Więzień labiryntu [The Maze Runner]

Jest problem. Problem jednak nie tkwi w jakości filmu, ale w pewnym zjawisku, które ma na nią decydujący wpływ. Zjawisku, które w ostatnich latach wywarło bardzo silne piętno na kino i nie wygląda na to, żeby szybko miało się to zmienić. Jasne, filmowe trylogie nie są wynalazkiem XXI wieku, ale to właśnie teraz autorzy filmów zamiast zastanawiać się nad tym, co zrobić, żeby ich film był dobry, zastanawiają się co zrobić, żeby ich film dało się podzielić na trzy części. Bo marketingowa matematyka jest prosta – na trzech filmach zarobisz więcej niż na jednym filmie. I tyle. W sukurs idą jeszcze autorzy książek, którzy starają się wykorzystać boom na Zmierzch i zarzucają półki kolejnymi sagami. Filmowcom tylko w to graj.

A gdy już podzielisz swój film na trzy części, to potem zawsze jest tak samo. Pierwsza część zwykle ciekawa – bo przecież trzeba jakoś przedstawić świat itd., w jakim dzieje się akcja – ale urwana w najciekawszym momencie. Druga nudna, bo wprowadzająca do finału. W części drugiej nigdy cudów nie należy się spodziewać, bo przecież trzeba coś zostawić na wybuchową część trzecią. Masz świetny twist to nie wykorzystasz go w połowie historii, bo co potem? No i tu pojawia się zwieńczenie trylogii, film, który zamiast być drugą połową pierwszej części, coraz częściej podzielony jest na dwa vole. Bo marketingowa matematyka jest prosta – na czterech filmach zarobisz więcej niż na trzech. I tyle.

Zwykle takie zabawy kończą się powodzeniem (kasowym, bo nikogo tu nie obchodzi widz), ale czasem oprócz widza cierpi też sam film – historia najnowsza kina zna przypadki trylogii, które kończyły się pierwszym filmem (np. Ostatni władca wiatru, czy jak mu tam było).

Nie byłoby sensu, gdyby ten przydługi wstęp nie dotyczył „Więźnia labiryntu” – słusznie, to kolejny przypadek takiego Kina Trylogii. Przypadek standardowy nie zmieniający niczego w wypracowanej formule. Możesz się w niego nawet trochę wciągnąć, ale pamiętaj, wciągasz się tylko po to, żeby znów dać komuś zarobić, a nie po to, żeby z satysfakcją zakończyć seans. Do zobaczenia na „Więźniu labiryntu 3, vol. 2”, bo zdaje się nie ma zagrożenia, żeby film podzielił los ww. dzieła Shyamalana.

Zakładam, że ktoś się wciągnie w „Więźnia labiryntu”, bo przecież różne są zboczenia i nie mogę wykluczać takich osób 😉 ale prawda jest taka, że trudno wciągnąć się w tą… ciekawą z założenia historię. A tak, ciekawą – zwiastun, który zaatakował mnie zupełnie znienacka, zainteresował na tyle, że pomimo obaw o Syndrom Trylogii (pasowałoby jakąś lepszą nazwę wymyślić, bo tej nie mam co promować) miałem nadzieję, że może nie, może będzie dobrze, może przesadzam! Lubię takie historie z prostym pomysłem. Oto w tajemniczym miejscu pojawia się tajemniczy bohater. Niczego nie pamięta, nie wie, gdzie jest, nie wie, kim są towarzysze jego niedoli. Wkrótce okazuje się, że uciec z tego miejsca można tylko przez monumentalny Labirynt otaczający go murami. Kłopocik jednak w tym, że praktycznie nie ma możliwości przetrwania w jego wnętrzu. Nikomu, kto został tam na noc jeszcze się to nie udało. Chłopaki, a i owszem, próbują, ale specjalnie wyselekcjonowana młodzież (tytułowi mejz ranerzy) póki co nie osiągnęła sukcesu.

No i w ten sposób mamy początek do fajnej historii. Połączenia „Cube” z „Władcą much” (wszak bohaterami są same chłopaki) i jeszcze ze świetnym, ale niedocenianym „No Escape”. Niestety – „Więźniu labiryntu”, nigdy nie będziesz „Kolonią karną” [„No Escape”].

Nie ma tu żadnych większych emocji, zaskoczeń, szybszego bicia serca. Historia została opowiedziana poprawnie i tylko poprawnie. Nie sposób spodziewać się w filmie dla młodzieży dawki brutalności, jaką przy okazji (ale nie na głównym planie) serwował „No Escape”, ale właśnie o nią aż się tu prosiło. O bardziej diaboliczny ten Labirynt, który od trzech lat sieje postrach wśród młodzieży, a tak naprawdę to odkąd pojawia się główny bohater każdy sobie po nim łazi w te i we w te i nic złego mu się w nim nie dzieje. Urwałoby ze dwie nogi i już pewnie byłoby siedem. A tak to tylko 6/10 i łatka kolejnej niewyróżniającej się niczym (poza zmarnowanym pomysłem) Pierwszej Części Trylogii Dla Młodzieży.

(1831)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.