Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Emolucja

Od dłuższego czasu zastanawiam się na temat jednej kwestii dotyczącej pewnej sfilmowanej ostatnio książki. „Ococho?” chodzi mi po głowie. Gdzie nie wejdę to się ludzie zachwycają i licytują, czego też nie zrobili zaczytując się w książce. Przy czym przegapienie przystanka jest najmniejszą ceną, jaką płacą za wciągnięcie się w lekturę. A przecież to tylko jakaś pierdoła o wampirach, czymże się tu zachwycać?

No to poszedłem dzisiaj sprawdzić. Na czytanie książki jeszcze się nie porwałem, zacząłem od obczajenia jej ekranizacji. I tym sposobem trafiłem na przedpremierowy pokaz…

<werble>

Zmierzch [Twilight]

</werble>

Nie no, serio, laski na lewo i prawo podniecają się tą historyjką, więc trzeba było sprawdzić na własne oczy, co też pociągającego może być w tysiąc pięćset dwudziestej siódmej książce/filmowi o wampirach. Tyle tego było, nic aż tak wielkiego poruszenia się sprawiło. Przy czym większe emocje budzą jednak książki i może nie do końca miarodajna była wizyta w kinie. Na ale od czegoś trzeba przecież zacząć.

O książce/filmie nie wiedziałem nic. Tyle, że jest o wampirach i to wszystko. No i na długo przed premierą kinową obiły mi się o uszy określenia typu „najbardziej oczekiwany film roku” itp., co wzbudziło u mnie niezmierne zdziwienie zważywszy, że ani obsada nie rzucała na kolana, ani fabuła nie wydawała się niczym więcej niż Buffy postrach wampirów feat. Beverly Hills 90210. Dziwne, doprawdy bardzo dziwne…

No więc tak. Bohaterką filmu jest Bella (Kristen Stewart). Bella zmuszona jest zamieszkać na jakiś czas ze swoim ojcem. Opuszcza więc rodzinny dom w Arizonie i rusza do deszczowego miasteczka zamieszkanego przez niewiele ponad trzy tysiące mieszkańców. A wśród tych niewielu ponad trzech tysięcy mieszkańców mieszka też rodzina Cullenów, którzy swą bladością, której mogłaby pozazdrościć ściana, nie budzą z grubsza większych podejrzeń wśród miejscowej ludności. Co więcej, senior rodu Cullenów jest szanowanym doktorem, a jego syn Edward (Robert Pattinson) najlepszą partią w całym liceum. Wszystko więc ładnie pięknie, gdy Belli przychodzi siedzieć na biologii w jednej ławce z Edziem, ale czar szybko pryska. Dosłownie. Edward wstaje i pryska z klasy.

Na „Zmierzch” wybraliśmy się żelazną ekipą składającą się ze mnie, Aśka i gambita. I z reakcji po seansie wynikało, że usadziliśmy się w fotelach kinowych wedle pewnego klucza. Najpierw siedziała Asiek, której film się spodobał (a co dziwniejsze spodobał Jej się Blady Edek), potem siedziałem ja, który nie żałowałem, że wybraliśmy akurat ten film (wybór był marny) choć gdybym zapłacił z 10 zeta za bilet mniej to i bardziej bym nie żałował, a na końcu siedział gambit, który krótko stwierdził „ale gówno” czy coś w ten deseń. Trudno mi się zgodzić zarówno z Aśkiem, jak i z gambitem.

Film nie jest zły. Powolny i rozwlekły, ciągnący się wolnym rytmem od jednego mignięcia bladego lica po drugie, kiepsko zrealizowany na poziomie filmu polskiego lub serialu tv, a nie najgorętszej premiery lata i tak naprawdę nic się w nim nie dzieje, a on sam zmierza donikąd zawiązując jakąś tam akcję na pół godziny przed końcem i szybko ją rozwiązując, ale zły nie jest. Wampiry wampirami, ale to przede wszystkim film o budzącym się silnym uczuciu, które jak mogę się tylko domyślać, z pewnością działa na wyobraźnię piętnastoletniego pokolenia emo niczym Harry Potter na okularników. My z gambitem mamy z emo tyle wspólnego co Grzegorz Rasiak z Barceloną, więc nie dziwota, żeśmy sceptyczni. A na Aśka zadziałał pewnie magnetyczny czar wampira i jego starodawny czar, maniery i elegancja. Z tego samego powodu kobitki fruwały lata temu na Gary Oldmana w draculowskim wcieleniu, choć tak naprawdę to już widzę jakby były szczęśliwe, gdyby tak każdej nocy zamieniał się w wilka i… no cami wiecie 😛

