Skyline

No to koncertowo nas nabrano. Brawa i ukłony.

Były wstępy Stephena Hawkinga do teasera, widowiskowe zwiastuny, które zapowiadały odmóżdżającą zabawę kinową upływającą na cieszeniu się widowiskiem, jakiego dawno kino nie widziało. Widowiskiem, na które warto wydać kasę, bo w końcu gdzie oglądać widowiska, jak nie na dużym kinowym ekranie? Zawsze byłem zdania, że dramat obyczajowy równie dobrze smakuje w telewizorze, a do kina to się chodzi na efektowne wybuchy, choćby i głupie miały być. No i „Skyline” takim murowanym kandydatem do wizyty w kinie był.

No ale raczej mocno zdziwiłbym się, gdyby „Skyline” do polskich kin trafił skoro to zwykły film telewizyjny, a nie żadne kinowe widowisko. No ewentualnie standardowy straight-to-dvd, który sporo amerykańskich kin odwiedził i pewnie dzięki swoim zwiastunom zdołał szybciutko zarobić swoje. Wystarczająco, żeby twórcom udało się na nim zarobić, co dla nich jak sądzę dość ważne było, gdyż całą kasę na realizację filmu wyłożyli li tylko jego bracia reżyserowie.

Pewnego ranka nad Los Angeles nadlatują kosmiczne statki i zaczynają wsysać ludzi na swoje pokłady. Grupka młodych ludzi próbuje przetrwać.

Oto i opis całej fabuły, której tu zresztą nie ma. Jest za to sporo robiących wrażenie efektów specjalnych, dla których chyba jednak do kina nie warto byłoby iść. Ot robią wrażenie tym, że w praktyce zrobione zostały przez kilku zapaleńców za ich własną kasę, co udowadnia, że jeśli się chce, to można. Przez to film sprawia raczej wrażenie ich portfolio, a nie normalnej fabuły. I zapewne byłoby to portfolio, które otworzy im drogę do sławy, gdyby nie to, że… sławę już mają. Filmografia reżyserów i twórców scenariusza (dwie osoby to pisały, WOW!) w zakładce „efekty wizualne” robi spore wrażenie tytułami, które się tam znajdują. Skoro więc zrobili ten film nie dla sławy, to zostaje tylko, że dla dobrej zabawy i sprawdzenia się czy sami dadzą radę ogarnąć pełny, widowiskowy metraż. Dali radę, ale jeśli była w tym jakaś dobra zabawa, to co najwyżej mieli ją oni, bo dla widza nie było to nic więcej niż zwykła kalka z „Dnia niepodległości”, „Wojny światów” i czegoś tam jeszcze, co już zapomniałem (EDIT: „Projekt: Monster” of koz KONIEC EDITA). Kalka zrobiona za dużo mniejszą kasę – czyli wspomniane filmy w wersji „dla ubogich”. I nie ma nic złego w robieniu filmów za małą kasę – wręcz przeciwnie, reżyserzy tacy jak Sam Raimi czy Peter Jackson właśnie w ten sposób zaczynali, ale oni oprócz małego budżetu i umiejętności mieli jeszcze pomysł. W „Skyline” zabrakło tego ostatniego.

Zresztą, o czym my tu mówimy. Nakręcenie tego filmu kosztowało pół miliona dolarów. Efekty specjalne – 10 milionów. 5/10
(1055)

2 odpowiedzi

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.