Legion samobójców: The Suicide Squad, The Suicide Squad (2021), reż. James Gunn.
Legion samobójców: The Suicide Squad, The Suicide Squad (2021), reż. James Gunn.

Legion samobójców: The Suicide Squad. Recenzja filmu The Suicide Squad

Warto chyba od razu przyznać się do tego, że od obejrzenia przeze mnie ww. filmu minął już z tydzień i zasiadając do pisania recenzji uświadomiłem sobie, że właściwie to już większość z tego, co obejrzałem – zapomniałem. To chyba dobre podsumowanie tego sympatycznego filmu, który, jak widać, jakoś specjalnie w pamięć nie zapada. Recenzja filmu Legion samobójców: The Suicide Squad.

O czym jest film Legion samobójców: The Suicide Squad

Interesująco brzmi początek oficjalnego opisu fabuły filmu Legion samobójców: The Suicide Squad zaserwowany przez dystrybutora, który chciał zapewne utrzymać ów opis w klimacie filmu i zamiast standardowego streszczenia zaprezentował streszczenie jajcarskie. Zaczyna się ono tak: „Witajcie w piekle, zwanym też Belle Reve. Jest to więzienie z największym odsetkiem zgonów w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Trzymani są tu najgorsi superzłoczyńcy, którzy posuną się do wszystkiego, żeby odzyskać wolność”. OK, fajnie, że przeczytałem, bo z filmu bym się tego nie dowiedział. I być może w tym tkwi problem filmu Jamesa Gunna, o którym powinienem pisać w sekcji recenzji, a nie tutaj w streszczeniu. Ale napiszę w streszczeniu: dużo się o filmie mówi, dużo obiecuje, dużo zajawia, a potem okazuje się, że z dużej chmury średni deszcz. I tak samo z tym opisem, z którego w filmie jest tyle, że jest jakieś więzienie, są w nim jacyś złoczyńcy (więcej dowiemy się o nich później) i ginie mały ptaszek. OK, być może to produkcja dla fanów tego konkretnego komiksu, którym nie trzeba o tym wszystkim przypominać. Ale bez tej wiedzy trochę smutno, że opis coś sugeruje, a film od razu przechodzi do ciągu dalszego. Czyli do grupy superzłoczyńców, którzy w imieniu amerykańskiego podatnika wybiorą się na fikcyjną wyspę Corto Maltese, by pomóc bojownikom o wolność i obalić dyktaturę. A jeśli po drodze będą chcieli zrobić coś głupiego, to eksploduje im czacha.

Zwiastun filmu Legion samobójców: The Suicide Squad

Recenzja filmu Legion samobójców: The Suicide Squad

OK, OK, Legion samobójców: The Suicide Squad jest sympatycznym, zabawnym, krwawym filmem utrzymanym w duchu kpiarskich produkcji Jamesa Gunna. Wszystko się zgadza. Król Rekin jest zabawny itd. Jednocześnie nie zauważam w filmie Legion samobójców: The Suicide Squad niczego, co miałoby specjalnie wyróżnić go na tle innych produkcji bawiących się koncepcją komiksowego filmu o superbohaterów. Nie znajduję tu niczego, czego nie byłoby w filmowym Deadpoolu czy w serialowym The Boys. Gunn umiejętnie dekonstruuje komiksowe tropy, ale inni zrobili to już równie umiejętnie przed nim. Nie ma się czym podniecać.

Czego również nie zauważam w filmie Legion samobójców: The Suicide Squad to tego obiecanego hołdu dla kina wojennego lat przed i w trakcie VHS-owych. Zostaje zebrany oddział wyrzutków niczym archetypowa parszywa dwunastka i tyle. Przede wszystkim w formie wizualnej nie zauważam jakiegoś specjalnego grindhouse’owego sznytu, na który można by liczyć po przeczytaniu paru opinii o filmie Gunna. Dla mnie to zwyczajny, nowoczesny film komiksowy, który żadnego hołdu niczemu nie oddaje.

Jak również nie do końca ogarniam tę potrzebę zadośćuczynienia za poprzedni Legion samobójców. Sam nie oceniłem go najwyżej, chyba na 5/10 (a nawet 6/10, ale zaznaczam, że powinno być 5/10, o!), ale też nie rozumiałem tych wszystkich jobów pod jego adresem, jakich się doczekał. Cóż w nim było tak złego, słabego, spartaczonego, żeby cieszyć się opinią gorszego od szmir pokroju Zielona Latarnia czy drugie podejście do Fantastycznej Czwórki? Być może trzeba być fanem komiksu, żeby to zrozumieć i wtedy te wszystkie fajerwerki muzyczno-montażowe z pierwszego Legionu samobójców nie cieszą. Film Gunna jest lepszy, ale dajmyż już spokój poprzednikowi, który z perspektywy czasu trochę niezasłużenie stał się argumentem przeciwko popularności kina na podstawie komiksu.