Jaki by „Zmierzch” nie był, to nawet gambita zmusił do różnych przemyśleń, których oczywiście w tej chwili już nie pamiętam. Ale zastanawialiśmy się nad kilkoma rzeczmi, które nie dawały nam spokoju. Ja cieszyłem się, że Bella powinna być zadowolona, że Edward nie mogąc odczytać jej myśli nie uznał po prostu, że dziewczyna jest bezmyślna, a gambit dumał nad tym, czemu wysłali ją z powrotem do Arizony samochodem zamiast wziąć na plecy i z nią pobiec skoro tak szybko zasuwali. Cała nasza trójka zdumiała się również, gdy Edward stanął w pełnym słońcu i pokazał Belli prawdziwą twarz. A my jak jeden mąż: no i co? kiedy pokażę? już pokazał? przecie nic się nie zmieniło? Rozkminiliśmy też, dlaczego Edward zwiał, gdy pierwszy raz zobaczył w szkole Bellę – z pewnością miała okres… Byliśmy również pełni uznania, gdy Edzio żonglował jabłkiem niczym prawdziwy Samuel Emo’o hehe ;P Przemyśleń w trakcie, jak i po seansie, było dużo więcej, ale to jednak na żywo lepiej takie dyskusje prowadzić, niż potem próbować je odtworzyć.

A w ogóle to nam zaserwowali prawdziwego Hitchcocka. Siedzimy, oglądamy dzielnie zwiastuny i reklamy, a tu nagle reklamy polskich producentów, Państwowy Instytut Filmowy czy jak to się tam nazywa (ci sami co dali kasę na „Porę mroku” i widać po tym, że kryzys mają w poważaniu) itd. A potem zaczęła się „Mała Moskwa”. W sali poruszenie, wszyscy czekają na Edzia z niecierpliwością, a tu takie coś. No ale szybko się okazało, że operator pomylił taśmy i za chwilę włączy co trzeba.

I muszę powiedzieć, że ciekawie się „Mała Moskwa” zaczyna. Trzeba obadać.

Reasumując: jak ktoś lubi młodzieżowe opowiastki o miłości to mu się „Zmierzch” podoba. Małolaty emo w ogóle będą zachwycone, to nie mam wątpliwości. Generalnie miłośnicy love story też będą zadowoleni choć to love story w nieco innym wydaniu jednak. Na pewno natomiast nie jest to film o wampirach i jak ktoś chce zobaczyć taki właśnie to nie tędy droga. Zresztą ze zmierzchowych wampirów to takie wampiry jak z koziej dupy trąbka. Kłów nie mają, po słońcu popylają bez problemu, za dnia nie muszą spać (w ogóle nie muszą spać), na zdjęciach wychodzą przystojnie i zdaje się nawet nie potrzebują zaproszenia, żeby wejść do czyjegoś domu byle tylko okno było otwarte. Niedogodności więc wielkich nie odczuwają, a w zamian spokojnie czerpią z wampirzych możliwości biegając niczym rącze konie i powstrzymując dłonią samochód bez większych problemów. Poszła sobie pani autorka książki o Edziu na maksymalną łatwiznę, ale widać nikomu to nie przeszkadza skoro książka i film biją rekordy.

Generalnie więc film obejrzeć warto tylko ze względu na sympatyczny dla oka romans Belli i Edzia. Jakaś tam chemia miedzy nimi z pewnością jest, a i erotycznego napięcia jak na film dla młodzieży w ilości w sam raz. Wszystko inne oprócz nich jest w zasadzie albo kiepskie albo do dupy. Dialogi drewniane, efekty z fotoszopa, realizacja momentami boleśnie amatorska, obsada drugoplanowa bez komentarza (pozdrowienia dla Jacoba), główny czarny charakter lamerski itd. Ale, kurde, 4(6) dam bom romantyczny wariat ;P
(720)

No i don’t worry. Druga część się zbliża. Na chwilę obecną, premiera „New Moon” planowana jest na 20 listopada przyszłego roku.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.