Beyond the Edge

Są filmy, dla których stworzone są duże ekrany. To jeden z takich filmów. Niestety mocno wątpię, aby dotarł do naszego kraju i tym razem nawet trochę rozumiem. Na pewno ładnie wyglądałby na kinowym ekranie, ale nie sądzę, aby kogoś specjalnie zaciekawił. Poza miłośnikami filmów górskich, których zdaje się u nas nie brakuje. A przynajmniej tak sądzę, bo raz wlazłem na salę, a tam zamiast Tollywooda leciał jakiś film o snowboardzie – potem się okazało, że to festiwal filmów górskich czy coś takiego. Zatem jacyś pasjonaci są. A skoro są też dla nich festiwale, to może na którymś z nim pokażą „Beyond the Edge”. A jeśli tak to nie wiem po co pisałem, że mocno wątpię, aby do nas dotarł…

Próbuję gdzieś wepchnąć informację o tym, że to film nakręcony w technologii 3D i nie mam gdzie. W zamian rozpisałem się o festiwalach.

„Beyond the Edge” to produkcja nowozelandzka. Jak na produkcję nowozelandzką przystało, zapewnia zapierające dech w piersiach wrażenia wizualne (no co? „Władca pierścieni” przecież jest nowozelandzki :P), ale oprócz tego ma również historię. Nie jest to więc przyrodniczy film z Krystyną Czubówną na lektorze.

A historia, którą opowiada jest nie byle jaka, bo głównym bohaterem (tematem, tak chyba byłoby precyzyjniej, choć średnio gramotnie) filmu jest sir Edmund Hillary, czyli człowiek, który jako pierwszy zdobył Mount Everest (w towarzystwie Szerpy Tenzinga Norgaya). A w filmie możemy sobie obejrzeć fabularyzowany zapis tej legendarnej wspinaczki na najwyższy szczyt świata.

Realizatorzy filmu dokonali bardzo solidnej roboty. Dość powiedzieć, że często miałem problem z odróżnieniem co było inscenizowane, a co było materiałem archiwalnym. Wraz z przebiegiem filmu pokrótce poznajemy młodość obydwu zdobywców góry, to co pchnęło ich do alpinizmu, a potem ruszamy z wyprawą daleko od podnóży Himalajów w kierunku gór. A potem pojawiają się ośnieżone szczyty i naprawdę jest na co popatrzeć i można pomarznąć w namiocie razem z bohaterami na niebotycznych wysokościach, na których nikt wcześniej nie stawiał namiotu.

Fajny i rzetelny film, to na pewno, ale porywów serca mi nie dostarczył. 7/10

(1771)

Odpowiedź

  1. Jako, że miałam okazję obejrzeć ten film w 3D (z okazji 35. rocznicy zimowego wejścia na Everest) to: obiektywna nie będę, od razu to mówię. Akcja – no cóż, panowie dwaj wchodzą sobie na Everest, wieje przeraźliwie, zimno aż do szpiku kości (wyobraźnia + zdjęcia + dźwięk robią swoje), ciemno, do domu daleko, aż człowiek się w fotelu z colą i popcornem zastanawia: po co? :) Ale zdjęcia zapierają dech w piersiach – wreszcie zobaczyłam co to jest ten słynny icefall na Evereście, przechodzenie przez metalowe drabinki nad głębokimi i zdradliwymi szczelinami w lodowcu… I właściwie zdobycie szczytu przez bohaterów okazuje się tak niesamowitym doznaniem, że widz zaczyna wierzyć, że jedyne co mu w życiu pozostało do zrobienia, to postawić stopę na wierzchołku Mount Everest :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.