Anonymous

Jestem tylko człowiekiem, wkurwia mnie wiele błahych rzeczy. Kto jest bez grzechu niech pierwszy itd. Wysoko na liście tychże rzeczy jest podejście do oglądania filmów spod znaku „nie obejrzę tego filmu bo…”. Nie lubię horrorów, nie lubię tego aktora, nie lubię tego reżysera, spoko, może i jest fajny, ale Leo Di Caprio to drewniak… No wkurza mnie, jak coś takiego widzę. To nawet nie jest zakładanie z góry czegoś na podstawie racjonalnego przeczucia (denny zwiastun), ale zwykłe pieprzenie w bambus (sorry, Sol Campbell) nie oparte na żadnej podstawie. OK, rozumiem, że jakiś aktor może działać człowiekowi na nerwy (nie znoszę np. Seana Williama Scotta), ale już z tego powodu nie oglądać filmu z nim?

„Anonymous” zawinił sobie na starcie jedną jedyną rzeczą – jego wyreżyserowaniem zajął się Roland Emmerich (za swoje prywatne pieniądze zresztą). Ten reżyser „Pojutrza”, „Dnia niepodległości” czy „2012” na szczycie listy twórców filmów odebrany został jednoznacznie. Krytycy bez oglądania ocenili, że to kupa niewarta czasu, a jeśli nic nie mówili to pukali się palcem w czoło robiąc przy tym ironiczną minę. Co więcej, ci którzy zmusili się do obejrzenia filmu i pozytywnie ich zaskoczył nie mogli oprzeć się ochocie (czytałem parę recenzji to wiem :P) by wetknąć szpilkę w postaci: „o dziwo starania Emmericha przyniosły zadowalający efekt, ale za bardzo chciał zerwać z kinem, do jakiego nas przyzwyczaił…”. Idę o zakład, że gdyby reżyserem tego filmu nie był Emmerich nikt by nie gadał takich głupot (no bo nie zrywałby z kinem spod znaku „2012”, wiem ;P). Ale nie, lepiej oceniać go przez pryzmat nazwiska, z którego, przyznaję, łatwo się śmiać mając w pamięci przynajmniej niektóre jego blockbustery.

Natomiast Emmerich czy nie Emmerich za kamerą, opinie typu „zagmatwana nuda, w której nic nie wiadomo” raczej trudno byłoby zmienić. Tu by trzeba zmienić kinowych widzów na takich, którzy jeszcze potrafią łączyć proste fakty i nie rozpraszać się żarciem popcornu. Wtedy, może i dalej byłby dla nich nudny (święte prawo widza wynudzić się na czym tylko ma ochotę i nikt nie powinien się oburzać), ale niezrozumiały? Nie ma w tym filmie niczego niezrozumiałego i nie trzeba być specem od angielskiej historii. Ja zdecydowanie nie jestem.

A skoro już o mnie, to mnie osobiście „Anonymous” urzekł od początku do końca. I przy dźwiękach fanfar wręczam mu z zadowoleniem 10/10 chcąc się przy okazji podzielić Złotą Myślą Quentina: 10/10 to nie ocena filmu, to stan psychiki 😉 czyli uczucie, z którym zostawia cię film niezależnie od jego jakości. Gdy nic nie gadając ani nie spiesząc się siusiu słuchasz muzy i przeglądasz wzrokiem napisy końcowe aż się skończą – wiedz, że może właśnie obejrzałeś Dziesiątkę.

Film Emmericha podejmuje temat, który mnie interesuje, a którym zarazem się… nie interesuję :) Już tłumaczę. Nie czytam pasjami historycznych książek, ani nie pochłaniam dokumentów na History Channel. Nie czytałem pewnie 3/4 dzieł Szekspira ani nie wiem do końca, w którym wieku żył (gdyby mnie ktoś tak nagle zapytał i musiałbym odpowiedzieć w przeciągu sekundy). Zatem nie mam większego backgroundu. Ale gdy w łapy wpada mi film o takiej tematyce, to jestem strasznie ciekawy, co też ma sobą mi do zaproponowania. I z kupki filmów różnych gatunkowo na pewno najpierw zwrócę uwagę na taką opartą na zamierzchłej historii spiskową teorię dziejów.

