Nebraska Vs. Osage County

Dzisiejszej dziurze w kalendarzu zapobiegnę krótkim wpisem o tym, że „Nebraska” Alexandre’a Payne’a rozkłada na łopatki przereklamowany „Sierpień w hrabstwie Osage” Johna Wellsa. Skąd wrzucenie do jednego worka tych dwóch filmów? Ano stąd, że są w wielu względach bardzo do siebie podobne. Z tą różnicą, że „Nebraska” jest o wiele lepsza.

I właściwie tutaj mógłbym skończyć, bo to, co chciałem napisać już napisałem. No ale wypada dodać ze dwa akapity, żeby można było to uznać za reckę.

I „Nebraska” i „Osage” opowiada o rodzinnym spotkaniu. Jak wiadomo, z rodziną najlepiej wychodzi się na dworzec, więc z góry można się spodziewać dokąd to spotkanie rodzinne doprowadzi. Trochę się pościskamy, pocałujemy w policzek, a potem ci przypomną jak to się zesikałeś w spodnie, gdy miałeś dziesięć lat. Klasyka dowcipu rodzinnego. Punktem wyjścia „Osage” jest zaginięcie ojca rodziny, poety-pijaka, natomiast „Nebraskę” rozpoczyna spacer Bruce’a Derna w stronę tytułowego stanu, by tam odebrać należną mu nagrodę miliona dolarów, którą wygrał w domu wysyłkowym nawet nie startując w konkursie. Eufemizm. Trudne słowo. Jeden i drugi punkt wyjścia prowadzi do tego samego rodzinnego zjazdu.

Nie ma co ukrywać, że „Osage” mnie lekko znudził. Nie wczułem się w rodzinne meandry i szkielety w szafie, nie potrafiłem utożsamić się z problemami bohaterów, lekko przysnąłem. To taki film, w którym bohaterowie rozmawiają o życiu i niby powinno się coś z tych rozmów wynieść, ale ja nie wyniosłem za wiele. A właściwie nic. Trudno powiedzieć czemu, bo przecież nie jest to tak zwyczajnie zły film, 7/10 mu daję. Na pewno broni się aktorsko, choć osobiście uważam kolejne role Meryl Streep za nudne. Wielką aktorką jest, wiadomo, ale przy takim perfidnym wybieraniu sobie ról, to wiadomo, że błyśnie. Chora na raka choleryczka z wahaniami nastrojów w peruce (peruka na głowie choleryczki, a nie na głowie wahań nastrojów :P) – sześć słów (krótkich nie liczę), a słyszysz: „Oscar, Oscar”. Dla mnie to żaden wyczyn. Spróbowałaby zagrać świetnie w „Gulczas a jak myślisz”… Dlatego też, tu akurat dołączam do lemingów, rzeczywiście aktorsko zwycięża „Osage” Julia Roberts.

I tak naprawdę fajne i warte zauważenia w tym filmie jest dla mnie tylko to, że pod jednym względem jest inny niż można by się było tego spodziewać. 99% filmów z takim początkiem rozkładałoby na czynniki pierwsze umieranie na raka. Tymczasem przez długi czas to zupełnie inna tragedia jest punktem zapalnym fabuły, a straszny rak w ogóle się nie pojawia. A przynajmniej nie ten dosłowny, bo metaforyczny jest obecny cały czas.

Natomiast „Nebraska” jest dokładnie takim filmem, jaki próbują nam wmówić, że jest „Osage”. Alexander Payne, ulubieniec Akademii, która nim często maskuje wyrzuty sumienia z powodu nominowania tylko głośnych filmów, wraca do tematu kina drogi, który z takim powodzeniem wykorzystał już choćby w „Bezdrożach”. I pod płaszczykiem archetypowej historii o podróży ojca i syna opowiada o tak wielu rzeczach, że trudno to zliczyć.

Dla mnie przede wszystkim opowiada o tym, że nie należy oceniać książki po okładce i zdradza nam tę wielką tajemnicę, że ktoś, kto dla ciebie jest zwykłym, szarym, często starym już i nudnym człowiekiem w rzeczywistości… też miał jakieś życie. Lekko safandułowaty syn zaczyna odkrywać prawdę o swoich bliskich, której nigdy by się nie spodziewał. Ale nie jest to prawda sensacyjna, wcale nie. To proste rzeczy typu: mama była rozchwytywana przez kawalerów, a ojciec po powrocie z wojny nikomu nie potrafił odmówić. Kurczę, kochała się w nim ta miła starsza pani! Zwykłe, normalne rzeczy – tutaj urastają do miana objawienia. Uświadomienie sobie przez bohatera tych prostych rzeczy zupełnie zmienia postrzeganie rodziców, a chodząc ulicami miasteczka z ich młodości odkrywa kolejne karty prostej, ale nagle już niezwykłej historii. Widzi w rodzicach ludzi, a nie zrzędliwych staruchów. Ludzi, którzy kiedyś mieli marzenia, musieli dokonywać wyborów. Niby proste, ale czasem zupełnie niezauważalne – „Nebraska” otwiera nam na to oczy.

Film Payne’a toczy się swoim wolnym, payne’owatym tempem, ale wciąga z każdą czarno-białą minutą. Dodatkowo okraszony jest trafionym w punkt poczuciem humoru, które dodaje filmowi życia. Oskarowo sfilmowane bezkresne połacie Nebraski błyszczą i przedstawiając zwyczajną (tak jak fabuła filmu i prawdy w nim objawione) codzienność dodają mu autentyzmu. Od początku czujesz, że to filmowe miejsce o nazwie Nebraska (stan, w którym Payne się zresztą urodził) takie właśnie jest. Nie ma przez chwilę poczucia żadnego hollywoodzkiego fałszu. I tą prawdziwością Payne również zwycięża. O Osage dowiedziałem się praktycznie tylko tyle, że jest tam strasznie duszno i gorąco.

Może nie ma w „Nebrasce” długiej listy gorących nazwisk Hollywood w rolach głównych, ale byliby tutaj zbędni. W „Osage” byli na miejscu, bo ten film został napisany po to, żeby się mogli wyżyć i zagrać na Oscara. „Nebraska” powstała w zupełnie innym celu. 10/10

(1687)

2 odpowiedzi

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.