olimp w ogniu był jednym z najmilej spędzonych seansów kinowych, w jakich miałem przyjemność uczestniczyć. Wystarczyło niewiele. Trochę pokrwawić, trochę pokląć, wymyślić sympatycznego bohatera i nie silić się na za dużo sensu (przeciwnicy powiedzą, że tego sensu akurat nie było tu w ogóle). Druga część była tylko formalnością. Ba, może i kilka części, bo pomysł na franczyzę jest zacny i prosty. Ogrodzieniec w ogniu. Alaska w ogniu. Nowosybirsk w ogniu. Panie, do wyboru do koloru.

O czym jest Londyn w ogniu

W filmie Babaka Najafiego (irański Szwed z Szybkim Cashem 2 i Banshee na koncie) znowu nie ma ani ziarenka sensu. Widocznie taki już urok tej serii. Terroryści opanowują Londyn z taką łatwością, że nic tylko dziwić się, że jeszcze nie mówimy w urdu czy w innym farsi. Ba, Londyn to pikuś, bo terrorystom udaje się bez _żadnego_ problemu wykończyć kilku prezydentów światowych mocarstw, a wystarczy im na to pięć minut. Kłopot w tym, że śmiertelnej obławie udaje się umknąć najgrubszej z rybek – prezydentowi USA (Aaron Eckhart). Wszystko dzięki poświęceniu jego wiernego ochroniarza, z którym nie zawsze było mu po drodze, Mike’a Banninga (Gerard Butler) i reszty ekipy, która w miarę bezpiecznie eskortuje go do helikoptera. Kłopot w tym (tym razem prezydenta), że i helikopter zostaje zestrzelony, a Londyn staje się świadkiem wielkiego polowania na POTUS-a. A dokładniej rzecz ujmując – wielkiego polowania Mike’a Banninga na terrorystów, którzy bez problemu opanowali Londyn, ale na jednego kolesia nie mają za dużo pomysłów.

Recenzja filmu Londyn w ogniu

Mocno kpiący jest powyższy opis fabuły, a i owszem, ale każde słowo napisane tam zostało z sympatią do filmu, zaręczam. Trudno jednak udawać, że jakiś film jest poważny, skoro poważny nie jest. Na szczęście Londyn w ogniu poważny być nie musi, ważne, żeby się fajnie strzelali i zabijali. A reszta to już jedynie pretekst do tego fajnego strzelania. Ważne też, żeby miał fajnego bohatera i fajnego bohatera ma, choć nie ulega wątpliwości, że w filmach takich jak Londyn w ogniu bohaterowi łatwiej jest być fajnym. Dlaczego? Ano dlatego, że może wszystko. Może kogoś krwawo zabić, może kogoś siarczyście opierdolić, może w końcu zrobić kombo zabicia i przekleństwa. Wymarzony punkt wyjścia dla onelinerów, chwackich tekścików i wbijania noża w kolano, niedostępny dla bohatera PG-13, który nożem mógłby jedynie obrać jabłko.

Nie we wszystkim Londyn w ogniu ma jednak łatwo i to jego największy problem. Odpada na przykład element zaskoczenia, którym kupił mnie Olimp w ogniu. Żeby mnie zaskoczyć, Mike Banning musiałby teraz być w PG-13, a że rzuci jobem wjeżdżając kimś w ścianę (najlepsza scena w całym filmie) jest fajne, ale już nie zaskakuje. Kiedy więc wszystko jest na swoim miejscu i takie, jakiego się spodziewasz, piłeczka leży po stronie reżysera i scenarzysty (w przypadku Londyn w ogniu kilku scenarzystów), żeby swoją kreatywnością i pomysłowością uzupełnili oczywiste braki. I tutaj dupa zbita, nie podołali zadaniu.

Londyn w ogniu nadal fajnie się ogląda, pewnie jeszcze fajniej, gdy trafi się na niego przypadkiem nie znając pierwszej częsci, ale to już nie to. A lista grzechów jest większa, a nawet całkiem duża. Razi w oczy CGI wybuchów, które szczególnie w połączeniu z lokacjami w Londynie wyglądają tanio i sztucznie. W ogóle pomysł osadzenia akcji w Londynie to miecz obosieczny. Fajnie, bo rozwalają Londyn, niefajnie, bo przecież nie pozwolą im rozwalić Londynu. Dlatego akcja szybko przenosi się do podziemi czy domów, które mogą być wybudowane wszędzie, niekoniecznie w Londynie. Brakuje jakiegoś wyrazistego czarnego charaktera (bolączka wielu filmów dzisiejszego kina akcji), który mógłby choć sprawiać wrażenie, że jest w stanie dokopać Banningowi. No i trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko to zostało zrobione na przysłowiowe odpierdol się. Jakby na produkcję mieli parę miesięcy zanim widzowie zapomną jak fajna była jedynka i szybko trzeba dać im dwójkę. A nie trzy lata, które można było poświęcić na to, żeby Londyn w ogniu oglądało się tak samo fajnie jak Olimp w ogniu. Nie ma tu jakiegoś pomysłu na cokolwiek poza rozwalaniem wszystkiego i nie martwieniem się o resztę. Wychodzi z tego film, w którym nie ma żadnego punktu kulminacyjnego i który po prostu się kończy. No ale jak ktoś chce usłyszeć z ekranu parę fucków, nacieszyć się splatterami po postrzałach i usłyszeć parę sympatycznych, choć nie genialnych onelinerów – może iść. Jeśli jednak nie podobała mu się jedynka, to dwójka na pewno mu się nie spodoba.

(2067)

Moja wiara w Londyn w ogniu była wielka. Tak wielka, że gdy tylko trafiłem z powrotem do stolicy europejskiego kraju z większym wyborem kin do... yyy... do wyboru... to od razu wyszukałem najbliższy seans i pognałem do kina. Ponad tydzień od premiery - nie powinno być problemu z biletem. A jednak był, bo wpadłem chwilę po czasie i okazało się, że są tylko dwa. Ale moja wiara w Londyn w ogniu była tak wielka, że uznałem, że nawet z miejsca 1-1 (rząd pierwszy, miejsce pierwsze) będę miał fun z seansu. (Drugie miejsce było w dokładnie drugim końcu sali, ale nie…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Na ulicach pogrążonego w chaosie Londynu trwa polowanie na prezydenta USA i jego wiernego ochroniarza. Kino akcji w starym dobrym stylu, któremu zabrakło ponadprzeciętnego reżysera.

3 odpowiedzi

  1. Zawód na całej linii…

    Jedyny pozytyw z tego filmu był taki, że na następny dzień po wizycie w kinie odpaliłem jeszcze raz jedynkę…

  2. A mnie sie oba podobały choc przyznam jedynka lepsza

  3. Quentin

    Ja też, jak widać, na dwójkę nie narzekam, ale bezapelacyjnie to już nie jest to.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.