×
Dzień objawienia (2026).

Dzień objawienia. Recenzja filmu Disclosure Day

Od momentu ogłoszenia nowego tajemniczego projektu Stevena Spielberga wszyscy zastanawiali się nad tym, co też nam objawi. Okazało się, że objawieniem Spielberga było to, że zdziecinniał na starość. Recenzja filmu Dzień objawienia.

O czym jest film Dzień objawienia

Zagoniony przez agentów tajnej organizacji bodaj WARDEX w kozi róg Daniel Keller (Josh O’Connor) oddaje w ich ręce wszystkie materiały, które trafiły do niego w sposób niezgodny z NDA. Ale czy na pewno wszystkie? Okazuje się, że nie! Daniel wciąż jest w posiadaniu tajemniczego przedmiotu, który pozwala mu uratować z niewoli swoją ukochaną Jane (Eve Hewson) i ruszyć w dalszą ucieczkę. Tropem Daniela podąża diaboliczny Noah Scanlon (Colin Firth), któremu tajemnicza technologia pomaga w tych poszukiwaniach, osłabiając jednocześnie jego organizm. Keller chciałby się pozbyć artefaktu, który sprowadził na niego kłopoty, ale tajemniczy, a jakże, Hugo (Colman Domingo) przekonuje go, że tylko on może doprowadzić wszystko do końca. Co to za wszystko? – O tym opowie Dzień objawienia w dalszej części seansu.

Zwiastun filmu Disclosure Day

Recenzja filmu Dzień objawienia

Gdy myślę o Dniu objawienia, myślę przede wszystkim o wielkim oszustwie. Od pierwszej wzmianki o niezatytułowanym filmie Spielberga karmiono nas banialukami, że to projekt tajemniczy, że to projekt otwierający oczy, że to projekt, którego cały trzeci akt trzymany jest z dala od speców od marketingu, żeby nic nie wychlapali w zajawkach i materiałach promocyjnych. Z jednej strony wydawało się, że to film o kosmitach na Ziemi, z drugiej wszystkie te tajemnice wskazywały na to, że jest to jedynie fasada, a film będzie o czymś zupełnie innym, co warte będzie tych miesięcy oczekiwań, kiedy w każdym tekście o Dniu objawienia trzeba było pisać „niezatytułowany jeszcze film Stevena Spielberga”.

No ale nie, to film o kosmitach na Ziemi. Pewnie to jakichś tam rozmiarów spoiler, ale nie marudźcie, uratowałem Was właśnie od rozczarowania.

Niby człowiek wiedział, że Spielberg interesuje się tajemnicami ufoków bardziej niż zwykły Kowalski, ale wygląda na to, że interesuje się o wiele bardziej niż bardziej. Nie wiem, mało czytam o kulisach filmów i ich twórców – jeśli coś wiem, to najczęściej na podstawie tego, co sam wypatrzę, wykminię. Nie siedzę w triviach, nie słucham audio commentaries do filmów, nie wertuję książek, żeby się chwalić wiedzą w internetach. Bardziej wydawało mi się, że takie Bliskie spotkania trzeciego stopnia czy E.T. to wywąchanie interesującego tematu na film, a nie pasja. Nawet Królestwo Kryształowej Czaszki nie zapaliło mi żadnej lampki. Aż tu nagle przychodzi Dzień objawienia i, kurde, Spielberg chyba rzeczywiście wierzy w te wszystkie farmazony o Roswell.

Nie ma co ukrywać, przekreśla to dla mnie cały Dzień objawienia, bo film w całości oparty jest na bzdurach i każe nam w te bzdury wierzyć. Z jednej strony nie różni się od takiego Dnia niepodległości, ale z drugiej łatwo nabrać się na to, że będzie czymś więcej, bo sprawia wrażenie filmu osadzonego bliżej nauki czy choćby naukowej fantastyki. No nie, jaka tam nauka niby stoi za nowym filmem Spielberga? Fabuła nie istniałaby bez magicznego patyka ściskanego w dłoni i pozwalającego robić rzeczy. Przecież nikt nie powie „o kurde!” na widok nagrania z Nixonem prezentującym ufoki jakiemuś tam dziennikarzowi. Specjaliści od UFO pewnie teraz krzykną, że nie jakiś tam, że to wydarzyło się naprawdę, że Spielberg otwiera tym spreparowanym wideo oczy niedowiarkom! No ale szanujmy się, ludzie. Kosmici nie istnieją. A jeśli istnieją, to jeszcze tu do nas nie dotarli.

