71 Into the Fire, Flipped, Typhoon, The Sunset Limited, Missing

Ciąg dalszy nadrabiania recenzjowych zaległości. Wczoraj miało być krótko, a wyszło jak zawsze. Dzisiaj też ma być krótko, a jak wyjdzie – zobaczymy.

71 Into the Fire aka Pohwasogeuro

Oglądanie tego filmu to przede wszystkim tęsknota. Tęsknota za polskim reżyserem, scenarzystą, łotewerem, który potrafiłby nakręcić dobry film o naszej wojennej historii. Wojennej historii, którą mamy przecież tak bogatą. Tyle wygranych bitew, tylu bohaterów, tylu godnych do naśladowania Polaków, tyle epizodów, z których moglibyśmy być dumni (pardon my patos), tyle wydarzeń, którymi moglibyśmy zainteresować cały świat… Tymczasem gatunek taki jak dobre kino batalistyczno-historyczne u nas nie istnieje. Już prędzej udaje nam się od czasu do czasu nakręcić film o jakiejś sprzedajnej świni – o tak, takie dramaty to czasem potrafimy nakręcić, choć i tak rzadko. Natomiast w kwestii batalistyki, to w jednym tylko teledysku Sabatonu jest więcej takich właśnie dobrych rzeczy niż we wszystkich polskich filmach z kilkunastu lat wziętych do kupy. Nie umiemy, nie potrafimy, nie jesteśmy w stanie. A nawet jak próbujemy, to wychodzi taki „Popiełuszko” z Pazurą i jego doklejoną brodą (choć to oczywiście przykład filmu o bohaterze, a nie filmu batalistycznego – ale generalnie biega o to samo).

Oparty na faktach film, który powstał na podstawie listów do matki pisanych przez jednego ze studentów, którym przyszło wraz z kolegami bronić ojczyzny przed agresorem. Brzmi patetycznie i właśnie w tym cały wic, żeby film powstały na takiej bazie patetyczny nie był. Udało się, czego dowodem mój smutek za podobnym polskim filmem.

Koreańska wojna domowa. Wojska północy w natarciu. Ostatnim bastionem przed wdarciem się ich głębiej w ląd staje się opuszczona szkoła (chyba szkoła, nie chce mi się sprawdzać standardowo), której broni grupka tytułowych 71 studentów. Niewyszkoleni i słabo uzbrojeni stają oko w oko z kilkutysięczną armią dowodzoną przez żądnego krwi dowódcę. Studenci będą musieli wytrzymać, aż dotrą posiłki. Łatwo nie będzie.

No i już wszystko wiadomo. Oto przed Wami film na najwyższym poziomie, w którym w zasadzie próżno szukać słabych punktów. No, podobnie do innych azjatyckich produkcji dobre jest akceptowanie pewnych rzeczy, które ułatwia stwierdzenie bezsłabopunktowości, ale nawet tych jest niewiele, a sam film jest uniwersalny (trudne słowo – uniwersalny – polski filmowiec nie potrafi robić uniwersalnych filmów, które zrozumiałby każdy). Nie pozostaje więc nic innego jak śledzić poczynania sympatycznych studentów, którzy szybko zjednują sobie sympatię widza. A wszystko okraszone batalistyką na najwyższym poziomie. Nic tylko oglądać. 9/10

***

Flipped

Dzięki Robowi Reinerowi światowa kinematografia wzbogaciła się o kilka nieśmiertelnych hitów. „Flipped” nie jest kolejnym z nich, aczkolwiek to dość sympatyczny film. I byłby o wiele lepszy, gdyby nie jego telewizyjność.

