Geneza planety małp Vs. Kapitan Ameryka

W sobotę zobaczyłem „Kapitana Amerykę”, dzisiaj „Genezę planety małp” i już mam dla Was jasną, nie(+/-)zostawiającą wątpliwości odpowiedź. Jeśli jeszcze zastanawiacie się, który z tych filmów wybrać, bo nie chcecie wydawać pieniędzy na dwa seanse, to the winner is:

„Geneza planety małp”.

Jeśli jednak nie macie co z kasą robić, to obejrzeć można oba, bo i „Kapitan…” jest niezły. Ale małpy lepsze.

„Geneza…” bije „Kapitana…” we wszystkich właściwie konkurencja z wyjątkiem humoru. Tego jest więcej w ekranizacji komiksu, bo i temat – mimo II wojny światowej – jest bardziej luźny i wesoły. Posiadanie w fabule konusa, który za wszelką cenę chce się dostać do armii, a potem robią z niego superżołnierza daje pole do popisu dla twórców zabawnych tekścików i skeczy z gatunku obwoźne przedstawienie zachęcające do rzucenia kasy na amunicję. A i zabijając szwabów można jakąś zabawną uwagę wrzucić (choć od onelinerów jest w tym filmie Tommy Lee Jones, a on szwabów zabija mało). W „Genezie…” natomiast nie ma właściwie niczego zabawnego, bo i temat (choć animowane małpy mogłyby wskazywać na coś innego) filmu jest poważny.

I to wszystko w czym widzę przewagę „Kapitana…”. No może jeszcze w aktorach, bo tu zatrudniono lepszych i właściwie każdy (nawet siódmoplanowy w masce) bije na łeb drewnianą (a w zasadzie cukierkową) Freidę Pinto.

Rzeczą, w której przygody animowanych małp biją na łeb komiksowego bohatera jest stare dobre 2D. „Kapitana…” przekonwertowali pod modne 3D i efekt tej konwersji jest żaden. W zasadzie jedna scena z wykorzystaniem możliwości 3D i to wszystko. Cała reszta mimo głębi i tak jest płaska jak Keira Kneightly. A opłata dwa zeta za okulary – skasowana. Dlatego ja już nie mam najmniejszego zamiaru chodzić na filmy 3D (niestety „Kapitana…” w 2D chyba nie grają :( ) i Was też namawiam do tego, żeby tego nie robić. Bo póki będziecie chodzić do kina na trójwymiarowe filmy, to oni nie przestaną ich robić. Niestety. A różnica w odbiorze żadna – ciemny ekran, okulary na nosie, które nawet jeśli nie przeszkadzają, to jednak tam tkwią przez dwie godziny itd. A taka „Geneza…”? Wyraźna, kolorowa, ładna, przyjemna dla oka. Dżungla zielona, Golden Gate czerwony, małpy czarne – wszystko jaskrawe aż się patrzy. I jeśli już warto do kina na 3D chodzić to tylko i wyłącznie na filmy nakręcone od razu w tej technice, a nie konwertowane zgodnie z  modą, horrory typu „Final Destination 4„, gdzie 3D pomaga wystraszyć, no i animki typu „Kung Fu Panda 2„, gdzie animowane stworki ożywają dzięki 3D. Cała reszta to tylko strata dodatkowej kasy na bilet.