Jest więc w Dniu objawienia cała ta mitologia ufokowa rozpoczęta balonem pogodowym w Roswell. Kręgi na zbożu, te sprawy. Problem w tym, że Spielberg tak na poważnie. Chyba ma rację Quentin Tarantino, że w pewnym wieku reżyserzy powinni powiedzieć sobie stop, bo potem będą kręcić coraz gorsze rzeczy i rozmienią swoją sławę na drobne.

Jasne, że Dzień objawienia nakręcony został porządnie, bo to Spielberg, bo to miliony budżetu, bo to najlepsi specjaliści w branży (choć może akurat ci od animowanych zwierząt byli zajęci i zdecydowano się na gorszych – więcej o tym napisałem (mam nadzieję, bo jeszcze nie napisałem) na moim BMAC). No ale z pewnością nie jest to kino, które puszczone wybudzonej ze snu osobie po chwili wywoła jej reakcję: „jest to film Spielberga”. Ot porządny akcyjniak z XXI wieku.

Z drugiej strony czy aby na pewno taki porządny? Jest sporo pogoni samochodowych, skakania po pociągach, ale to w zasadzie wszystko, bo mordobić nie ma, a strzelanin to już w ogóle, żeby Spielberg za 20 lat nie musiał edytować broni palnej (tak, wiem, przyznał, że to był błąd). Głównie więc jest straszna głupota z każdej strony i nieudana próba wepchnięcia w tę opowieść chrześcijańskiego punktu widzenia na sprawę cywilizacji pozaziemskiej (na papierze to ciekawe skrajności: świat stworzył Bóg vs. świat stworzył wielki wybuch). Agenci to debile, którym można wejść do auta nawet nie schylając się, żeby nie było widać, że się skradasz. Choć na miano największej głupoty zasługuje chyba to, że WARDEX od początku ma piętnaścioro wyselekcjonowanych potencjalnych kretów, ale dopiero pod koniec filmu zaczyna ich namierzać, bo szefu miał wizję. Skąd takie wizje – nie wiadomo. Znaczy wiadomo, od tego patyka, ale czemu akurat Noah może go sobie trzymać i się bilokować? Ten naukowy film sensacyjny tego nam nie wytłumaczy. Jeden trzyma i się bilokuje, drugi trzyma i zamienia się w piksele, taka to kosmiczna technologia, panie! Nie ściskaj jej czasem, trzymaj delikatnie! By za chwilę walnąć nią o podłogę i luzik, nic się nie stało.

Za bardzo nie pamiętam Bliskich spotkań trzeciego stopnia, bo nigdy mi się nie podobały, ale Dzień objawienia, choć do nich bezpośrednio raczej nie nawiązuje, to korzysta z bardzo podobnego (OIDP) schematu fabularnego. Konkretny on, roztrzepana ona, czują, że muszą gdzieś jechać i tam jadą.

Rany, zapomniałem zupełnie o Emily Blunt. Jest tutaj, fajnie gra – wszystko się zgadza. Natomiast moim idolem jest Santiago (Tommy Martinez). Tajemniczy, rzecz jasna, zawsze tam, gdzie trzeba, zawsze czujny i niezawodny, choć na dobrą sprawę traktowany jak postać piątego planu.

(2672)

Od momentu ogłoszenia nowego tajemniczego projektu Stevena Spielberga wszyscy zastanawiali się nad tym, co też nam objawi. Okazało się, że objawieniem Spielberga było to, że zdziecinniał na starość. Recenzja filmu Dzień objawienia. O czym jest film Dzień objawienia Zagoniony przez agentów tajnej organizacji bodaj WARDEX w kozi róg Daniel Keller (Josh O'Connor) oddaje w ich ręce wszystkie materiały, które trafiły do niego w sposób niezgodny z NDA. Ale czy na pewno wszystkie? Okazuje się, że nie! Daniel wciąż jest w posiadaniu tajemniczego przedmiotu, który pozwala mu uratować z niewoli swoją ukochaną Jane (Eve Hewson) i ruszyć w dalszą ucieczkę. Tropem…

Ocena Końcowa

5

wg Q-skali

Podsumowanie : Naukowiec staje się celem tajnej organizacji po wejściu w posiadanie tajemniczego artefaktu związanego z ukrywaną od dekad prawdą o kontaktach ludzkości z obcymi. Spielberg dostarcza sprawnie zrealizowane kino sensacyjne, ale opiera je na ufologicznych teoriach spiskowych traktowanych całkowicie serio. Efekt to widowisko, które technicznie działa, lecz dla sceptycznego widza szybko zamienia się w festiwal coraz mniej przekonujących głupot.

Podziel się tym artykułem:

Skomentuj

Twó adres e-mail nie będzie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Quentin 2023 - since 2004