W każdym bądź razie pomysł na film jest przedni, prosty i może niezbyt wyszukany, ale jest. A to ważne, żeby film miał pomysł. Oparty na jakiejś tam książce czy serii książek (słodka Ignorancjo) opowiada o dwójce młodych ludzi, którzy spotykają się we wczesnej młodości, a potem z wiekiem zbliżają do siebie coraz bardziej. Gdzie tu pomysł? Ano tu, że historia opowiadana jest z punktu widzenia jednego i drugiego bohatera. A punkty widzenia są to diametralnie odmienne. Przeto mamy jakiś tam fragment życia widziany oczami chłopaka, a za chwilę od nowa oczami dziewczyny. Spore możliwości to daje i jest największym atutem filmu.

Akcja osadzona gdzieś daleko w latach 60. (przy czym książkowy pierwowzór nie określał żadnych dat, więc jest to inwencja twórcza filmowców) i nostalgiczne spojrzenie na pierwszą miłość okraszone lekkim poczuciem humoru daje Wam już zapewne jakieś wyobrażenie całości. I jest to wyobrażenie pewnie słuszne, bo prochu w tej materii wymyślić nie można. Co za tym idzie mamy więc do czynienia z fabularną wersją „Cudownych lat” przy czym jednak serial bije ten film na głowę.

Obejrzeć w każdym bądź razie można. Szczególnie, że niezależnie od czasu akcji, film z pewnością w każdym obudzi jakieś prywatne wspomnienia, a to też dobrze, gdy film budzi cokolwiek. No poza ziewaniem, wtedy już nie tak dobrze.

Przesadzona momentami akcja fragmentami przynudza, ale spokojnie da się wysiedzieć do końca. Choć i tak wiadomo, jak się to wszystko skończy. W sam raz na leniwe niedzielne popołudnie. 6/10

***

Tajfun [Taepung aka Typhoon]

„Tajfun” to dobry przyczynek do jednoakapitowej dyskusji (monologu :) ) na temat tego, dlaczego w Polsce kino koreańskie zamiast głównym daniem jest przystawką dla nielicznych. A dla większości jest jakimś egzotycznym eksperymentem, który od czasu do czasu wypluje film Kim Ki Duka, ale poza tym nie ma co na niego zwracać uwagi. Wina oczywiście leży po stronie dystrybutorów, którzy albo olewają kino koreańskie sikiem prostym, albo nie wiedzą, co do Polski sprowadzać. I potem taki widz obejrzy na DVD „Tajfun” i wyrobi sobie opinię, że koreańszczyzny nie warto oglądać.

Albowiem „Tajfun” został u nas wydany na DVD i można go dorwać w wypożyczalniach (w przeciwieństwie do ogromu naprawdę świetnych filmów). Dystrybutor dał się skusić na slogany typu „najdroższy koreański film w historii”, „wielki sukces kasowy” i to mu wystarczyło. Bo po co oglądać inne filmy, o których na okładce często nie można napisać tego samego? A prawda o „Tajfunie” jest taka, że to przeciętne kino akcji – ani złe, ani dobre. Za bardzo „amerykańskie”, a jeszcze bardziej – za bardzo hongkońskie (nigdy nie wiedziałem, jaki jest przymiotnik od Hongkong”).

Kiedy broń masowego rażenia ląduje w łapach niebezpiecznego terrorysty zamierzającego zrobić z niej użytek, spokój na Półwyspie Koreańskim jest zagrożony. Sytuacji może zaradzić jedynie super-hiper-duper-megakomandos rodem z Korei Południowej, który zrobi wszystko, żeby powstrzymać szaleńca.

