"R100" - fot. screen z Youtube
"R100" - fot. screen z Youtube

Black Bear 2014 – R100

[Disclaimer: Co prawda recenzja „R100” była tu już jakiś czas temu (numer 1828), ale skoro leciał teraz na Black Bearze to przypomnijmy dla potomności.] 

Jeśli nie macie przynajmniej sto lat, to odpuśćcie sobie czytanie tej recenzji, bo i tak jej nie zrozumiecie. Tak wypadałoby napisać po obejrzeniu filmu Hitoshiego Matsumoto, który równolegle z nami oglądają producenci, czy też inni krytycy, którzy mają zdecydować o tym, czy film trafi do kin. I co jakiś czas zbierają się na korytarzu, by wytknąć wszystkie nieścisłości młodemu asystentowi reżysera, który stara się je tłumaczyć. Choć wytłumaczenie ma w zasadzie jedno. Co odbiło stuletniemu reżyserowi, że po nakręceniu filmu o Małym Księciu wziął się za kino sado-maso? Zrozumie to tylko ten, kto ma przynajmniej sto lat.

O, trzęsienie ziemi?

Na szczęście, wbrew temu obostrzeniu, „R100” (tytuł, a jednocześnie kategoria wiekowa, jak się pewnie już domyślacie) wcale nie jest tak niezrozumiały jakby tego chciał wymyślony dla potrzeb filmu reżyser. Co już samo w sobie jest wyczynem w sytuacji, gdy mówimy o kinie japońskim, które podstawowy poziom normalności podniesiony ma gdzieś tak na poziom nienormalności zachodniej, a często tę poprzeczkę przeskakuje. Tutaj reżyser też napodskakiwał, ale – ku mojemu zdziwieniu – to japońskie umiłowanie do udziwnień ma dużo więcej sensu niż by się to na początku mogło wydawać.

Choć nie mówię o sensie jako odkrywaniu wielkich prawd o życiu (te być może rzeczywiście zrozumiemy po przekroczeniu setki) i objawieniu po seansie. Mówię o sensie filmowej historii, która przy odpowiednim nastawieniu do seansu zamienia się w pyszną komedię. Tym ciekawszą, że japońską.

Bohaterem „R100” jest pracownik salonu meblowego. Zwykły, szary człowiek, którego żona leży pogrążona w śpiączce w miejscowym szpitalu. Wychowuje kilkuletniego syna, przyjmuje na obiadki samotnego teścia – ot zwykła rutyna. Naszemu bohaterowi czegoś jednak brakuje. Aby znaleźć to coś wybiera się do klubu sado-maso pod wszystko mówiącą nazwą „Bondage”. Tam podpisuje z właścicielem roczny kontrakt. Zgodnie z tym kontraktem co jakiś czas w życiu bohatera (nie zna dnia ani godziny) pojawią się kolejne dominy, które zajmą się nim na swój sposób. Wybór domin jest szeroki, ich specjalizacja równie szeroka – wygląda na to, że spragniony wrażeń mężczyzna nie powinien się z nimi nudzić. I rzeczywiście, na początku aż promienieje ze szczęścia.

Trzęsienie ziemi??

W porównaniu do tego, co momentami dzieje się w filmie, powyższy opis jest zupełnie normalny, ot obyczajowy dramat. Jak to jednak w Japonii bywa, sadomasochistyczna opowieść od samego początku jest mocno przerysowana (choć nakręcona w zimnych i chłodnych barwach), a to przerysowanie z każdą minutą rośnie coraz bardziej aż do wybuchowego finału.

Podpowiedź: Gdy w recenzji japońskiego filmu piszę „promienieje ze szczęścia” albo „wybuchowego finału” to nie należy czytać tego jako metafory.

Myślę, że seans można polecić każdemu, kto chciałby zmierzyć się z dziwnym japońskim kinem. Według mnie dość bezboleśnie wprowadzi w klimat, a gdy już się go poczuje, to „R100” stanie się naprawdę zabawnym, absurdalnym filmem przypominającym nieco jedno z opowiadań Stephena Kinga – „Quitters, Inc.” (nie pamiętam, czy doczekało się „normalnej” ekranizacji, na pewno było bollywoodzkie „No Smoking”; (EDIT: Gość: asadasaer; „Quitters, Inc.” było zekranizowane w filmie „Oko kota” KONIEC EDITA)).

Trzęsienie ziemi?

[Disclaimer: Co prawda recenzja "R100" była tu już jakiś czas temu (numer 1828), ale skoro leciał teraz na Black Bearze to przypomnijmy dla potomności.]  Jeśli nie macie przynajmniej sto lat, to odpuśćcie sobie czytanie tej recenzji, bo i tak jej nie zrozumiecie. Tak wypadałoby napisać po obejrzeniu filmu Hitoshiego Matsumoto, który równolegle z nami oglądają producenci, czy też inni krytycy, którzy mają zdecydować o tym, czy film trafi do kin. I co jakiś czas zbierają się na korytarzu, by wytknąć wszystkie nieścisłości młodemu asystentowi reżysera, który stara się je tłumaczyć. Choć wytłumaczenie ma w zasadzie jedno. Co odbiło stuletniemu reżyserowi,…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Odpowiedź

  1. aaa bbb

    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Etiam et turpis vitae dolor fringilla maximus eu a lacus. Curabitur sed mauris fringilla, lobortis tortor in, tempus diam. Ut mattis suscipit fringilla. Mauris pretium blandit elit et efficitur. Proin non vestibulum est. Ut vel tellus sapien. Donec dolor ipsum, eleifend ac bibendum luctus, maximus et est. Suspendisse faucibus, sapien id rutrum tempor, metus sem ultrices sapien, nec cursus nunc lectus at mi. Fusce porta cursus arcu, sit amet rhoncus turpis faucibus non. Maecenas vitae ante velit.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.