Emocje. „Kapitan…” nie budzi żadnych. To przyzwoity film, w którym wszystko jest grzeczne, poukładane, bezpieczne. Jakby ktoś specjalnie dbał o to, żeby nie przegiąć w żadną ze stron. Humoru tyle ile trzeba, akcji tyle ile trzeba – wszystkiego ile trzeba. I w ten sposób zły film nie wyjdzie, ale dobry też nie. Wyjdzie film taki sobie – w zależności od gustu widza mniej taki sobie lub bardziej taki sobie. Tymczasem w „Genezie…” emocji jest sporo. Niekoniecznie ekranowych, ale takich, które dają do myślenia. Nie jest to myślenie nad sensem istnienia, a raczej standardowe zagwózdki typu „co byś zrobił dla kogoś, kogo kochasz”, „czy eksperymenty na zwierzętach są etyczne”, „czy małpki coś czują ojej” itp. Raczej sztampa, ale nienachalna i nie obliczona na tanie wzruszenie widza. Raczej na jego zastanowienie się nad tym wszystkim, w czym pomagają naprawdę fajnie zanimowane zwierzaki, które swoim wyglądem nie każą cały czas myśleć „rany, jakie to sztuczne”. Nadal widać, że to CGI i – wg gambita – lepiej od King Konga Ceasara nie zanimowali, ale też robi wrażenie ogrom pracy, jaki stanął przed specami od efektów i w głównej mierze on nie pozwala się czepiać technicznej stronie filmu.

Trochę poczytałem teraz opinii o „Planecie…” i raczej też mogę się pod nimi podpisać – przeważa zdanie, że po trailerze wyglądało na kupę, a tymczasem wyszedł bardzo fajny film. Rzeczywiście, to jeden z tych przypadków, w których zwiastun jest gorszy od samego filmu.

Z małpkami – które podobnie do KA poddane zostały działaniu zastrzyku i to najbardziej łączy obydwa filmy – łatwo sympatyzować i to kolejny plus „Genezy”. Przy nich pan kapitan to pozbawiony większych problemów przebrany w kostium facet, który jest superbohaterem, ale tak naprawdę nawet nie wiadomo, jakie moce posiada. Widzimy, że jest silny, zwinny, szybki, dobrze pływa, ale każdy inny superbohater zrobiłby mu kuku bez większego problemu. Zatem to raczej hiroł drugiego sortu i na dobrą sprawę nie widzę w zasadzie sensu w tym jego superbohaterstwie. Pan Doktor powiedział, że wybrał słabiaka do eksperymentu, bo jego serum poprawia cechy zastrzykowanego osobnika. Czyli kto jest dobry ten jest lepszy, kto jest odważny jest bardziej odważny… kto się nie umie bić ten jeszcze bardziej nie umie się bić, kto nie umie wskoczyć na budynek, ten jeszcze bardziej nie umie wskoczyć na budynek… Tak nakazywałby chłopski rozum, ale w „Kapitanie…” chłopski rozum nie ma zastosowania. Zresztą w „Genezie…” też nie jest idealnie i paru rzeczy można się przyczepić (nikt nie wie, że ojciec bohatera wyzdrowiał, nikt nie wie, że naukowiec opiekuje się małpą – właściciel laboratorium raczej powinien się szybko zorientować po tym, co mówią na mieście, że jego pracownik coś kombinuje), ale nie wpływają one na ostateczną ocenę i wymowę całego filmu. Zresztą bzdury w „Kapitanie…” też nie przeszkadzają, w końcu to film na podstawie komiksu, ale gdy w filmie przynudzają (a jest sporo takich scen za długiego zamyślenia głównego bohatera nad sensem swojego jestestwa), to trzeba czymś czas zabić i wtedy kolejne słabości filmu same przychodzą na myśl. Ale jak mówię – ogólnie jest przyzwoicie i bilans wychodzi na lekki plus i tak sobie tylko o tym wypisuję, a na końcową ocenę filmu to w moim przypadku nie wpływa.

Jest jeszcze coś, co łączy obydwa filmy – aftercredisty. W „Kapitanie…” teaser „Avengersów” na samiutkim końcu napisów, a w „Genezie…” jeszcze jedna scenka po kilku napisach. I powiem szczerze, że zaczyna mnie irytować ten zwyczaj. Raz na tysiąc filmów było to OK i stanowiło ciekawy smaczek. Ale w każdym filmie? To przesada.

„Captain America: Pierwsze starcie” [„Captain America: The First Avenger”] 7/10
„Geneza planety małp” [„Rise of the Planet of the Apes”] 8/10
(1230)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.