Skrzyżowanie „Twierdzy” z kinem akcji rodem z Hongkongu. Zrealizowane sprawnie, z jajem, pełne akcji i charakterystycznej dla Azji romantyczno-rzewnej historii, ale nic ponad przeciętność. Choć przeważnie uważam, że jest na odwrót, to akurat w tym przypadku myślę, że jeśli już ma się ochotę na political-fiction-actioner to lepiej sięgnąć po coś amerykańskiego. Bo w „Tajfunie” nie ma nic oryginalnego, a przy okazji nie ma też nic stricte koreańskiego, co wyróżniałoby go ze sporej kupki podobnych filmów kręconych tu i tam.  Ot kino, o którym zwykło się mówić per amerykański film nakręcony nie w USA. Na dodatek za bardzo zagmatwane, jak na prostą historię o bandycie ze swoimi racjami i świętszym od papieża komandosie. 6/10

***

The Sunset Limited

Ekranizacja sztuki teatralnej, która sztuką teatralną powinna zostać, bo forma filmowa nie dodaje jej niczego, czego brakowałoby na deskach teatru. No może poza możliwością zobaczenia w jednym pokoju Tommy’ego Lee Jonesa i Samuela L. Jacksona (choć piszę to z zupełną nieświadomością obsady teatralnego oryginału, w którym przecież też mogli grać – kto im by zabronił; generalnie to nawet nie wiem, czy to kiedykolwiek było wystawiane :) ).

Wyreżyserowany dla HBO przez Tommy’ego Lee Jonesa film oparty jest na sztuce Cormaca McCarthy’ego, którego atrakcyjność od czasu „To nie jest kraj dla starych ludzi” nie maleje. To ciekawe, że wcześniej jakoś nikt nie widział w jego utworach dobrego materiału na film, a teraz jakby mogli, to by zekranizowali nawet jego testament. Wot zagadka. Oto wożny, czy tam inny stróż nocny (Jackson) ratuje przed samobójczą próbą yntelygenta (Jones). Nic nie wskazuje na to, że ten drugi nie powtórzy zamachu na swoje życie, więc pierwszy postanawia przemówić mu do rozumu. I w ten sposób przez półtorej godziny oglądamy na ekranie starcie dwóch życiowych filozofii reprezentowanych przez zupełnie różnych facetów.

Akcja filmu nie wychodzi poza jeden pokój, a jego sedno (filmu, a nie pokoju :P) stanowią rozmowy dwóch bohaterów. Zadanie ambitne, ale też nie niemożliwe do stworzenia świetnego filmu. Było już parę przykładów na to, że tak można, natomiast filmu Jonesa do nich bym nie zaliczył. Zabrakło jednak czegoś, choć z pewnością nie było to dobre aktorstwo, które tutaj akurat jest mocną stroną filmu. Dialogi również dają radę, ale gdzieś tak do połowy. Potem już się tylko czeka na koniec filmu i zastanawia, jakim cudem koleś najadł się dwoma łyżkami zupy. Smutne.

To już enty film, o którym można napisać: ani zły, ani dobry – przeciętny. Dlatego tego nie napiszę :) 6/10

***

Missing aka Sil jong

Jakaś taka seria szóstkonadziesiątkowców mi się trafiła. To kolejny film z rzędu, któremu wystawiłem łaskawe 6/10.

Nie wszystko złoto, co koreańskie. Trafiają się tam, jak wszędzie, także i przeciętne filmy. To jeden z takich właśnie filmów, choć akurat w tym przypadku uważam, że sto razy lepiej obejrzeć taki „Missing” niż dajmy na to amerykański „Captivity„.

A wykorzystałem w przykładzie powyższy tytuł dlatego, że jeden i drugi film są do siebie bardzo podobne fabularnie. Piękna młoda dziewczyna zostaje porwana przez niezrównoważonego psychicznie mordercę z gatunku tych, co to sąsiedzi o nich mówią, że to najlepszy facet na świecie. Tropem zaginionej podąża jej siostra.

No i wszystko już wiecie. „Missing” to dość krwawy film z jednym czy z dwoma odważnymi twistami. To jednak za mało, żeby przez cały seans trzymał w napięciu. Może gdyby wcześniej nie widziało się podobnych filmów to tak, ale gdy kręci się ich średnio kilka rocznie… W każdym bądź razie podtrzymuję swoje zdanie z początku. Lepiej koreański „Missing” niż amerykański „Whatever”.
(1134)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl