Katastrofa utobusowa, czyli Sęp

Wybraliśmy się wczoraj wieczorem z gambitem na przedpremierowy pokaz polskiego thrillera sensacyjnego „Sęp”, o którym od dłuższego czasu głośno tu i ówdzie i o którym nie jest to chyba ostatni wpis na Q-Blogu, bo temat to bardzo wdzięczny. Po seansie podzielaliśmy raczej tę samą opinię.
Ed Wood żyje – podsumował uśmiechnięty gambit. – Ile mu dasz?
No czwórkę dostanie.
O, wysoko!

Tytułowy Sęp to ksywka głównego bohatera filmu, w którego rolę wciela się Michał Żebrowski. Sęp jest policjantem wydziału wewnętrznego, który zostaje sparowany z jakąś tam wysoką szychą z CBŚ-u (Daniel Olbrychski) i wspólnie mają rozwiązać tajemniczą sprawę zniknięć wszelkiej maści oprychów. Od lat bez śladu znikają mordercy, gwałciciele, pedofile i inne kanalie i nikt po nich śladu nie widział. W końcu miarka się przebiera i Generał (Piotr Fronczewski) postanawia urwać sprawie łeb. Rozpoczyna się śledztwo.

Być może Eugeniusz Korin rzeczywiście jest wybitnym reżyserem teatralnym, nie wiem. Przyznaję bez bicia. Wierzę, że jest utalentowanym pedagogiem, dyrektorem artystycznym, autorem adaptacji, tłumaczeń i scenariuszów teatralnych. Ale to niestety tak nie działa, że pewnego dnia Michał Żebrowski (razem z Korinem prowadzą Teatr 6. piętro) przychodzi i mówi: „Słuchaj, Genek, zagrałem fuchę w takiej reklamówce dostawcy energii elektrycznej i oni teraz dają mi kasę na film. Weź i napisz jakiś mroczny thriller, zajmij się reżyserią, a ja w nim zagram”. I Genek, człowiek już prawie 60-letni, ni stąd ni zowąd siada nad kartką papieru i pisze dobry scenariusz thrillera sensacyjnego (choć śmiem watpić, że kiedykolwiek w swojej karierze teatralnej zetknął się z tym gatunkiem), a potem z polotem go reżyseruje i swoim debiutem kasuje cały świat. Fanfary. Nie, to tak nie działa. Owszem, cuda się czasem zdarzają, ale zwykle zdarza się to, co zdarzyć się musi – słaby film zrobiony przez laika w kraju, w którym w ogóle nie ma tradycji kręcenia thrillerów sensacyjnych. Może i teatralnego geniusza, ale – sądząc po „Sępie” – miernie czującego się w nowym dla siebie środowisku.

Kuriozum zaczyna się już od samego początku. Jesteśmy bodajże w roku 1984 (trzeba się domyślić po plakacie na ścianie) przed pokojem młodego chłopca. Jest noc, a jego rodzice (chłopca, a nie pokoju :P) z niepokojem stoją przed drzwiami obserwując migające w środku światła. To ich syn wysyła alfabetem Morse’a w niebo pytania do Pana Boga. O sens istnienia i inne Ważne Rzeczy. Kamera kieruje się na ścianę, a tam wycinki z gazet. I dowiadujemy się, że była jakaś katastrofa („utobusowa” – literówka w gazecie od razu nas z gambitem pozytywnie nastawiła do filmu), w której zginęło 14 osób. No, jest jakieś zawiązanie akcji – myślimy. Szczególnie że w roli ojca sam Radosław Pazura. Źle myślimy. Cała ta scenka jest tylko po to, aby wprowadzić do akcji… teleskop, na który Żebrowski będzie potem podrywał Przybylską. Ani Pazura, ani katastrofa utobusowa już więcej nie wrócą. Powrócą pytania o sens istnienia, ale tylko po to, by udowodnić, że ktoś tu pomylił thriller sensacyjny z kinem moralnego niepokoju.

