Sadysta – Captivity

Współczesny fan horrorów i mocnych thrillerów ma zwyczajnie przesrane. Co prawda nie jest tak, żeby w kinach i na DVD była bieda w tym temacie – wręcz przeciwnie, obydwa gatunki mają się dobrze i nic nie wskazuje na to, żeby nagle coś w tej materii miało się zmienić. Problem jest inny, dość idiotyczny moim zdaniem. Otóż mocny film mocnym filmem, ale po co marnować taśmę filmową na kręcenie czegoś, czego nie będzie można pokazać szerszej publiczności. I tak, z jednej strony powstają filmy, które mają w nosie cenzurę („Hostel”, „Saw”) ale oprócz nich powstaje cała masa filmów, których oglądanie w kinie mija się z celem. A mija się dlatego, że w kinach puszczane są jakieś łagodniejsze wersje z powycinanymi scenami, więc oglądanie takich filmów przypomina bardziej oglądanie trailera. Dopiero jakiś czas później wraz z wydaniem DVD pojawiają się wersje „unrated”, które dopiero można ze spokojem oglądać (a to i tak nie zawsze, bo do tego wszystkiego dochodzą jeszcze wszelkiej maści wersje reżyserskie czy wersje przeznaczone na rynek europejski różniące się np. zakończeniem – remake „Black Christmas”) z nadzieją na to, że gdy ktoś zacznie komuś innemu wydłubywać oko to nikt nie zrobi cięcia. Na stole montażowym.

Taki problem był właśnie z „Sadystą”. Najpierw film wywołał skandal mocnym plakatem, na którym przedstawiono poszczególne fazy męczarni głównej bohaterki (okłamując przy okazji widza), a potem ktoś uznał, że dość skandali i trzeba film poprzycinać tu i ówdzie i tak pocięty pokazać w kinach. Film kariery żadnej nie zrobił (a przynajmniej mnie nic o tym nie wiadomo), a ja po obejrzeniu jego wersji „unrated” zastanawiam się nad dwoma rzeczami:
1. cóż tak było takiego strasznego do wycinania?
2. co zostało, gdy wycięto tych parę (na palcach jednej ręki można policzyć – oczywiście tak sobie mniemam, bo nie widziałem wersji poucinanej) scen?

„Sadysta” opowiada historię Jennifer (Elisha Cuthbert), która pewnej nocy zostaje porwana przez bliżej nieokreślonego osobnika i trafia do domu rodem z horroru, w którym uświadamia sobie, że ma przesrane.

Jest coś w tej ślicznej blondynce, że tak cały czas ją porywają. Elisha Cuthbert, bardziej znana jako córka dzielnego Jacka Bauera, Kim, doczekała się nawet specjalnego określenia na jej cześć – „kimnapping”. Serialowa Kim cały czas wpadała w tarapaty i ktoś ją porywał, a tata musiał odbijac ją w przerwie pomiędzy ratowaniem Ameryki. Teraz w filmie Rolanda Joffe kontynuuje swoje hobby, tym razem doświadczając dużo gorszych przygód niż w swoim serialowym wcieleniu. I nic tylko czekać, kiedy w „realu” ją też porwą.

Uczciwie trzeba przyznać, że „Sadysta” to prawdopodobnie jeden z głupszych filmów tego roku. Jego fabuła (jaka fabuła?) swoją złożonością przypomina film o jedzeniu bułki z serem. Nie mam bladego pojęcia, co też „artysta chciał nam swoim dziełkiem przekazać” i kto wpadł na pomysł, że z taki film może przynieść jakiś zysk. Jasne, niewinnych ludzi nie od dzisiaj porywają na potrzeby kina i bez pytania torturują, ale w XXI wieku, jeśli chce się kupić widza taką historią, to albo musi mieć ona jakiś większy sens tudzież zwroty akcji co pięć minut i zaskakujące zakończenie, albo chociaż musi szokować serwowanymi w niej obrazami rodem z najgorszego snu wegetarianina. Taki gatunek, trudno się oburzać, że przez pół godziny kogoś gwałcą. Nie chcesz – nie oglądaj, nikt ci nie każe. Tymczasem w „Sadyście” mamy tyle makabry co kot napłakał i to jeszcze tylko jednym okiem. A golizny żadnej. Śmiech na sali. Wcześniejszy o trzy dekady „I Spit on Your Grave” pewnie się śmieje z „Sadysty” do rozpuku z każdej półki w wypożyczalni video.

Jako tako interesujące w „Sadyście” może być co najwyżej śledzenie kolejnych bzdur, których tu nie brakuje:
– To, co mnie najbardziej „boli”: główna bohaterka uprawia gorący seks, który podglądany jest aż na SZEŚCIU monitorach i dziwnym trafem na ani jednym z nich nie widać ani kawałka innej golizny niż trochę pleców i ramiona. Kto te kamery ustawiał?? Operatorzy kamer też strajkują tak samo jak i scenarzyści mają w zamiarze?
– Urzekł mnie badguy, który po domu chodzi non stop poubierany w długi płaszcz i kaptur. Hehe, ja rozumiem, że dla widza ma jak najdłużej pozostać tajemniczy, ale kurde wyjątkowym sadystą trzeba być (nomen omen), żeby po domu też tak poubieranym chodzić. Gdybym to był ja, to tylko bym czekał na chwilę, gdyby mógłbym to zdjąć w przysłowiowe pizdu i gapić się na swoją ofiarę z kieliszkiem koniaku w łapie i w ulubionych, domowych gaciach. No, ale nie jestem sadystą (zresztą jak zwykle głupi polski tytuł)
– Nigdy nie zrozumiem sadystów. Pojmuję, że może ich bawić zadawanie cierpienia czy gwałcenie, ale nigdy nie pojmę dlaczego mając w niewoli Elishę Cuthbert nie rozbiorą jej do naga i takiej każą zmagać się z cierpieniem. Za grosz logiki w tym nie widzę, zresztą nie pierwszy raz.
– Wprost uwielbiam, gdy ofiara oślepia swojego kata i zamiast mu nakopać ile wlezie to ucieka i potem przez 20 minut ucieka próbując zrobić to, co mogła zrobić dużo wcześniej, bo nic nie stało na przeszkodzie. No, ale wtedy film by z godzinę trwał. Bardziej wkurza mnie tylko, gdy ktoś do zombiaka pięć razy strzela w tułów zamiast strzelić raz a dobrze w łeb.
I tak dalej.

No, a zakończenie to po prostu mistrzostwo świata głupoty (zakończenie wersji „unrated”, bo właśnie się dowiedziałem, że w kinie było inne). 1(6) się należy. Nie daję trailera, bo jeszcze kogoś nie daj Boże zachęci.
(555)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.