Projekt 2000 (Część 32)

“Re- Animator 2” [“Bride of Re-Animator”]

Dziś już… filmy tak nie kręcą, jak wtedy, gdy pierwszy raz oglądało się takie „Re-Animatory” np. Ale i takich filmów też już się nie kręci, czego przykładem sam Brian Yuzna, który postanowił nakręcić trójkę, a wyszło z tego żówno. Nie wiem tylko, dlaczego znowu nie widzę, żeby na Q-Blogu była recka trójki – dałbym sobie głowę, że ją pisałem. Pamiętam nawet, że udowadniałem, iż jedyną ciekawą rzeczą w trójce jest Santiago Segura, który bardzo schudł.

A nie, źle szukałem tym razem. TU jest. Co ciekawe, tak patrzę na IMDb i widzę, że trójka ma 5.9, a dwójka 6. Bzdura.

Dr Herbert West zamierza wskrzesić narzeczoną swojego kolegi Dana Caina (no w pewnym sensie). Tymczasem Dr. Hill nie traci głowy (hue hue) i próbuje zrobić swoim kolegom po fachu koło pióra.

Krwawa horroro-komedia w dobrym stylu. Pamiętam, jak pozytywne wrażenie zrobiła na mnie jedynka i z jaką chęcią zasiadałem do dwójki. Radości z jatki nie zepsuło nawet kijowe wydanie VHS (prosto z wypożyczalni), w którym przez pierwsze minuty filmu prawie nie było słychać lektora. Ale co tam lektor, kiedy w filmie można zobaczyć m.in. psa podającego łapę i odcięta głowę z nietoperzowymi skrzydełkami. Naprawdę, takich widoków nie zepsuje nawet brak wyraźnie słyszanego lektora.

***

“Hot Shots” [“Hot Shots!”]

W zasadzie o filmach takich jak „Hot Shots!” to nie ma co pisać. Co jakiś czas powtarzane są w telewizji, każdy dobrze je zna – nic nowego w ich temacie nie można raczej napisać. No chyba, że się ich wyjątkowo nie lubi, no to wtedy można się poznęcać. Tyle tylko, że ja nic do HS! nie mam, więc i nie widzę powodu do znęcania się. Choć osobiście dużo bardziej wolę dwójkę.

Klasyka spoof-movie z wziętym na warstat kinem topgunowym. Czyli ci wspaniali młodzieńcy na swych wspaniałych latających myśliwcach. W roli głównej Charlie Sheen, który wtedy był u szczytu sławy i nic nie wskazywało na to, że dość szybko z niego spadnie.

I tyle. Wystarczy znać parodiowane filmy i od razu zabawa gwarantowana. Choć nie wszystkie żarty do mnie trafiają.

PS. Aż sobie sprawdziłem z ciekawości, co się stało z Valerią Golino. Przepadła bidulka we włoskim kinie.

***

“Krokodyl Dundee” [“Crocodile Dundee”]

Drugi z filmów dzisiaj, którego powrót po latach w trzeciej części nie wyszedł nikomu na dobre. Za to na pierwsze dwie nie ma żadnego powodu, żeby na nie narzekać.

Na „Krokodyla…” z tego co pamiętam załapałem się już w kinie. Wtedy każdy wypad do kina był czymś specjalnym, więc i wrażenie z seansu pewnie trzeba pomnożyć razy pięć. Ale obejrzany jakiś czas potem na spokojnie, Krokodyl nie stracił swojego niewątpliwego wdzięku. Wdzięku tak dużego, że nikt już nie chciał oglądać Paula Hogana w niczym innym w wyniku czego jego filmografia jest raczej mizerna.

Dziennikarka ze Stanów wybiera się do Australii, by napisać artykuł o łowcy krokodyli. Oczywiście na miejscu okazuje się, że wielkomiejska dama w ogóle nie jest przystosowana do życia w surowych australijskich warunkach. Nic dziwnego, że odważny, dowcipny i sympatyczny łowca krokodyli wpada jej w oko co rusz ratując jej tyłek. Dziennikarka postanawia zabrać naszego bohatera do Stanów. Tutaj sytuacja się odwraca – nieprzygotowany do życia w wielkomiejskiej dżungli Australijczyk musi liczyć na pomoc dziennikarki. Aczkolwiek szybko się aklimatyzuje w czym niewątpliwie pomaga mu wielki nóż, który nosi za paskiem. „Nóż? To jest nóż!”.

Przygodowe kino w najlepszym gatunku. Akcja, humor, lekki scenariusz, sympatyczne postaci. Klasyka.

***

“Sułtani westernu” [“City Slickers”]

Choć lubię filmy napisane przez dwójkę Ganz/Mandel, to jakoś nigdy nie mogłem się przekonać do „Sułtanów westernu” (co za tytuł). Co więcej – Billy’ego Crystala też lubię. A jednak, choć nie powiem, że to zły film (ale musiałem go dwa razy obejrzeć, żeby się do niego względnie przekonać), to jednak z trudnością przychodzi mi zrozumienie tego, dlaczego był to hit.

Kilku znajomych przeżywających kryzys wieku średniego wyrusza na wakacje na Dziki Zachód, by tam wziąć udział w spędzie bydła. I, podobnie jak w przypadku powyższego „Krokodyla…”, zupełnie obce im środowisko i przebywanie w nim staje się źródłem żartów i podśmiechujek z facetów, którzy robią z siebie pipy, by w końcu obudzić w sobie męskość.

Fajne na niedzielne popołudnie, ale dla mnie nigdy nie będzie w topie ulubionych starych komedii. Znam dużo lepszych.

Przy okazji „Sułtani” zapisali się na trwale w historii Oscarów. Po raz pierwszy za sprawą Jacka Pallance’a, który otrzymał statuetkę za najlepszą drugoplanową rolę męską i podczas jej odbierania zrobił kilka pompek. Po raz drugi znów za sprawą Pallance’a, który rok później wręczył Oscara za najlepszą drugoplanową rolę żeńską Marisie Tomei. Legenda gminna niesie, że chcąc udowodnić swoje dobre zdrowie odmówił wyjścia na scenę w okularach. A bez nich źle przeczytał nazwisko nagrodzonej i tak zamiast Vanessie Redgrave dał Oscara Marisie. Wszystko jednak wskazuje na to, że to tylko i wyłącznie legenda. Tak czy siak – fajna.
(1192)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.