Dobra, jestem w stanie przyjąć do wiadomości, że będą widzowie, którzy zrozumieją Wizję Korina i stwierdzą, że nie dość, że historia jest sensacyjna i wciągająca, to jeszcze – w przeciwieństwie do podobnych filmów tego gatunku – ma głębię i pozostawia widza z kilkoma pytaniami, na które tylko sygnalizuje odpowiedź. Ja nie jestem tego typu widzem, ale ja to nie inni. Zakładając jednak, że tacy widzowie się pojawią, to nie sądzę, aby z czystym sumieniem mogli powiedzieć, że „Sęp” to mroczny thriller. Wręcz przeciwnie, w „Sępie” jest wszystko, czego w mrocznym thrillerze być nie powinno. Nie ma klimatu, nie ma napięcia, nie ma nawet tego mroku. Wszystko jest jasne, słoneczne, czyściutkie, a nasz bohater wyprowadza na smyczy kota po ekologicznym osiedlu, którego ta scenka jest reklamą. Na litość Boską – nie można w thrillerze sensacyjnym ładować postaci o nazwisku Malinka (nazwiska filmowych postaci to temat na osobną notkę) granej przez Piotra Gąsowskiego! Kiedy z gołą klatą Gąsu naparza z shotguna, a Małaszyński krzyczy: „Malinka, ty kutasie!”, masz przed oczami wszystko z wyjątkiem thrillera sensacyjnego. W ogóle Korin postanowił rozjaśnić swoją mroczną historię (która i bez tego mroczna nie była) wrzucając do niej elementy komediowe. I o ile niektóre teksty mogą od biedy wpaść w ucho, to wstawki z naśmiewaniem się z Radia Maryja, TV Trwam, czy nowobogackich kolesi na wzór i podobieństwo Malinki są zupełnie nie na miejscu. Mają nam mówić, jacy twórcy tego filmu są cool i mrugać do nas okiem, ale tylko irytują. Momentami trudno się połapać czy to jeszcze thriller czy już komedia.

W reżyserii – chaos (Korin w ogóle nie radzi sobie z budowaniem napięcia; najlepszym przykładem scena z niejakim Psiarzem – postaci mają takie miny jakby działo się coś wiekopomnego, całości przygrywa muzyka operowa i wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że Coś się dzieje; tymczasem nie dzieje się w zasadzie nic, a montażysta robi wszystko, żeby utrudnić odbiór tej sceny), w scenariuszu – mega chaos, wątki zgodnie z trendami w polskim kinie fruwają sobie w próżni i czasem się łączą, a czasem nie, zdjęcia – pogodne i wesołe, słońce odbija się z lubością w wyszczerzonym złotym zębie pośród bielutkiej reszty zębów spalonej ofiary, żeby nie było żadnej wątpliwości kto to… A jak z postaciami i wcielającymi się w ich role aktorami? Najlepszy był Henryk Talar, choć jego nazwiska na plakacie i w zapowiedziach pewnie nie znajdziecie (nie chce mi się sprawdzać). Znajdziecie za to np. Annę Dereszowską, która pokazała się tu w kolejnej kuriozalnej roli. Aktorka bierze wszystko co popadnie, żeby tylko wszędzie być, no i efekt w „Sępie” jest taki, że ogranicza się do pokazania głębokiego dekoltu i zniknięcia z filmu na zawsze. Śmieszne, bo pojawia się w wątku, w którym przeprowadzana jest prowokacja z rodzinami „znikniętych” oprychów. Nie wiadomo kto doprowadzi śledczych do celu… Tak, nie wiadomo. Pośród dziesięciu zakazanych i nieznanych pysków jest jeden (i dekolt oprócz pyska, nie zapominajmy) Anny Dereszowskiej. No to który z nich okaże się strzałem w dziesiątkę?

