recenzja horroru Clown
Clown (2014), reż. Jon Watts

Recenzja filmu Klaun, czyli jak zrobić karierę w Hollywood

Keaton zwykł mawiać, że nie wierzy w Boga, ale się go boi. Ja w Boga wierzę, a boję się tylko Muminków i klaunów.

Filmy o klaunach zawsze są horrorami

Jest coś takiego w klaunach, że wyglądają niepokojąco. Było w historii kina parę filmów, w których klowny nie były psychopatami (na drugim biegunie możliwości kina w temacie klaunów jest grubo ciosana metafora zabawnego klauna, który w życiu prywatnym ma ciągłą depresję) i nie mordowały dzieci, ale nawet w nich nie sposób było mi pozbyć się mrożącego krew w żyłach wrażenia, że wymalowany kolega zaraz mnie pożre. Jakby założenie kostiumu uprawniało do szaleństwa. To trochę jak z anonimowością w Internecie – zakładamy jakąś maskę i nagle jesteśmy kimś innym. A może wręcz przeciwnie, dopiero wtedy możemy być sobą. I w obu przypadkach – wracając do klaunów z nie do końca jestem pewien czy sensownej internetowej analogii – niby dobroduszny uśmiech wymalowanego wesołka zawsze trzeba traktować jak sygnał ostrzegawczy. Nawet jeśli nie zamierza zrobić czegoś złego, zawsze będzie sprawiał wrażenie jakby chciał.

Oczywiście na ogół wyszczerzony klaun z zaostrzonymi zębami oznacza kłopoty. Czy to kultowy Pennywise z mojej ulubionej książki Stephena Kinga (a kto wie czy nie z mojej ulubionej książki w ogóle), czy zabójcze klowny z kosmosu. Teraz – no jakiś czas temu, teraz dopiero obejrzałem – do tej wesołej gromadki dołączył Klaun z filmu Klaun wyreżyserowanego przez Jona Wattsa.

Jak zrobić karierę w Hollywood?

Pisałem o Wattsie nie tak dawno temu w przypadku Cop Car. Tak, obydwa filmy mają tego samego reżysera. Można by się nawet tego domyślić, bo punkt wyjścia mają identyczny: ktoś znajduje coś. Ale zanim o tym ktosiu i o tym cosiu, jeszcze zapowiedziana śródtytułem refleksja. Bo oto leży przed nami klasyczny przykład na to, jak zrobić karierę w Hollywood. Właśnie tak jak Watts. Najpierw musisz wziąć pierwszą z brzegu kamerę i nakręcić horror. Ale nie byle jaki horror, tylko taki, żeby się czymś wyróżniał spośród dzieł innych kolesi chcących zrobić karierę w Hollywood. A tych nie brakuje. To musi być taki film, co to widz zaczyna go oglądać z myślą, że straci 90 minut na coś, co już widział sto razy, a potem się okazuje, że ucisza kolegów, z którymi go ogląda, bo przeszkadzają mu w całkowicie niespodziewanej zabawie. Kiedy ci się to uda, możesz być z grubsza pewny, że ktoś da ci do ręki lepszą kamerę i trochę więcej zielonych niż kieszonkowe. Od tego momentu wszystko jest w twoich rękach – albo wóz albo przewóz.

Potem wcale nie jest łatwiej, ale jeśli masz talent to sobie poradzisz. Wcześniej ten talent odkryli w Wattsie Eli Roth i Peter Stormare – czyt.: nie pojawił się zapewne znikąd – a później sam reżyser potrafił go wykorzystać. Następny Cop Car pod względem realizacji przewyższył Klauna o głowę, choć trochę ze smutkiem zauważam, że horror był dla Wattsa chyba jedynie środkiem do celu, a nie planem na przyszłość. Ze smutkiem, bo Klaun podobał mi się bardziej. A teraz to już cały świat stoi przed Wattsem otworem, bo wyreżyseruje kolejny reboot Spidermana. Szybko poszło, a zaczęło się od niskobudżetowego horroru zaledwie sprzed roku.