Co nie zmienia faktu, że Gunn sprytnie poradził sobie z tą transformacją z jednego filmu w drugi, tworząc sequel rozwiewający szybko pytania o to czy to będzie reboot, revisit czy inny recoś. To zresztą najlepszy fragment całego filmu – cały ten segment od pierwszych sekund po pierwszą masakrę niczego nie spodziewających się wojaków siedzących sobie w lesie i robiących pranie. Potem poziomu nie udaje się podtrzymać i cała reszta zlewa się w kolejny film o „superbohaterach”, który szybko musi na siebie zarobić, bo za chwilę na premierę czeka siedem kolejnych. Cóż, nie zarobi, i jakoś specjalnie mnie to nie dziwi. Znów więcej było szumu niż finalnie zaprezentował film Gunna. Nie jest to wydarzenie, na które koniecznie trzeba lecieć do kina nawet w obliczu globalnej pandemii i śmierci po zarażeniu wirusem.

Jak już napisałem – jest w porządku. To kino komiksowe więc nie spodziewam się po nim tego, że będzie poważne. Co za tym idzie nie przeszkadzają mi żadne rozwiązania fabularne i tonacja filmu. Łaskawy jestem też dla filmowych żartów, które inni oceniają na infantylne i dziecinne. Cóż, ci inni chyba nie widzieli Szybkich i wściekłych 9 i nie słyszeli tamtejszych sucharów. Jak również fajnie, że film ma kategorię R, bo twórcy mogą sobie krwawo poszaleć. Ale znów nie uważam, żeby poziom makabry filmu Legion samobójców: The Suicide Squad był jakoś specjalnie wysoki. Raczej standard wśród filmów, które mogą coś pokazać, ale wiadomo, że nie pokażą tyle, co w filmie gore C-klasy z jakiegoś zakątka świata, gdzie jeszcze nie dotarły nakazy i zakazy współczesnej cywilizacji.

Po kiego grzyba scena z papugami, nie wiem.

Właściwie o każdym aspekcie filmu Gunna mógłbym napisać, że jest OK, ale. To samo, jeśli chodzi o postaci. Są fajne, ale. Nie dajmy się zwariować tym, którzy przekonują, że Gunn zadbał o background postaci, ich motywacje, głębszy rys psychologiczny. Kaman, to takie same postaci komiksowe jak wszystkie inne, wyróżnia je tylko strój. Znów najbardziej błyszczy Harley Quinn, a na Polka Dot Manie się zawiodłem, bo liczyłem, że każda ta jego kropka robi coś innego. Niewykorzystany potencjał postaci.

Finalnie dość fajnie mi się więc oglądało Legion samobójców: The Suicide Squad. Bardzo fajnie do połowy, mniej fajnie później. Momentem granicznym wspomniana wyżej leśna masakra. Krwawa i pomysłowa. Zabrakło tego później.

(2490)

Warto chyba od razu przyznać się do tego, że od obejrzenia przeze mnie ww. filmu minął już z tydzień i zasiadając do pisania recenzji uświadomiłem sobie, że właściwie to już większość z tego, co obejrzałem – zapomniałem. To chyba dobre podsumowanie tego sympatycznego filmu, który, jak widać, jakoś specjalnie w pamięć nie zapada. Recenzja filmu Legion samobójców: The Suicide Squad. O czym jest film Legion samobójców: The Suicide Squad Interesująco brzmi początek oficjalnego opisu fabuły filmu Legion samobójców: The Suicide Squad zaserwowany przez dystrybutora, który chciał zapewne utrzymać ów opis w klimacie filmu i zamiast standardowego streszczenia zaprezentował streszczenie jajcarskie.…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Grupa najgroźniejszych złoczyńców wyrusza na zlecenie amerykańskiego rządu, by dokonać przewrotu na jednej z latynoskich wysepek. Dowcipne i efektowne kino metakomiksowe, które jednak nie oferuje żadnych atrakcji ponad te, które można było już zobaczyć w filmowym „Deadpoolu” czy serialowym „The Boys”.