A przeskoczmy do nowego akapitu, żeby było bardziej czytelnie i wracajmy do obsady. W zasadzie można powiedzieć, że prawie nikt nie musi się wstydzić swojego występu w „Sępie”, niestety to jedyny pozytyw, bo role, jakie dostali do zagrania… Najgorzej wylądował Małaszyński ze swoją postacią dopisaną jakby już na końcu tylko po to, żeby można było wrzucić kolejne znane nazwisko do obsady. Pojawia się, znika, znowu się pojawia, a na końcu (nie będę SPOILEROWAŁ, ale to jedna z bardziej zabawnych scen w całym filmie). Do rozwoju fabuły jest zupełnie niepotrzebny, nie wiadomo w zasadzie co robi oprócz przeklinania i wprowadzania elementu komediowego (jakby w całym filmie było go mało). Michała Żebrowskiego i Sępa pochwalił zaś gambit: „Jestem pod wrażeniem postaci Żebrowskiego. Napisana niekonwencjonalnie, wbrew scenariuszowym zasadom budowania postaci i tego typu rzeczy. Jest zupełnie nijaki, nie ma żadnej głębi, a jedyne co można o nim powiedzieć to tyle, że jest dobry”. No tak, rzeczywiście gra dobrego chłopaka i to jedyny epitet, jakim można go opisać. Fronczewski – maks przerysowany; co to? film o wprowadzaniu Stanu Wojennego? Seweryn jest dokładnie taki sam, jak w każdym innym filmie rozrywkowym, w jakim gra („Billboard”, Uwikłanie). Przybylska – zagrała z 10, może 15 minut i należy docenić jej… sutki. Zagrała nimi najlepiej, a scena, w której prezentuje je przez prześwitującą koszulkę wzbudziła najwięcej emocji na sali (i w sumie „opowiedziała” nimi więcej niż cały film – tak, myślę, że można by osobną notkę trzasnąć na temat roli sutków Przybylskiej w „Sępie”). Grabowski… Ja nie wiem, skąd ten pomysł, żeby z Ferdka robić bezwzględnych kryminalistów, ale mnie to już osobiście nudzi. Olbrychski, sam w zasadzie nie wiem, zagrał sobie dla beki, czy rzeczywiście wierzył w swoją rolę. Nie przeszkadzał mi w każdym bądź razie. Cała reszta bezimiennych bandytów – tak bardzo grali bandytów, że… aż za bardzo. Każdy jeden przerysowany zupełnie tak samo jak i cały film. Cały film, który należy nazwać parodią mrocznego thrillera niż mrocznym thrillerem.

Jedno zgodnie z gambitem nam się podobało. Tablica w domu Sępa, na której coś tam sobie skrobał. Jasne, wypisywał same oczywiste rzeczy, ale sam pomysł z tablicą i jej zastosowaniem klimatyczny i fajny. Choć nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy i tej tablicy się czepnęli, a konkretnie charakteru pisma, którym była zapisywana. Topornym i takim polskim (każdy, kto choć raz widział  fonty w napisach początkowych polskich filmów, ten wie o co chodzi). Nie mamy wątpliwości, że w Hollywood (choć to też sknery i podobnego konsultanta do The Possession w sprawie języka polskiego im się szukać nie chciało) znalezionoby jakiegoś kolesia z super charakterem pisma i zapłacono mu 50 tys. dolarów za dublowanie ręki głównego bohatera piszącego po tablicy. I to pismo na tej tablicy byłoby takie mroczne i thrillerowe i po prostu ładnie wizualnie wyglądało. A u nas pismo jak z zeszytu pierwszoklasisty. Bo, co by nie gadać o amerykańskim kinie, z którego „Sęp” sępi, tam rzeczy dopracowane są od ogółu (cały film) do szczegółu (charakter pisma na tablicy). A w „Sępie” nic nie zostało dopracowane. 4/10.

(1464)

PS. Puścili przed „Sępem” zwiastun „Tajemnicy Westerplatte”. Od początku do końca telewizyjne dzieło na obraz i podobieństwo Teatru Telewizji. Gambit zareagował tak:
Dzwonię do Petera Jacksona. Zapytam go jak to jest, że on do uzyskania efektu filmu telewizyjnego musiał kręcić w 48 klatkach, a naszym to od lat wychodzi w normalnej prędkości?
:D:D

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.