Japończyk z żółwiem, recenzja filmu Love & Peace
- Mam żółwia i nie zawaham się go użyć! - Love & Peace (2015), reż. Shion Sono

Love & Peace, recenzja prawie najnowszego filmu Shiona Sono

Nie będzie w tym żadnej przesady, gdy napiszę, że takie filmy jak w Japonii można oglądać tylko tam*. Żadna inna światowa kinematografia nie ma tak nasrane we łbie jak Japończycy. Nikt się nawet nie zbliża. I po tej dygresji – recenzja filmu Love & Peace.

*no wiem, można też oglądać w Polsce, Kazachstanie i na Seszelach; wiecie o co mi chodzi 😛

To powinien być akapit o Shionie Sono

Ale nie będzie, bo nie będę tu teraz wertował Wikipedii w poszukiwaniu funny factów o tym reżyserze. Reżyserze, którego filmografię obiecuję sobie zeksplorować już od dłuższego czasu i ciągle zabrać się za to nie mogę. A to błąd, bo każdego roku rozrasta się ona przynajmniej o kilka tytułów i jest coraz trudniej. Pod względem płodności Sono mógłby konkurować chyba jedynie z Takashim Miike, choć to chyba jedyne co łączy ich obu. No i może jeszcze nieograniczona niczym wyobraźnia. Poza nimi filmy Sono wyglądają jak ubodzy krewni filmów Miike’ego, który nie dość, że w każdym gatunku czuje się jak ryba w wodzie, to przy tym serwuje dzieła wizualnie – i po prostu filmowo – dopracowane na skalę zadziwiającą biorąc pod uwagę kilka produkcji rocznie. Sono zaś kosztem jakości chyba po prostu dużo bardziej bawi się kinem i w ogóle samym filmowaniem. Powiedział Q, który widział trzy filmy Sono :), więc jakby co, to można mnie naprostować rzuceniem jakiegoś tytułu, który realizacyjnie daje radę z filmami Miike. Ostatnimi filmami Miike.

Hiroki Hasegawa w filmie Love & Peace stoi przy mikrofonie

Hiroki Hasegawa w filmie Love & Peace.

Wiecie co, chyba skasuję te powyższe rozważania :). Jeszcze przemyślę sprawę.

Kto zawiedzie się na Love & Peace?

Nie powinien nikt, kto przetrwa pierwsze pół godziny i kto po prostu lubi kino niezależnie od tego, czyje nazwisko widnieje w napisach pod „reżyseria”. Możliwe jednak, że kręcić nosem będą też ci, którzy spodziewają się podobnej rozpierduchy co w innych filmach Sono – słynnym słusznie Suicide Circle aka Suicide Club i słynnym niesłusznie Zabawmy się w piekle. Nie chodzi o to, że jest tej rozpierduchy mniej niż w tych filmach, chodzi o to, że tej rozpierduchy w ogóle tu nie ma.

O czym jest Love & Peace

Bohaterem filmu jest Ryoichi, niespełniony rockman, który kiedyś założył kapelę, ale szybka kariera skończyła się tym, że nikt nie przyszedł na jego trzy koncerty. Ryoichi popadł w marazm, rozpoczął pracę biurową i zamieszkał sam jak palec w małym pokoiku. Bez dziewczyny, bez przyjaciół, bez poważania – gdy go poznajemy jest biurowym pośmiewiskiem i obiektem żartów kolegów. Pewnego dnia Ryoichi postanawia zakupić żółwia wodnego, któremu daje wdzięczne imię Pikadon (wybuch nuklearny czy jakoś tak). Niestety ich przyjaźń zostaje przerwana dość brutalnie. Szykanowany przez kolegów Ryoichi wrzuca żółwia do sedesu i spuszcza po nim wodę. Zrozpaczony błąka się potem po mieście przypadkiem wpadając na ulicznego grajka. Wkrótce jego życie zacznie zmieniać się na lepsze. A żółw? Cóż, żółwia czeka ta standardowa przygoda co inne zwierzątka spuszczane w filmach w sedesie. Żartuję. Nie będzie w niej niczego standardowego, to przecież japoński film!

