Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
50 twarzy Greya
50 twarzy Greya ["50 Shades of Grey"] - fot. screen z Youtube

50 twarzy Greya [Fifty Shades of Grey]

Nie ulega żadnej wątpliwości, że ta ekranizacja bestsellerowej powieści kogoś tam jest filmem kiepskim. Ale jeśli ktoś twierdzi, że to zło w czystej postaci, bądź najgorszy film, jaki widział, to moim zdaniem przez ostatnie dziesięć lat nie oglądał chyba żadnego filmu.

A takich głosów nie brakuje. Właściwie, pojawiają się tylko takie. Zło, gówno, żenada i tego typu epitety królują, w którą stronę by się nie obejrzeć. A wystarczy obejrzeć się gdziekolwiek, bo właśnie rozpoczął się sezon polowania na Greya. Każdy, kto uważa, że ma cokolwiek do powiedzenia i chce się dzielić swoimi przemyśleniami – niezależnie od tego czy zwykle pisuje o filmie czy nie – zarzuca właśnie sieć coraz bardziej zmyślnymi tytułami, porównaniami, błyskotliwymi – w jego mniemaniu głównie – dowcipaskami na temat tego, jaki to Grey jest okropny. W dobrym tonie stał się pojazd po tym filmie i każdy chce dorzucić swoje trzy grosze. Nawet – a może przede wszystkim wtedy – gdy filmu nawet nie widział. Ach, ileż już zabawnych łohoho memów widziałem na ten temat – wygląda na to, że prędko się to nie znudzi.

Twórcy filmu mają to wszystko oczywiście głęboko w poważaniu, bo już zarobili tyle, co krytykujący właśnie film nigdy nie widzieli nawet na zdjęciu. Zaraz będą kręcić drugą część i myślicie, że wysłuchają sugestii widzów, co można by zmienić? Otóż nie, nie wysłuchają. Zrobią kolejny kiepski film i znów zarobią tyle samo. Także z kieszeni tych, którzy właśnie krytykują film Sam Taylor-Johnson. Bo tak właśnie wygląda całe współczesne, rozrywkowe kino i sadomasochistyczny Grey tego nie wymyślił. On tylko korzysta i – jak lubi najbardziej – grzmoci nas wszystkich w dupsko!

A skoro twórcy mają w poważaniu tę zmasowaną krytykę na ich film, to ja poczułem się w obowiązku troszeczkę go pobronić. Przy czym przypominam tym, którzy czytają co siódme słowo i mogli przegapić: tak, „50 twarzy Greya” to kiepski film.

Ale nie żałosny. To zwyczajny harlequin jak każdy inny harlequin, bądź telewizyjne romansidło, które na pewno w tej właśnie chwili leci sobie na którymś z niezliczonych kanałów telewizyjnych. Niczym się od nich nie różni, może tylko realizacją, no i kontrowersyjną tematyką, o której za chwilę. Pomijając tę właśnie tematykę pozostaje sztampowa do bólu historia o chłopaku i dziewczynie, którzy się w sobie zakochali, mają jakieś tam problemy, ale przecież się kochają, więc na pewno je pokonają. Bohaterowie tej sztampowej historii również są sztampowi. On bogaty, przystojny, szarmancki, właściwie bez wad. Właściciel helikoptera, licencji na szybowiec, darczyńca i filantrop walczący z głodem w Afryce, bo sam wie z własnego doświadczenia, jak to jest być głodnym. Ona skromna studentka literatury angielskiej, dziewica, w której kochają się wszyscy jej znajomi, co wiele mówi o jej charakterze. Lekko fajtłapowata, strachliwa, posiadająca jedną parę obleśnych czarnych butów, fatalne bluzki w kwiatki i jeszcze gorszą fryzurę, która tęskni za latami 80. A jako że przeciwieństwa się przyciągają – jego fascynuje jej niewinność, ją jego wprost wycięcie z bajki o dobrym królewiczu. Znacie tę historię, widzieliście ją setki razy, wiecie, jak się skończy. To zarazem historia tak wyświechtana, że wystarczy cokolwiek przestawić i już by filmu nie było. Wyobraźmy sobie, że Grey nie ma kasy albo Anastasię, która puszcza się na lewo i prawo… Inna sprawa, że może wtedy film byłby ciekawszy.