Bo „Anonymous” to właśnie taka spiskowa teoria dziejów opowiadająca o jednej z bardziej popularnych zagadek historii. Punktem wyjścia fabuły jest proste założenie: to nie aktor znany jako William Szekspir był twórcą „Romea i Julii” i reszty znakomitych dramatów, sonetów etc. Nie śledzimy jednak różnych tropów, by na koniec dostać odpowiedź – tutaj odpowiedź podana jest na początku. Paluch „To On” zostaje skierowany na Edwarda de Vere’a, hrabiego Oksfordu (Rhys Ifans). Marzyciela z tzw. dobrego domu (i z burzliwą przeszłością), któremu nie przystoi zajmować się czymś tak plugawym jak pisanie. Gdy więc jego pociąg do pióra znów daje znać o sobie, znajduje kogoś, kto mógłby sygnować jego sztuki swoim nazwiskiem. A stąd już tylko krok do poznania niepiśmiennego moczymordy o wątpliwych manierach i prostackim zachowaniu – Williama Szekspira.

Ale „Anonymous” to nie tylko rozprawka na zadany temat. Ponad dwie godziny filmu nie są wypełniane udowadnianiem założonej na początku tezy (znowu pozdrowienia dla Sola Campbella). Historia rozciąga się pomiędzy kilkoma dziesięcioleciami, a skoki w tył i w przód rzeczywiście mogą być trochę mylące. Nie trzeba jednak sporo czasu, by czuć się w filmie jak ryba w wodzie i móc cieszyć się wszystkimi jego wątkami i smaczkami. Jest tu tych wątków dużo, a każdy z nich uderza w inny dzwonek. Mamy sensacyjny thriller spod znaku Dana Browna, mamy dworskie intrygi i knowania na królewskim poziomie, gorące namiętności i tragedie prosto z Grecji (ale nie tej dzisiejszej 😉 ). Smutki, radości i dramaty wynikające z niespełnionych miłości do kobiet i do literatury. Mamy bohaterów zamkniętych ciasno w swojej epoce, którzy miast głosem serca muszą kierować się konwenansami i tym, jakie role do odegrania przydzieliło im życie. I kiedy Edward de Vere spogląda z pięterka Globe Theatre na deklamowane poniżej swoje słowa nie mogąc nijak przyznać się do tego, że to on jest ojcem tego dziecka – doskonale wiemy, co wtedy czuje. A to nawet nie jest największa tragedia jego życia… Zresztą, nie ma tu postaci, która by czegoś nie straciła

A to nie tylko treść, to również forma. Emmerichowi udało się stworzyć wiarygodny Londyn czasów elżbietańskich umieszczając w nim świetnych aktorów jakby prosto wyciętych z tej epoki. Trudno się oprzeć wrażeniu, że wszystko dokładnie tak właśnie wyglądało. A już szczyty osiągają sceny teatralnych inscenizacji. Nie mam wiele pojęcia o teatrze, ale atmosfera niezwykłych przedstawień urzeka od pierwszych sekund i od razu ma się ochotę pójść do teatru i z niego nie wychodzić. Well, może nawet mógłbym zostać teatralnym blogerem, gdyby tacy nie byli robieni na szaro

Nie mam wątpliwości, że to bajka. Wiem, że choć przedstawione wydarzenia historyczne się tu ładnie zazębiają, to temu zazębianiu na pewno często została udzielona pomoc. Nawet ja wiem, że Marlowe zginął dużo wcześniej niż w „Anonymousie”, wiec nie chcę myśleć, ile nieścisłości znalazłby tu ktoś, oblatany w temacie. Ale jak to się ogląda!
(1386)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.