O czym jest Klaun?

Bohaterem Klauna jest ojciec rodziny, który pewnego dnia znajduje kostium klauna. Tak się dobrze składa, że akurat jego syn ma urodziny, a zamówiony klaun nie przyjechał. Syn wpada w depresję – dziwny dzieciak, kto normalny chciałby mieć klauna na imprezie; wiem, wszyscy chcą – więc ojciec, jak przystało na dobrego tatę, przywdziewa znaleziony kostium i rusza uratować imprezę. Gdy ta się kończy, mężczyzna odkrywa, że kostiumu klauna nie da się zdjąć. Przeszkadza mu to nieco w codzienności, ale to i tak mały pikuś w porównaniu z tym, że wkrótce zaczyna mieć smaka na dzieciaka. A konkretnie na piątkę dzieci.

Dlaczego warto zobaczyć Klauna?

Jak przystało na Wattsa – po dwóch filmach jeszcze można tak pisać – cały koncept na film rozpoczyna się dość nieprawdopodobnie i trzeba po prostu przyjąć do wiadomości, że tak jest. I nie kręcić nosem na zbieg okoliczności, który mógłby dowodzić tego, że reżyser nie miał pojęcia jak zacząć swój film. A trzeba, bo to tylko wstęp do bardzo fajnie rozwijającego się horroru w starym stylu, który stopniowo się nakręca, nakręca, żeby potem przyspieszyć i poprowadzić w rejony, które amerykańskie kino stara się raczej ominąć. Bo zjadanie dzieci nie jest tym, co tamtejsi reżyserowie lubią za często pokazywać na ekranie. Tutaj ktoś mógłby oskarżyć reżysera o tanią sensację, ale byłby wyjątkowo niesprawiedliwy, bo Watts korzysta pełnymi garściami ze świata baśni. Zresztą tworząc historię swojego Klauna na wzór takiej właśnie baśni snutej przez – jak przystało na bajkopisarza – skandynawskiego bohatera granego przez Stormare’a. W tym miejscu zaś muszę wspomnieć o dwóch próbach europejskiego zrobienia badgajem innej postaci, zbliżonej dość do klauna – Świętego Mikołaja. Uważam, że film Wattsa przewyższa zarówno fiński Rare Exports, jak i holenderski Sint. Znów nie wiem, czy ta analogia ma sens, ale przynajmniej daje obraz tego, czego możecie się spodziewać.

A możecie się spodziewać, to prawda, niskobudżetowego horroru, którego zdjęcia czasem trącą domowym filmem wideo, ale niezaprzeczalny talent reżysera sprawia, że z niedużego budżetu potrafił wycisnąć dużo więcej niż zrobiłby ktokolwiek inny na jego miejscu. No i ma Klaun naprawdę fajnie ucharakteryzowanego tytułowego potwora, który budzi autentyczną grozę, a nie przypomina zabawny rysunek rodem z concept artu zanimowanego na komputerze. To chyba najlepsza rola Eliego Rotha do tej pory, bo to on siedzi po charakteryzacją.

(1957)

Keaton zwykł mawiać, że nie wierzy w Boga, ale się go boi. Ja w Boga wierzę, a boję się tylko Muminków i klaunów. Filmy o klaunach zawsze są horrorami Jest coś takiego w klaunach, że wyglądają niepokojąco. Było w historii kina parę filmów, w których klowny nie były psychopatami (na drugim biegunie możliwości kina w temacie klaunów jest grubo ciosana metafora zabawnego klauna, który w życiu prywatnym ma ciągłą depresję) i nie mordowały dzieci, ale nawet w nich nie sposób było mi pozbyć się mrożącego krew w żyłach wrażenia, że wymalowany kolega zaraz mnie pożre. Jakby założenie kostiumu uprawniało do…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Opętany przez pradawnego potwora mężczyzna zamienia się w bezwzględnego mordercę. Horror w starym dobrym stylu.

2 odpowiedzi

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.