Zanim się jednak skończy, będzie musiała się też pojawić jakaś kłoda pod nogi. I tą kłodą pod nogi jest sedno popularności książki o przystojnym Christianie Greyu – sadomasochizm. Nasz bohater to władczy typ, który potrzebuje seksualnej niewolnicy. Przy czym – jak zapewnia – bardzo jej się spodoba nowa rola, więc nie ma na co czekać, tylko najlepiej, gdyby od razu podpisała stosowny kontrakt. 99% studiujących literaturę angielską dziewic uciekłoby w popłochu wprost w ramiona poczciwego fotografa Josego, ale nie Anastasia. Będąca pod urokiem kędzierzawowłosego biznesmena nie tylko nie ucieka, ale i razem z nami poznaje tajemniczy świat S-M. Wspólnie wchodzimy w tę sferę zakazanego i, jak się tylko mogę domyślać, właśnie to urzekło fanki książki, które razem z bohaterką mogły czerwienić się nad kartkami banalnej w pozostałych aspektach powieści.

Gdyby nie było powieści, filmowa wersja tej opowieści zapewne nikogo by jednak nie zachwyciła, a już na pewno nie na skalę fenomenu, jakim była premiera książki. Filmowe sado-maso, wbrew zapewnieniom Greya, który oświadcza, że on się nie kocha, on ostro pieprzy, jest dokładnie takie, jakiego można by się spodziewać po filmie wyświetlanym w kinach. Nie ma mowy o żadnym skandalu, a widok pokoju głównego bohatera pewnie na nikim nie zrobi wrażenia. Ma tam całe S-M instrumentarium, ale w znakomitej większości to jedynie filmowe rekwizyty. Sado-maso w wykonaniu Christiana niczym nie różni się od scen seksu, które można byłoby już wcześniej zobaczyć. W filmach wcale nie o S-M. Ostrzejsze zabawy zostają sprowadzone do dowcipu w scenie negocjowania kontraktu, by nigdy się już nie pojawić. Myślę, że oglądanie 50 w towarzystwie prawdziwych sadomasochistów mogłoby być zabawnym doświadczeniem. O ile w ogóle znaleźliby w filmie coś ze swojej dziedziny. ALE, nie jest też tak, że mamy do czynienia z zupełnie niewinnym filmem. Niewinny może i jest, jeśli chodzi o zabawy S-M, ale poza tym zapewnia solidną dawkę golizny (nie spodziewałem się) i przekleństw nawet jest więcej niż ustawowy jeden fuck. Nic jednak dziwnego, bo „50 twarzy Greya” NIE JEST filmem z kategorią PG-13. I trochę szkoda, że w większości został zrealizowany jakby takim właśnie był. Spokojnie można było pójść trochę dalej.

Bez żalu więc można sobie „50 twarzy Greya” odpuścić, bo nie ma do zaoferowania niczego poza fajną ścieżką dźwiękową. Jego realizacja jest przeciętna, a między głównymi bohaterami brak przysłowiowej chemii. Głównie za sprawą drętwego nie tam gdzie trzeba Jamie’ego Dornana w tytułowej roli. Ot typowa Piątka, ale filmów gorszych od niego jest cała masa. A pewnie miłośniczkom harlequinów i tak się spodoba, bo to film tylko i wyłącznie dla nich.

Nie ulega żadnej wątpliwości, że ta ekranizacja bestsellerowej powieści kogoś tam jest filmem kiepskim. Ale jeśli ktoś twierdzi, że to zło w czystej postaci, bądź najgorszy film, jaki widział, to moim zdaniem przez ostatnie dziesięć lat nie oglądał chyba żadnego filmu. A takich głosów nie brakuje. Właściwie, pojawiają się tylko takie. Zło, gówno, żenada i tego typu epitety królują, w którą stronę by się nie obejrzeć. A wystarczy obejrzeć się gdziekolwiek, bo właśnie rozpoczął się sezon polowania na Greya. Każdy, kto uważa, że ma cokolwiek do powiedzenia i chce się dzielić swoimi przemyśleniami - niezależnie od tego czy zwykle pisuje o…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: Fascynacja szarmanckim biznesmenem otwiera studentce literatury angielskiej drzwi do świata wyuzdanego seksu. Dla wielu seans był iście sadomasochistycznym przeżyciem, ale ja uważam, że przesadzają.

5 odpowiedzi

  1. Aż 5/10? Choć filmu jeszcze nie ogladałem, to jednak spodziewałem się gorszej oceny. U mnie na wsi w weekend grali tylko ten jeden film, szkoda że sie nie odwazylem wybrac :)

  2. Quentin

    Też miałem nadzieję, że to gorszy film, o takich zawsze przyjemniej pisać :).

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.