[„JISATSU CIRCLE” AKA „SUICIDE CLUB”]

Wyst.: Ryo Ishibashi, Akaji Maro, Masatoshi Nagase
Reż.: Shion Sono
Ocena 6(6)

Dziwna sprawa żeby film, którego nie do końca rozumiem, ocenić maksymalnie. No, ale jeśli idzie o ten przypadek to raczej nie fabuła była dla mnie w nim najważniejsza tylko jak to się oceniało gry komputerowe jego miodność :)
O fabule za dużo nie ma co pisać. Każdy kto rozumie co oznacza angielski tytuł domyśli się o czym traktuje film. Otóż w Japonii narodziła się nowa moda – moda na samobójstwa. Popełnienie samobójstwa jest cool i jest trendy więc za noże i inne dostępne i śmiercionośne przyrządy sięgają niemal wszyscy, a w szczególności młodzież szkolna. Policja jest bezradna – błądzi po omacku podejrzewając, że za „wprowadzeniem” tej mody ktoś stoi. Szczególnie, że na miejscach samobójstw odnajdywane są tajemnicze zwitki z ludzkiej skóry. Podejrzenie pada na internet.
I znowu wypada napisać, że nasrane we łbie mają ci Japońcy :) Nie wyobrażam sobie żeby taki film mogli nakręcić w Hollywood amerykańscy filmowcy – no chyba, że ci z Tromy, ale wtedy zrobili by z tego pomysłu jakieś głupowate widowisko, a Japończycy mimo tego, że w sumie niepoważne jest to co (i jak) pokazują, potraktowali temat zupełnie poważnie. No, ale filmowcy z tamtej części świata tak mają, że nie przeszkadzają im fontanny krwi i tony trupów. Filmy z ich „udziałem” też mogą być bardziej serio… Mącę trzy po trzy, ale też trudno normalnie pisać o tym filmie. No, bo skoro jest taki poważny jak piszę to czemu się uśmiałem oglądając go? Może po prostu jest w nim wszystko czego trzeba? No poza logicznym wytłumaczeniem tego co i jak :)
Jedno jest pewne, przed przystapieniem do jego oglądania trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie czy lubi się filmową makabrę i krew tryskającą z każdego miejsca na ekranie. Bo co chwilę ktoś tu robi sobie krzywdę w najlepszym wypadku rozchlapując się na betonowym chodniku pod wysokim budynkiem. A o początkowej scenie to nie będę nic pisał. Kto nie widział filmu to nie będę mu psuł niespodzianki. Powiem tylko tyle, że to zdecydowanie najlepsza scena początkowa jaką ostatnio widziałem. A kto wie czy nie w ogóle.
A jeśli ktoś nie potrafi potraktować z przymrużeniem oka tego co napisałem wyżej to niech daruje sobie seans – film raczej mu się nie spodoba.
Hehe, podobnie jak w „Happines…” (za chwilę) sporo tu wesołych piosenek. Japoński pop rulez!
W IMDB przeczytałem, że niektórzy porównują „Suicide Club” do „Heathers”. Hmm, coś w tym jest. Problem w tym, że „Heathers” mi się nie podobało nic a nic (mimo ślicznej Winony; wolę oglądać jej jotpegi niż powtórzyć „Heathers”), a „Suicide Club” wręcz przeciwnie.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.