Deadpool recenzja filmu
Deadpool (2016), reż. Tim Miller

Deadpool, czyli Mar-very-well

Drodzy Państwo, jak zwykle zaczynają się recenzje filmu Deadpool? Ano zaczynają się tak: wszyscy już napisali o Deadpoolu, więc teraz moja kolej. Ja postanowiłem być oryginalny i rozpocząć inaczej. Recenzja filmu Deadpool.

Deadpool (2016)
Reżyseria: Tim Miller (debiut reżyserski, wow)
Scenariusz: Rhett Reese, Paul Wernick
Na podstawie postaci stworzonych przez: Fabian Nicieza, Rob Liefeld
Obsada: Ryan Reynolds, Ed Skrein, Morena Baccarin, Brianna Hildebrand, Gina Carano (wyślijcie ją na lekcje aktorstwa, pliiis!), T.J. Miller
Muzyka: Junkie XL
Zdjęcia: Ken Seng
Kraj produkcji: USA

Dwa słowa o ekranizacjach komiksów, choć specjalistą nie jestem

Nie jestem specjalistą, a już od samych komiksów to w ogóle, nic o nich nie wiem i ile razy chcę czegoś się dowiedzieć, to rozbijam się o masę informacji zniechęcających do dalszej eksploracji. O ekranizacjach komiksów wiem coś więcej, bo je oglądam, ale na przykład nie mam pojęcia jak się mają do papierowych pierwowzorów. Nie interesuje mnie to, interesuje mnie dobry film. Takie, a i owszem, dość często zdarzają się pośród komiksowych ekranizacji. Komiksowych ekranizacji, które z grubsza możemy podzielić na trzy nierówne części. Część pierwsza to niezobowiązujące widowiska PG-13 dla każdego. Dużo błyskotek, dużo akcji, dużo humoru, dużo wszystkiego, żeby każdy znalazł coś dla siebie. Mało mięsa i tego, co w kinie wielu lubi najbardziej, bo wiadomo, to musi być film dla trzynastolatka. Schemat takich filmów jest przeważnie podobny. Superbohater (ewoluujący do grupy superbohaterów) kontra superzłoczyńca (rzadziej zbierający się w grupy). Miliardy na koncie, wszyscy szczęśliwi. Drugi rodzaj komiksowych ekranizacji to widowiska sprawiające wrażenie poważnych filmów. Dalej PG-13, bo też mają zarobić, ale już mroczne, dramatyczne, stające na głowie, żeby pokazać widzowi, że komiks to nie są jakieś tam malowane obrazki z dymkami, ale Sztuka przez duże Sz! Zamiast na rozpierduchę kładzie się tu nacisk na psychologię postaci i jej motywacje do działania (w sumie zabawne, gdy wszystko sprowadza się do kolesia wkładającego obcisłe gacie, nawet jeśli spece od kostiumów dbają o to, żeby kostiumy jak najmniej przypominały obciskające gacie), a filmy takie charakteryzuje spory patos i śmiertelna powaga, która może wzbudzić u widza znudzenie. Niestety, ostatnio oba te podgatunki coraz częściej się miksują.

Deadpool z reżyserem filmu Timem Millerem

– Ej, Dead, mam tu reckę Q. – I jak? – Standardowo, pierdoli nie na temat przez dwa akapity.

Aż w końcu jest też trzeci rodzaj ekranizacji komiksów – można powiedzieć, że zrobione dla jaj i z koniecznie luźnym podejściem do ostatecznego materiału. Trzymające się jak najbliżej komiksów, żeby koniecznie było widać, że ich reżyser to fan, ale przede wszystkim koleś z jajami, który ma w nosie producentów i zrobi im na opak! Pójdzie pod prąd i przygotuje ekranizację inną niż reszta, wepchniętą w zupełnie inne ramy. Czyli z grubsza taką, jaki obraz komiksu rysuje się w głowie przeciętnego odbiorcy, który za wiele z komiksami nie miał do czynienia. Wesołe i kolorowe obrazki bez ograniczeń. Było już kilka takich ekranizacji zarówno PG-13 (Strażnicy Galaktyki), jak i nie PG-13 (Kick-Ass), a teraz doszła do tego jeszcze jedna – Deadpool.

O czym jest film Deadpool

Prawda w przypadku fabuły Deadpoola jest taka, że właściwie to tej fabuły tam nie ma. Deadpool jest filmem o niczym szczególnym. Główny bohater zostaje zrobiony w bambuko przez głównego badguya i nic dziwnego, że chce się na nim zemścić. Finito, to koniec fabuły filmu Deadpool.

