"White God" - fot. screen z Youtube
"White God" - fot. screen z Youtube

Poszedłbym, odc. 59

Jest w tegoweekendowym repertuarze kilka tytułów, którym warto się przyjrzeć, ale odnoszę wrażenie, że może lepiej się przespać i wykorzystać zaoszczędzony czas na zarwanie niedzielnej nocy dla Oscarów?

Snajper –  Poszedłbym 

Ze „Snajperem” sprawa jest stosunkowo prosta. Jeśli razi cię amerykański patos, a po fabule spodziewasz się czegoś więcej niż odhaczanie punkt po punkcie kolejnych ważnych wydarzeń z życia bohatera – zastanów się trzy razy nad wizytą w kinie.

Jeśli zaś z przyjemnością patrzysz na miejską batalistykę pokazaną jak najbardziej realnie (opinia okiem zupełnego laika; możliwe, że się wygłupiłem, bo naszywki mieli nie na tej ręce co trzeba, czy coś) i brakuje ci wojennego kina wykraczającego poza obyczajowy dramat – propozycja Clinta Eastwooda powinna cię zadowolić.

Szerzej o za i przeciwach w MOJEJ RECENZJI.

Anioł Śmierci –  Nie poszedłbym 

Polski tytuł pomija ważną kwestię – oto mamy do czynienia z kontynuacją niespodziewanie dobrze przyjętej, i faktycznie ciekawej, „Kobiety w czerni”. Obydwa filmy wiąże miejsce akcji i tytułowa, pałająca żądzą zemsty, czarnulka.

Ci, którym podobała się pierwsza część, będą raczej zawiedzeni. Ze stylowej opowieści grozy w starym, dobrym stylu Hammera nie zostało już nic. Fabuła (a raczej jej zawiązanie – do przeklętego domu, dosłownie in the middle of nowhere, w trakcie IIWŚ przyjeżdża grupa dzieci z bombardowanego Londynu) jest bzdurna, a ambicja twórców ograniczyła się tylko do regularnego wyskakiwania czegoś zza kadru i straszenia biednego widza, który szybko ma tego dosyć.

Biały Bóg –  Poszedłbym 

Z której strony by na to nie patrzeć – Film Weekendu.

13-letnia Lili walczy o to, by zachować swojego czworonoga, jednak jej ojciec porzuca psa na środku ulicy. Zwierzę błąka się po mieście, na własnej skórze doświadczając, jak okrutni potrafią być ludzie. (Opis dystr.)

Napisałbym Wam coś więcej o tym filmie, ale ani go nie oglądałem (była już okazja na Black Bear Festival), ani raczej oglądał nie będę. Czuję, że to tematyka nie na moje nerwy. Ale mam też przekonanie graniczące z pewnością, że to świetne, mocne i prawdziwe kino.

Spongebob: na suchym lądzie –  Nie poszedłbym 

Nie lubię animków. A Spongebob wygląda jak debil. Nie znam się, to zdaje się postać kultowa, ale to kult zupełnie mnie nieinteresujący. Podobnie jak wszystkie inne Atomówki czy pieski Leszki. Mam na nie wszyty esperal.

Viviane chce się rozwieść –  Poszedłbym 

Mąż Viviane, z którym kobieta jest od lat w separacji, nie chce dać jej rozwodu. Zbliża się ostateczna rozprawa. (Opis dystr.)

Brzmi banalnie, ale wszystko wskazuje na to, że jest wręcz przeciwnie. Pomieszanie sądowego thrillera z głośnym „Rozstaniem” podlane izraelskim sosem? Nie trzeba mnie dwa razy zapraszać.

Litewski przekręt –  Nie poszedłbym 

Nie ma się co oszukiwać ani snuć niepotrzebnych domysłów – film z Vinnie’em Jonesem w roli głównej to danie tylko i wyłącznie na domowy seans. I tyle filozofii.

Po obrobieniu kasyna czterej przyjaciele uciekają z Londynu i przypadkowo trafiają na Litwę. Ich tropem podąża gangster chcący odzyskać pieniądze. (Opis dystr.)

Samba –  Nie poszedłbym 

Ostatnio jestem ciut mniej anty w stosunku do francuskich komedii, ale to nie znaczy, że będę każdą łykał jak pelikan. Jeśli chodzi o „Sambę” to ryzyko jest podwójne, w końcu to: „najnowsze komedia twórców Nietykalnych”, w której znów możemy zobaczyć Omara Sy’a (nie wiem, jak się to odmienia). Powinno więc być dobrze, a już na pewno taki sygnał chciałby dać widzowi dystrybutor.

Ja jednak pozwolę sobie być sceptycznym, bo myślę, że dwóch bardzo dobrych filmów z rzędu duet Nakache/Toledano nie zrobił. Dobrych na tyle, żeby iść na nie do kina.

O koniach i ludziach –  Nie poszedłbym 

Nie powinno się oceniać filmu po okładce, ale mnie osobiście zniechęca do seansu kopulujący plakat. I nieważne, że najprawdopodobniej ma za zadanie jedynie zwrócić uwagę widza, a film jest zupełnie inny.

No i brawo, zwrócił moją uwagę. Negatywnie.

Ale wznosząc się ponad uprzedzenia, wygląda na to, że ten zbiór różnych opowieści o koniach i ludziach może okazać się ciekawym seansem. Kiedyś się przekonam, ale jeszcze nie teraz.

Loft –  Nie poszedłbym 

Wszystko w tym filmie wygląda na produkcję, która dwa tygodnie po premierze kinowej – dla zminimalizowania strat – pojawia się już w iTunesie czy innym Netfliksie. Kuszący (w niehomoseksualnym sensie, to ważne w tym przypadku) jest tu dla mnie jedynie Wentworth Miller.

A tak poza tym to remake holenderskiego thrillera. Widziałeś go? No właśnie, bo ja… znam kogoś, kto widział ;). Tym kimś jest gambit, który oryginałem zachwycony nie był i tym samym wydał ostateczny wyrok.

Joanna

Nie wróżę kinowo, bo z jednej strony nominowany do Oscara polski film, a z drugiej krótkometrażówka. Nie mam wątpliwości – „Joanna” warta jest obejrzenia, ale ja do kina na krótkometrażówki nie chodzę. Choć w sumie nie wiem, czy „Joanny” nie dołączają do jeszcze jakiegoś filmu.

2 odpowiedzi

  1. >remake holenderskiego thrillera. Widziałeś go?

    Widziałem. I za cholerę nic z niego nie pamiętam poza zawiązaniem fabuły. :)

  2. Quentin

    Również świetnie świadczy o tym filmie ;).

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.