Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Tajemnica Westerplatte

Przywykłem już do bycia Adwokatem Diabła dla tego i tamtego filmu, a teraz znów postawię się w jego roli. Choć nie do końca, bo każdy kto ma oczy i zobaczy „Tajemnicę Westerplatte” musi dojść do wniosku, że porównywanie jej do „Kac Wawy” i rzucanie w jej stronę kilku więcej niż kąśliwych komentarzy nie świadczy dobrze o rzucającym. Może się ten film nie podobać, bo o zapowiadanym w reklamach widowisku historycznym nie ma w jego przypadku mowy, ale ostre piętnowanie go przed premierą to dowód na nieuzasadnioną niczym niechęć niekoniecznie do kina. Chyba do producenta Samojłowicza, bo inaczej nie potrafię sobie wyobrazić genezy powstania pogardliwego wpisu Raczka. Jeśli szanowny Pan Nadredaktor Naczelny filmowy rozum ma (a ma go na pewno) to z pewnością po obejrzeniu zwiastuna wiedział już, że może sobie darować cały seans, bo na pewno widział rozstrzał między tym co obiecują marketingowcy, a co jest w rzeczywistości. Ale nie, poszedł do kina  zapewne tylko po to, żeby potem pierdnąć na fejsie obrazowymi porównaniami do Jezusa z Borji.

Ja zresztą poszedłem do kina w tym samym celu. Obejrzany przed Sępem zwiastun mną facepalnął (pisałem o tym w zalinkowanej recce), a potem jeszcze ze dwa razy dałem upust swojej niechęci do TW (nie mylić z Tajnym Współpracownikiem) na Q-Fejsie. Dlatego też nie szedłem do kina po nic innego jak tylko po to, żeby solidnie się pośmiać z nieporadności twórców, a potem strzelić reckę tego rodzaju, który pisze się najprzyjemniej – miażdżącą krytykę. I choć Westerplatte padło, to film się obronił.

Nie mam wątpliwości „Tajemnica…” to jednak mocno zmarnowana szansa. Bo z pewnością zasłużyła na dużo lepiej zrealizowany film. I przede wszystkim na film kinowy, a nie telewizyjny, którym w rzeczy samej jest (Wesołowski w studio TVN mówił, że w filmie zagrało wielu dobrych aktorów, których w wersji kinowej nie ma, więc można śmiało twierdzić, że będzie z tego serial). Ww. widowiskowość można między bajki włożyć, bo o wiele więcej widowiskowości było w takich „Czterech pancernych”. Sceny bitewne są więc nad wyraz ubogie – dziesięciu żołnierzy strzela się z dziesięcioma żołnierzami, a większość batalistyki to skradający się przez las Niemcy w czystych mundurach, wśród których obowiązkowo biegnie jakiś koleś w brunatnej koszuli ze sfastyką na ramieniu i pucołowaty marynarz-operator. Skradają się dopóki ktoś nie rzuci w nich granatu i pofruną do nieba.

Jeśli więc chcielibyście zobaczyć „batalistykę na poziomie europejskiego filmu” to nie idźcie do kina. Jeśli w zwiastunie widzicie telewizyjny film, to całość też będzie telewizyjna, bo innej możliwości nie ma! Wielkiego napięcia i grozy wynikającej z bycia w przegranej sytuacji też tu nie uświadczycie, bo film skupia się głównie na konflikcie Sucharski-Dąbrowski podporządkowując do niego całą resztę. I jak już pisałem – szkoda, bo w rękach dobrego filmowca ten temat mógłby posłużyć jako kanwa do godnego zapamiętania filmu wojennego. I nawet jeśli są momenty, które w scenariuszu sądzę, że wyglądały fajnie (bardzo ładny początek, w którym pomimo że nie dzieje się nic wielkiego, to czuć, że coś wisi w powietrzu i nieuchronnie się zbliża), to dość mocno zabija ich siłę rażenia nic więcej ponad przyzwoite wykonanie. W całym filmie jest chyba tylko jedna scena/ujęcie podpadające pod magię kina – filmowane od dołu w kierunku deszczowego okna ujęcie podpitego Baki dyskutującego z Żołędziewskim (Dąbrowski) w najbardziej krytykowanej scenie filmu (złagodzonej zresztą pod ciężarem nacisków zewsząd).

Pomimo to, gdy już się przyzwyczaiłem do jego telewizyjności, TW oglądało mi się coraz lepiej. Mógłbym wymienić jeszcze przynajmniej kilka jego wad (postać Borysa Szyca; najgłośniej krzyczy, żeby walczyć, a w całym filmie nie oddaje ani jednego strzału i bodaj cały czas paraduje w czyściutkich, wyprasowanych ubraniach), ale po pierwsze nie były one na tyle duże, by pisać o żenadzie, a po drugie nie przeszkadzały mi na tyle, żeby wizyty w kinie nie żałować. (Choć spokojnie można na film poczekać aż pokażą go w telewizji i jeśli nie macie wielkiego parcia na wizytę na nim w kinie, to po tej recce nie rzucajcie się tam drzwiami i oknami.)

Wszystko zapewne (bo nic więcej nie zostało poza niezłym Żebrowskim) dzięki opowiadanej historii. Choć tu znowu szkoda, że powstanie filmu poprzedziła kilkuletnia dyskusja. Szkoda, bo dawno już tytułowa tajemnica przestała być tajemnicą i nie było w filmie nic, co by mnie zaskoczyło. 7/10. Przez większość filmu było 6, ale podskoczyło za to, że ten film w ogóle powstał mimo tylu przeciwności losu.

Gdzie się człowiek nie obejrzy, wszędzie narzekają na skandal, oburzają się na takie a nie inne potraktowanie bohaterów, na kalanie wspaniałej polskiej historii itd. Nie wiem, czy w TW jest choćby odrobina prawdy, ale bardziej prawdopodobny wydaje mi się taki właśnie obraz żołnierzy jako zwykłych ludzi. Którzy sikają, gdy im się chce, którzy się boją, którzy w obliczu niebezpieczeństwa okazują się tchórzami i którzy w trosce o własną dupę gotowi są na największe skurwysyństwo. A nie tych idących z uśmiechem na ustach równymi czwórkami na niebieskie polany. I wcale nie uważam, że to ujmuje im bohaterstwa. Wręcz przeciwnie. Bronili Westerplatte? Bronili.

(1491)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.