2 odpowiedzi

  1. Tak narzekasz, że myślałem, że postawisz mniej, a zwrot akcji niczym w filmach Shyamalana, bo oceniłeś tak samo jak ja, czyli dobra produkcja, więc ja trochę bardziej pochwalę:-)

    Może nie zachwycam się tak jak niektórzy, ale ogólnie dobra rozrywka, która mnie zaskoczyła tym, że to bardziej sequel, jak remake czy restart. Choć ja lubię wszystkie filmy Gunna, też te niszowe co kiedyś kręcił, więc liczę na to, że między jedną a drugą superprodukcją powróci do korzeni, jak np. Wan, który po Aquamanie wyreżyserował horror (niedługo premiera). Wszyscy podobali mi się z obsady, nawet ci słabsi i drewniani aktorzy jak Kinnaman i Cena.

    Idris Elba to kopia bohatera granego przez Willa Smitha, ale wolę tą wersję Deadshota (choć Will był spoko), tylko z innym pseudonimem. Choć przez cały film myślałem, że to bohater stworzony na potrzeby filmu, a jest Bloodsport w komiksach. Najlepsza z głównej ekipy jest dziewczyna od szczurów (a nienawidzę tych gryzoni) i Polka, który jest chyba najtragiczniejszą postacią z całej ekipy. Dobrze wypadł też Stallone i ogólnie CGI Sharka super, czuło się aż tą oślizgłość rekina w niektórych scenach.

    Lubię Margot Robbie w roli Harley więc nie narzekam, choć jest trochę na doczepkę, ale za to ma najlepszą scenę akcji w całym filmie. No i to ona, a nie kaskaderka/dublerka wykonała scenę z palcami. Słyszałem albo czytałem jak się chwaliła że potrafi takie cuda zrobić. A był jeszcze ten kierowca, którego imienia zapomniałem, który był spoko :)

    A co do Capaldiego w roli złego doktorka, to trochę podobny przypadek co w MCU, czyli zmarnowany dobry aktor, ale ma jedną świetną scenę, jak z Obcego 4, z tymi efektami eksperymentów, mocna ta sekwencja była. No i przemówienie w tej scenie niby typowe dla złola, ale to tak dobry aktor, że na mnie podziałało i gościa znienawidziłem.

    Zaskoczeniem dla mnie nie jest to jak całkiem nieźle wypadł Kinnaman, bo on czasami potrafi dobrze zagrać np. w serialu Killing i tutaj też idealnie się spisał, ale Cena, który jest jeszcze większym drewniakiem, a dobrze wypadł w roli takiej bardziej psychopatycznej wersji Kapitana Ameryki. A scena
    w której zabił wiadomo kogo to był taki moment, gdy widać było na twarzy jego postaci, jak skrajnie różne emocje Peacemakerem targają. Nie sądziłem że tak nieźle Cena wypadnie. Ale też przez to co zrobił w końcówce to nie czekam na serial o nim, choć scena po napisach to zapowiedź serialu.

    Osobne słowa uznania należą się dla Violy Davis, taka mała rola a wycisnęła z niej wszystko, jako dc-owa wersja Nicka Fury’ego.

    Gunn umiejętnie lawiruje miedzy humorem a powagą. Potrafi bez zgrzytów w jednej scenie przejść z humoru do poważnych momentów i na odwrót. No i to działa. Nie każdy dowcip do mnie trafił, ja różnie z poczuciem humoru Gunna mam, ale sporo doceniam jak np. te nawiązania do wąsów Supcia, tekst o mamusi (to Twoja stara), który skojarzył mi się z wiadomą sceną z BvS Snydera. Jest sporo świńskich sucharów i nie każdy do mnie trafił, ale też było kilka takich, które mnie rozbawiły.

    Podoba mi się to jak Gunn bawi się kinem akcji z lat 80, np. scena jak lecą na początku na akcję czy pojedynek kto kogo więcej zabije to miałem skojarzenia np. z Predatorem. Jest to bardzo czarny humor, ale przez dodanie jednego dialogu, czyli tekstu Kinnamana po akcji Elba vs Cena to zaczyna patrzeć się inaczej na tą scenę pojedynku między dwoma macho-manami. Udało się Gunnowi w zwykłej rozrywce poruszyć kwestię polityki USA, skrytykować USA i o wiele lepiej mu to wyszło jak innym twórcom. I właśnie idealnie z tym filmem trafili, kilka dni przed tym co się dzieje w Afganistanie. Niby rozrywka, ale odnosi się bardzo krytycznie do polityki USA.

    Fajna rozrywka, może nie aż tak jak niektórzy mówią, ale jednak dobra. Więc (w końcu!) Idris Elba doczekał się dobrego blockbustera (nie liczę Pacific Rim, który był wieki temu) , ale co z tego, bo tak jak poprzednie superprodukcje z Elbą, nieważne jak oceniane, to też klapa finansowa. Aktor ma wyjątkowego pecha do blockbusterów.

  2. Quentin

    No bez dwóch zdań wciąż najlepszym filmem Gunna pozostaje „Slither” :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.