Fargo zawitało do telewizji i…

…jestem z grubsza pewny, że się nie pokochamy.

Nie podoba mi się ta nowa moda przenoszenia filmów na ekran telewizyjny, stanowczo wolę drogę w przeciwnym kierunku, jeśli już miałbym wybierać. Nic jednak nie wskazuje na to, że tendencja rosnąca zostanie powstrzymana. I tym prostym sposobem, mimo że już na kinowych ekranach przeważnie straszą nas tony remake’ów i sequeli, to do kolekcji doszła jeszcze telewizja.

Smutne, bo wydawało się jeszcze niedawno, że to własnie telewizja jest tym wytchnieniem od kinowej sztampy na jedno kopyto. Tutaj można było pokazać to, co w mainstreamie kinowym nigdy by nie przeszło i przez to produkcje telewizyjne zyskały coraz większe uznanie widzów. Bo były w nich gołe baby, przemoc, przekleństwa, czyli wszystko to, co w PG-13 zostało wykastrowane z obrazu idealnego świata.

Kiedy jednak pokończyła się większość telewizyjnych lokomotyw, które początek XXI wieku kazały nazwać Złotą Erą Seriali Telewizyjnych, pojawił się problem. Co dalej? Wiele wskazuje na to, że rozwiązano go idąc po linii najmniejszego oporu, czyli kopiując rozwiązanie kinowe. Ludzie narzekają, że wszystko już było? No to pokażmy im jeszcze raz to wszystko od nowa. Niezależnie od tego czy pokolenia oryginalnych wersji powymierały czy nie. Dzisiaj nie ma już żadnych tabu, a remaki i rebooty dotykają filmów, które miały premierę jeszcze w tym wieku. A będzie zapewne pewnie jeszcze gorzej.

No ale odbiegamy od telewizyjnego tematu, gdzie szlaki przetarły seriale o Hannibalu Lecterze i Normanie Batesie. Telewizyjny producent poczuł krew i zaraz za nimi poszło Od zmierzchu do świtu, „Fargo”, a za chwilę „Dziecko Rosemary”. I pewnie plany na kilka innych tytułów – nie śledzę.

Nie jestem czołobitnym wyznawcą filmu braci Coenów, choć wystawiam mu najwyższą możliwą ocenę. Jest świetnym kinem i co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Ostatnio obejrzałem go znowu od deski do deski i śmiało można powiedzieć, że mimo dwudziestki na karku w ogóle się nie zestarzał. Po co więc przenosić go do telewizji? Oto pytanie, na które nie znam odpowiedzi. (Wiadomo, względy finansowe, ale załóżmy przez chwilę, że żyjemy w idealnym świecie, w którym głupi widz nie łyknie wszystkiego.)

Telewizyjne „Fargo” nie jest remakiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Jest raczej eksperymentalnym sposobem na opowiedzenie nowej historii przy użyciu starych i znanych chwytów. Niby wszystko jest tu takie samo, ale zarazem jest inne. I teoretycznie powinno to być fajne, że serial nie podąża tą samą drogą co film (jak to jest w przypadku „Od zmierzchu…”). A jednak nie kupuję tego, nie podoba mi się i uważam, że taka wariacja na temat to strata mojego czasu. Bo choć jest to serial bardzo dobrze nakręcony, takoż samo zagrany to odrzuca mnie ta wtórność. Nie interesuje mnie nowa historia, ani nie wciąga, bo podczas oglądania czułem się, jakbym uczestniczył w zbiorowym gwałcie na filmie Coenów. Albo inaczej: zabiciu filmu i rozkradzeniu wszystkiego, co tylko ma w nim jakąś wartość. Jakby rozebrać budowlę z klocków i z tych samych elementów ułożyć nową strukturę – bo w filmie w zasadzie wszystko miało jakąś wartość.

Zaczyna się jak wersja filmowa i od razu kręcenie nosem. Bo scena początkowa „Fargo” to moja ulubiona scena otwierająca film. Tymczasem w serialu wszystko jest tak samo, tylko że gorzej ;). Przekształcony motyw muzyczny Burwella nie brzmi jak pieśń pogrzebowa, śniegu jest mniej i w ogóle klimatu też mniej. Do kolekcji mamy informację, że serial został oparty na faktach, co – podobnie jak w przypadku filmu – jest bzdurą. I sporą matrikso-incepcją, bo serial wzorujący toczka w toczkę film daje taką samą informację na wstępie, a potem opowiada różną historię.

Różną, ale taką samą. Znów. Główny bohater (nie wiem kto wpadł na pomysł, żeby angol – Martin Freeman – grał minnesotańczyka; choćbym nie chciał, to widzę dobrego aktora, który za wszelką cenę chce sparodiować charakterystycznie piskliwy akcent) jest źle ubranym, gamoniowatym sprzedawcą ubezpieczeń (a nie samochodów). Ma gderliwą żonę, której matka odradzała małżeństwo z gamoniem (a nie ojca, który o wszystko się czepia gamonia; rolę teścia póki co przejął brat gamonia). Do miasteczka przyjeżdża zimnokrwisty hitman. Sam jeden i z własnej woli (a nie wezwany i w towarzystwie). Gamonia wciąż prześladuje jego wróg publiczny numer 1 z liceum (a nie wredny teść). Tymczasem policja zajmuje się porzuconym samochodem po wypadku, który utknął w zaspie za miastem. Jest policjant (nie policjantka), który nie jest w ciąży (jego żona jest). Pomaga mu policjantka, która nie jest w ciąży… AAAAA. No wszystko stoi na głowie – już chyba wiadomo, o co mi chodzi, gdy piszę o rozkradaniu trupa.

Po jaką cholerę zrobili z tego „Fargo”? Nie mogli tego nazwać np. „New Jersey” i tam przenieść fabułę? Pewnie wtedy oglądałbym dalej. Byłby ciekawy serial, trochę podobny do „Fargo”. 

3 odpowiedzi

  1. Lugalkiniszedudu

    Muszę się z całą stanowczością nie zgodzić, serial rewelacyjny, w dodatku rozkręca się z każdym odcinkiem.

  2. Quentin

    O widzisz, bo właśnie miałem pytać: jest sens oglądać drugi sezon bez obejrzenia pierwszego?

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.