Recenzja filmu Love & Peace

Nie oszukujmy się, pierwsze pół godziny filmu to prawdziwa męczarnia do przetrwania tylko przez tych, którzy widzieli już parę dziwnych japońskich filmów. W pewnym momencie wydaje się, że jedynym celem reżysera jest napchanie w swój film jak najwięcej dziwactw. Dziwne jest wszystko, łącznie ze skrzywioną miną głównego bohatera, który gada z telewizorem, śpi ze stołem na plecach, podkochuje się w innej biurowej pierdole i z samego tylko faktu posiadania żółwia dochodzi do wniosku, że wkrótce zostanie muzyczną supergwiazdą. Nic z tego nie znalazłoby się w żadnym innym filmie nakręconym poza granicami Japonii. Do tego realizacja Love & Peace przypomina raczej niskobudżetowe telewizyjne kino z przerysowanymi na maksa aktorami. Jednym słowem – byłem pewien, że nie ma już ratunku dla tego filmu.

I wtedy zaczynają gadać lalki, króliki i robot. Gdzie ja trafiłem?! Wiedziałem, że będzie dziwnie, wpadłem na ten film jeszcze przed festiwalem (aha, bo na Pięciu Smakach go wczoraj obejrzałem), ale myślałem, że będzie ciut lepiej.

japoński dziadek i zabawki, Love and Peace w reżyserii Shiona Sono

A tak, to też zdjęcie z tego samego filmu.

Dzieje się jednak rzecz dziwna, bo z każdą następną minutą Love & Peace jest coraz lepszy. Realizacja nie uwiera i przysiągłbym, że nagle staje się lepsza i bardziej efektowna. Historia zaczyna nabierać sensu, który spokojnie można nazwać fabułą, zaczynasz wciągać się w całą opowieść i za chwilę chwytasz na tym, że przejmujesz się losem plastikowej lalki i jęczącego melodie rockowych przebojów ( :) ) żółwia. A Sono robi z tobą co chce i jak chce, co jest niepokojące zważywszy, że podobno zaczynał karierę od kręcenia gejowskiego porno.

Jeśli szukacie w kinie czegoś niebanalnego i niepowtarzalnego to Love & Peace spełni te oczekiwania w stu procentach. Często powtarzam, że nie jest sztuką napchanie filmu różnymi dziwactwami, które nikomu normalnemu do głowy by nie przyszły – mnożenie takich pierdół bez ładu i składu to żaden kłopot. Ale napchanie filmu takimi rzeczami i sprawienie, że ma to sens, przesłanie i zostawia coś w tobie – to już wyższa szkoła jazdy. Choć nie zaprzeczę, trzeba mieć trochę otwarty umysł, żeby dać się porwać Love & Peace i spojrzeć pod tę dziwną, japońską powierzchowność. Bez tego po pół godzinie wyjdziecie z kina/wciśniecie STOP.

Ale jeśli przetrwacie to okaże się, że Love & Peace jest filmem mądrym, wzruszającym (za bardzo), zabawnym, pokręconym (ale to już ustaliliśmy), który chwyta za ogon przynajmniej kilka tematów: samotności, popularności, zagrożenia atomowego, hołdu dla klasycznych japońskich filmów o potworach czy podśmiechujek z tego, jak łatwo w dzisiejszych czasach zostać gwiazdą muzyki (w ogóle jest tu parę fajnych kawałków w wykonaniu kapeli reżysera Generation Q, a także ilustracyjna muzyka przypominająca theme ze… Zmienników) i ile w tym roli marketingu. Aha, to również film świąteczny :).

(2014)

Nie będzie w tym żadnej przesady, gdy napiszę, że takie filmy jak w Japonii można oglądać tylko tam*. Żadna inna światowa kinematografia nie ma tak nasrane we łbie jak Japończycy. Nikt się nawet nie zbliża. I po tej dygresji - recenzja filmu Love & Peace. *no wiem, można też oglądać w Polsce, Kazachstanie i na Seszelach; wiecie o co mi chodzi :P To powinien być akapit o Shionie Sono Ale nie będzie, bo nie będę tu teraz wertował Wikipedii w poszukiwaniu funny factów o tym reżyserze. Reżyserze, którego filmografię obiecuję sobie zeksplorować już od dłuższego czasu i ciągle zabrać się…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Właściciel wodnego żółwia niespodziewanie zostaje gwiazdą rocka. Japońskie dziwadło, które niespodziewanie okazuje się świetnym kawałkiem kina.

2 odpowiedzi

  1. Pytasz o realizacyjne majstersztyki, to dam dwa, które równocześnie są zajebistymi filmami (kto wie, czy nie jego najlepszymi).
    1. Strange Circus (Kimyo na sakasu), 2. Cold Fish (Tsumetai nettaigyo)
    Ten drugi, to po prostu miazga jest.

  2. Quentin

    Za Cold Fish się zbieram i zebrać nie mogę :( ale kiedyś na pewno to nastąpi! O pierwszym też postaram się nie zapomnieć, dzięki.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.