Kobieta na skraju dojrzałości [Young Adult]

Publikowanie notek z opóźnionym zapłonem – działa. To bardzo dobra wiadomość. Chyba. Teraz zamiast walnąć sążnisty wpis z sześcioma recenzjami – będę sobie planował po jednej na każdy dzień i nie będzie dziur w kalendarzu.

Tyle teoria. Praktyka zwykle nie chodzi w parze z teorią.

Dzisiaj (dziwnie mi pisać „dzisiaj”, kiedy notka wleci na Q-Bloga jutro); (BTW to już ostatni z serii wpisów, w którym zaczynam od pieprzenia o wpisach z opóźnionym zapłonem); (Obiecuję) o kolejnym filmie, który gdzieś mi tam po drodze przepadł, a zabierałem się już parę razy do tego, żeby go obejrzeć. I jak się znów okazało – nie było żadnego powodu do zwłoki, bo to bardzo fajne kino obyczajowe, dokładnie w moim guście.

Autorka czytadeł dla młodzieży próbuje sobie wmówić, że nie rusza jej informacja o swoim byłym chłopaku i o tym, że właśnie urodziło mu się dziecko. Za chwilę postanawia opuścić Wielkie Miasto i wrócić na troszkę do miasteczka, z którego przed laty się wyrwała. Jej plan jest prosty – przekonać byłego do zostawienia rodziny w cholerę i wyjechania z nią (z autorką, nie z rodziną :P) do wielkiego świata.

„Young Adult” to dzieło bardzo ciekawej dwójki reżysersko-scenariuszowej: Jason Reitman/Diablo Cody. Pierwszy to obdarzony obyczajowym zmysłem reżyser takich filmów jak W chmurach, czy opisywany tu niedawno Labor Day, druga to trochę niespełniony talent pisarski, który/która po głośnym debiucie z bezpretensjonalną Juno (także w duecie z Reitmanem) poprawiła beznadziejnym Jennifer’s Body i tyle było z jej talentu. Powierzchowny rzut oka na dalsze dokonania Diablo każe wysnuć taki wniosek, że „Young Adult” to jej najlepsze dzieło. Subiektywnie, bo za „Juno” nie przepadam, a obiektywnie, jeśli nie brać pod uwagę „Juno” właśnie.

Gdzieś tam kiedyś pisałem, że filmy, których akcja dzieje się w małym miasteczku z hutą zawsze są fajne. Cóż, w YA huty nie ma, ale to film dokładnie z takiego gatunku. Zwykle „huciane” filmy zamieszkują nastolatkowie, którzy chcą się wyrwać do miasta i zostać kimś albo choć grać w NFL. Tutaj standardowi bohaterowie takiego gatunku już dorośli i zdążyli zderzyć się z rzeczywistością. Jedni zadomowili się w warunkach, w których nie są już licealnymi gwiazdami i pogodzili z szarym życiem, inni nie do końca. Zderzenie tych dwóch postaw doprowadza do, tak po prostu, fajnego filmu.

Nie jest to wielkie kino, ale jeśli uderzy w odpowiednią strunę to każdy powinien się na nim dobrze bawić. Hmm, „bawić”, może to nie jest odpowiednie słowo. Na pewno nie jest, ale jeśli jakiś film nie nudzi, a przy okazji zmusza do paru refleksji, to też jest to jakaś forma zabawy. Mnie bawi każdy film, który dobrze się ogląda. Bo przecież nie zawsze zabawa musi kojarzyć się z bananem na twarzy.

Mocno nostalgiczny, a przy tym celnie autentyczny „Young Adult” to przy okazji kolejny one-woman-show Charlize Theron, która znakomicie wcieliła się w tytułową postać i skradła przedstawienie dość nijakim kolegom z planu. Nie na darmo scenariusz napisała kobieta, żeby mogło być inaczej. Dzielnie partneruje jej tylko Patton Oswalt w roli byłego licealnego popychadła. 8/10

(1770)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.