Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Ken Watanabe w "Unforgiven" - fot. screen z Youtube
Ken Watanabe w "Unforgiven" - fot. screen z Youtube

5 Smaków 2014 – Bez przebaczenia [Unforgiven aka Yurusarezaru Mono]

Wyznałem w recenzji Rigor Mortis, że nie przepadam za filmami z Hongkongu. Podobne wyznanie przydałoby się i tutaj, choć w przypadku kinematografii japońskiej jest pod tym względem dużo lepiej. To znaczy dużo więcej filmów z tego zakątka świata mi się podoba, ale w pozostałych często zauważam jakąś manierę, która mnie odrzuca. Innymi słowy – im bardziej „zachodni” film japoński tym lepiej. A im więcej procent Japonii w Japonii, to już nie jest tak różowo.

Z „Unforgiven” nie ma takiego problemu. Trochę dlatego, że za jego kamerą stanął japońsko-koreański reżyser Lee Sang-il (ile ciekawych rzeczy się człowiek dowie dzięki takim filmom; reżyser „Unforgiven” to tzw. Zainichi Korean, czyli po naszemu taki Ślunzak 😉 ), ale głównie dlatego, że jego tytuł jest nieprzypadkowy – to remake klasycznego „Bez przebaczenia” Clinta Eastwooda i nawet jego scenarzysta – David Webb Peoples – jest tu wymieniony w jednym rzędzie z twórcą adaptacji.

O związkach kina samurajskiego z westernem nie ma się co rozpisywać, bo każdy wie, że są duże. Nikogo więc też nie powinien dziwić akurat taki remake, szczególnie że historia byłego zabójcy przeszczepiona na azjatycki grunt sprawdza się więcej niż doskonale i rozwiewa wszelkie wątpliwości odnośnie sensu takiego zabiegu. Bądź co bądź samurajów i kowboi więcej łączy niż dzieli. Dlatego zamknijmy temat już teraz – nie ma mowy o odgrzewaniu kotletów. Choć filmy są do siebie bardzo podobne, to każdy filmowy sąd by Sang-ila rozgrzeszył.

Nadchodzi schyłek szogunatu, końcówka XIX wieku. Wyjęci spod prawa samuraje uciekają przed obławami wojsk cesarskich. Stara Japonia odchodzi w niepamięć zostawiając miejsce nowemu ładowi. Ci z samurajów, którym udaje się uniknąć rzezi, zmuszeni zostają zająć się czymś innym. Jeden z nich, Jubei, swoją przyszłość wiąże z rolnictwem. Farmerem jednak jest kiepskim. Po pochowaniu zmarłej żony ledwo udaje mu się utrzymać dwójkę dzieci. Okazja do zarobienia trochę grosza pojawia się wraz ze starym przyjacielem, który zamierza podjąć się zlecenia zabicia dwójki mężczyzn, którzy zmasakrowali twarz prostytutki. Namawia Jubei do pomocy, ale ten jest uparty – obiecał żonie, że na zawsze skończył z zabijaniem.

Streszczam, bo może ktoś nie zna fabuły arcydzieła antywesternu (a jeśli tak to powinien się wstydzić). Kto zna ten zauważy, że w fabuła remake’u jest niemal identyczna, tak jak i cała reszta też. Ale i tak zdecydowanie warto poświęcić czas na seans.

Pierwsze co rzuca się w oczy w filmie Sang-ila to znakomite zdjęcia. Same tylko szeroko filmowane surowe bądź ośnieżone krajobrazy japońskiego pogranicza można oglądać z wielką przyjemnością i wrażeniem obcowania z wielkim kinem. Pod względem pracy operatorskiej lepiej się tego nie dało nakręcić. A przecież to tylko forma, która w przypadku tego filmu ustępuje pola treści.

„Unforgiven” odarty jest z mitu wielkiej, samurajskiej przygody. Nic tu nie przychodzi z łatwością, a wartości zupełnie się odwróciły. Dziwki mają honor, a szlachetni samuraje taplają się w końskiej kupie. Czasy, w jakich przyszło im żyć nie mają dla nich niczego dobrego do zaoferowania pozostawiając walkę o przetrwanie i zachowanie choćby resztki godności. Ale i tak Nowe jest nieuniknione.

Film Sang-ila na marginesie porusza też jeszcze jeden ciekawy, a pomijany przez kino, problem. Jak się okazuje historia Japonii ma więcej wspólnego z Dzikim Zachodem niż by się to mogło wydawać. Równolegle z dyskryminacją samurajów na przełomie wieków równie mocna staje się dyskryminacja japońskiego ludu tubylczego – Ajnów. O którym – gdyby nie „Unforgiven” – pewnie nigdy bym nie usłyszał. A to zawsze wartość poznawczo-dodana.

Spokojnie więc sięgajcie po ten film, nawet jeśli znacie na pamięć dzieło Clinta Eastwooda. Co prawda ustępuje mu nieznacznie pod każdym względem, ale cały czas pozostaje świetnym filmem.

(1825)

Wyznałem w recenzji "Rigor Mortis", że nie przepadam za filmami z Hongkongu. Podobne wyznanie przydałoby się i tutaj, choć w przypadku kinematografii japońskiej jest pod tym względem dużo lepiej. To znaczy dużo więcej filmów z tego zakątka świata mi się podoba, ale w pozostałych często zauważam jakąś manierę, która mnie odrzuca. Innymi słowy - im bardziej "zachodni" film japoński tym lepiej. A im więcej procent Japonii w Japonii, to już nie jest tak różowo. Z "Unforgiven" nie ma takiego problemu. Trochę dlatego, że za jego kamerą stanął japońsko-koreański reżyser Lee Sang-il (ile ciekawych rzeczy się człowiek dowie dzięki takim filmom;…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.