From Asia with Guns and Drugs

And the Oscar za najgłupszy tytuł goes to me.

Ciężki weekend za mną, nie było czasu nawet nic obejrzeć i moja średnia seansów w roku 2014 troszkę spadła. Na dodatek dołożyli igrzyskami i już w ogóle nie ma czasu na filmy. Ale dam radę, kto jak nie ja!

W poszukiwaniu pozytywów tego stanu rzeczy odnalazłem coś takiego, że film obejrzany bodajże w czwartek wciąż bardzo dobrze leży w mojej pamięci i dalej wspominam go z ogromną przyjemnością. Znaczy to, że warto było go obejrzeć. A ten film to:

The White Storm

Kino z Hong Kongu od dłuższego czasu za prawie każdym razem mnie zawodziło. „Gdzie te czasy Johna Woo?” myślałem oglądając kolejne ich propozycje. Niby były to całkiem w porządku actionery, a jednak brakowało w nich dużo, żeby móc cieszyć się nieskrępowaną radością z zabijania złych ludzi pistoletami z niekończącymi się magazynkami. „The White Storm” z przytupem przywraca wiarę w takie kino. Ten oraz następny film, o jakim tu napiszę bez dwóch zdań zostawiają daleko w tyle jakiekolwiek amerykańskie kino pistoletowo-policyjno-narkotykowe. I to nie tylko dlatego, że w usiech kręcą takie raczej tylko z gwiazdkami kina C.

TWS to klasyczne kino z HK, w którym odnajdzie się bez trudu ulubione przez tamtejszych filmowców motywy. Gliniarze, tajniacy, męska przyjaźń, rzewna muza, nostalgia, wybory między honorem a rodziną itd. itp. Pod tym względem nie ma tu niczego nowego, ale też trudno spodziewać się jakichś rewolucji w dobrze zarysowanym gatunku, który tak naprawdę tylko tam potrafią robić i tam stworzyli. No i jeszcze u nas w „Reichu” Pasikowski próbował, ale udowodnił, że lepiej zostawić to zawodowcom… Takie filmy rządzą się swoimi prawami i dlatego dobrze się je ogląda. Pomieszasz i poplątasz to nie będzie klasycznie. A tylko w jednym przypadku na sto nazwą cię wizjonerem.

Trzech gliniarzy podąża tropem największego narkotykowego bossa w całej Azji Południowej. Jeden z nich w roli kreta zagłębił się już bardzo daleko w jądrze narkotykowej organizacji, a dwaj pozostali starają się jak mogą, by go nie zdemaskowano. Nasz kret powoli zaczyna mieć już schizy, bo od miesięcy nie widział się ze swoją żoną i jest o krok od rzucenia tego wszystkiego i wyjechania w Bieszczady.

No i jeszcze trzech naszych bohaterów to przyjaciele od lat, co dodaje tej historii potrzebnej głębi.

To bardzo, ale to bardzo udana produkcja, która rwie szybciutko do przodu i nawet jeśli momentami patrzymy na zegarek to za chwilę zawsze wydarzy się coś, co nam to zadośćuczyni. Jest tu dokładnie wszystko to, na czym wybił się ww. John Woo i jeśli lubicie jego kino spod znaku pistoletów, to śmiało sięgajcie po TWS. Strzelaniny może na aż tak wysokim poziomie tu nie stoją, ale i tak lata świetlne dzielą je od pistoletowych pitu pitu z USA. Zresztą cała akcja zapiera dech w piersiach, a gdy na scenie pojawiają się dwa helikoptery to wtedy rozpierducha zrywa beret.

(No trochę szkoda, że rany i wystrzały z komputera, ale długimi momentami o tym zapominałem i tak)

Jednak najbardziej w TWS urzekły mnie przepiękne i kolorowe zdjęcia oraz realizacja na najwyższym poziomie. Nie wiem, jak oni tam to robią, ale nawet najprostsze sceny wyglądają rewelacyjnie. Z wysokiego budynku zwisa samochód, na jego masce ledwo trzyma się główny bohater, gdzies tam w tle się strzelają – pięknie to wygląda. 8/10

Drug War

To co prawda wpis głównie o „The White Storm”, ale jego seans przypomniał mi o filmie, który nie doczekał się na Q-Blogu recenzji, a to wielkie niedopatrzenie, bo jest jeszcze lepszy niż film, o którym wcześniej. Tak, tak, podrzucam Wam dzisiaj dwa tytuły, po których zapomnicie o innych sensacyjnych pierdółkach z reszty zakątków wszechświata.

„Drug War” to również produkcja z Hongkongu wyreżyserowana przez słynnego Johnniego To. Jest w niej jeszcze jakieś drugie dno, bo to zdaje się pierwszy film wyreżyserowany przez To na mainlandzie (czytaj: w Chinach), ale szczerze powiedziawszy akurat to mam w tym przypadku w nosie. Co innego sprawia, że film bardzo warto zobaczyć.

To kolejna „narkotykowa” produkcja. Znowu gliniarze, znowu przemytnicy – kto kogo przechytrzy.

„Drug War” nie jest tak kolorowy jak „The White Storm”. Z ekranu bije zimny klimat, a zdjęcia również utrzymane są w takiej zimnej kolorystyce. Można więc powiedzieć, że to zupełnie przeciwieństwo TWS. Ale efekt końcowy tak samo powalający. A nawet bardziej, ale to już ustaliliśmy. Na pewno dlatego, że DW jest bardziej realistyczny od TWS, który ma w sobie więcej z bajki.

Nikt nie bawi się tutaj w jakieś wprowadzenia. Akcja zaczyna się od pierwszych sekund filmu i już do samego końca gna do przodu z szybkością karabinu maszynowego. Napięcie rośnie z każdą minutą, sytuacja na bieżąco się zagęszcza, a całość prowadzi do rozwiązania, które na Q-Fejsie zdążyłem już określić mianem „Gorączki na sterydach”.

Jesli więc szukacie ekscytującego kina akcji, na którym nie będzie czasu, żeby iść się wysikać (zobaczycie początek filmu to będziecie wiedzieć, czemu akurat o sikaniu wspomniałem) – „Drug War” jest odpowiedzią na Wasze oczekiwania. 9/10

(1684)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.