A tak bardziej szczegółowo to by było tak. Wade Wilson (Ryan Reynolds) to drobny rzezimieszek, który zajmuje się odbiorem niezapłaconych długów i wszystkim innym, w czym pomóc mu mogą jego mięśnie i umiejętności nabyta w nieskończonych walkach. Wade stara się jak może, żeby udowodnić, że nie ma też przy okazji dobrego serca, ale średnio mu to wychodzi trzeba przyznać. Pewnego dnia Wade zakochuje się w Vanessie (Morena Baccarin) i jest to tak szczęśliwa miłość, że bardziej być nie może. Do czasu. U Wade’a zdiagnozowany zostaje złośliwy nowotwór, który nie pozostawia mu za wiele życia. Początkowo załamany, w końcu Wade decyduje się na eksperymentalną terapię, która nie tylko ma go uzdrowić, ale i sprawić, że zostanie superbohaterem. Wade’a to nie dziwi, bo żyje przecież w uniwersum X-Menów, a więc z superbohaterami ma do czynienia na co dzień w Wiadomościach. Poddaje się bolesnemu leczeniu, a potem nic już nie jest takie, jakiego by się spodziewał.

Recenzja filmu Deadpool

Najlepiej będzie, gdy od razu na początku ( :) ) napiszę, że nie będę Was zniechęcał do zobaczenia filmu Deadpool, bo zobaczyć go warto. Jest wesoły, sporo jedzie po bandzie, nie unika krwi i faków (niestety unika cycków nie wiedzieć czemu; znowu odcięcie sobie dłoni jest cool, ale cycki nie – są jakieś trzy pary, ale przez chwilę i zupełnie anonimowe) – w zasadzie to idealna rozrywka na luźny wieczór. A na pewno najlepsza rozrywka, jaką aktualnie możecie zobaczyć w kinie. Dlatego jeśli się wahacie, to się już nie wahajcie i lećcie do kina. A jeśli nie słyszeliście o Deadpool to sobie zobaczcie zwiastun i jeśli Wam się spodoba, to lećcie do kina. Reszty namawiać nie trzeba.

Powiedziawszy to, co wyżej, mogę już spokojnie napisać, że też dobrze się bawiłem, ale nie była to zabawa z gatunku tych niezapomnianych. Być może to moja wina, bo jakoś od początku nie po drodze mi było z Deadpoolem i w trakcie filmu nie przekonał mnie do tego, że wow, to mój absolutnie ulubiony superbohater! Co nie zmienia faktu, że za wiele zarzucić mu nie można. Stara się chłopak, zabija z pomysłem, sypie niewybrednymi żartami (jedne fajne, jedne suche, chyba żadnego niezapomnianego onelinera, ale z drugiej strony Deadpool tyle gada, że to właściwie jeden wielki oneliner) i generalnie jest takim megaluzakiem niezależnie od sytuacji. W necie widzę, że piszą, że to antybohater, ale ja tam nie wiem, jak dla mnie to klasyczna komiksowa postać. Po to wymyślono komiksy, żeby takie postaci jak Deadpool miały gdzie mieszkać.

Pod względem realizacji nie ma się zupełnie do czego przyczepić. W klimat filmu wprowadzają od razu napisy początkowe i wesoły, archetypiczny indyjski kierowca taksówki. Potem zaczyna się rozpierducha przetykana flashbackami z ważnych dla fabuły fragmentów przeszłości. Skłamałbym, gdybym napisał, że nie trafiło się pośród nich parę nudniejszych fragmentów, ale jak to mówią – ważne, żeby plusy przysłoniły minusy, a tak zdecydowanie jest w przypadki filmu Deadpool. Wszystko to natomiast pływa w sosie odwołań do popkultury, za którymi trudno nadążyć. Uczucie incepcji jest pełne, gdy pośród odniesień do X-Menów, do których Deadpool nie chce dołączyć, choć X-Meni bardzo by chcieli, Deadpool nagle dopytuje czy pytał o niego Stewart czy McAvoy, bo już mu się wszystko popieprzyło. Do końca nie wiem, czy to dobry kierunek takie łączenie świata filmu ze światem realnym, ale chyba właśnie o to chodzi, że Deadpool ma to po prostu w dupie.

W przypadku filmu Deadpool nie jest ważne co, ale ważne jest to jak. I z tego zadania wywiązuje się znakomicie. Choć Strażnicy Galaktyki podobali mi się bardziej.

(2060)

Drodzy Państwo, jak zwykle zaczynają się recenzje filmu Deadpool? Ano zaczynają się tak: wszyscy już napisali o Deadpoolu, więc teraz moja kolej. Ja postanowiłem być oryginalny i rozpocząć inaczej. Recenzja filmu Deadpool. Dwa słowa o ekranizacjach komiksów, choć specjalistą nie jestem Nie jestem specjalistą, a już od…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Drobny odzyskiwacz długów zyskuje superbohaterskie moce, ale przy okazji traci dziewczynę. Co z tym zrobi? Komiksowa ekranizacja od początku do końca pokazująca faka dla PG-13.

5 odpowiedzi

  1. Zapomniałeś dodać, że posiada najlepsze after creditsy ze stajni Marvela. U mnie zepchnęły z pierwszego miejsca drugie z Avengers,

  2. Quentin

    Jestem przeciwnikiem aftercreditsów, więc raczej mnie nie zachwycają ;). Uważam, że te tutaj były cool, ale nic niespodziewanego czy wybitnego w nich nie było. Dziw jedyne, że chyba nikt nie wpadł na takie wcześniej.

    Może się kiedyś zachwycę odwagą twórców aftercreditsów, gdy władują po napisach z pół godziny materiału :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.