007 Quantum of Solace

No i wybrałem się w końcu do kina na nowego Bonda. Nie wart tylu pieniędzy za bilet (27). Wart tak z 10 złotych mniej, może z 15.

Zacznę może od tego, że zupełnie nie rozumiem zarzutów kierowanych pod względem filmu, dotyczących tego, że taki Bond to nie Bond. No dobrze, nie było może „My name is Bond…”, nie było wstrząśniętego martini i nie było Q, ale w zamian za to były inne rzeczy, które zdecydowanie pokazywały, że to Bond, a nie kolejny odcinek przygód Bourne’a. Czołówce Bonda bliżej było dawnym bondowym czołówkom niż jakimś tam wypasionym XXI-wiecznym czołówkom, motyw muzyczny był, były karaibskie wysepki i inne pełne słońca okolice, wstrząśnięte martini zastąpiła fajna drwina z przyzwyczajeń Bonda (spokojnie, z czasem z powrotem ich nabierze) itd. W związku z tym, moim zdaniem, z zarzutami, że za mało Bonda w Bondzie się nie zgadzam. Jest tyle Bonda ile trzeba, a kto mówi inaczej ten maruda (spokojnie, ja też za jeden, dwa akapity okażę się marudą). A i Daniel Craig jako Bond jest w porządku i nic do niego nie mam, że się brudzi i krwawi i poci itd. Już przy okazji „Casino Royale” mówiłem, że Craig jako Bond jest fajny, a tylko filmowi sporo brakuje. Tu Bond/Craig dalej jest fajny (podoba mi się ta zacięta mina niezmienna przez cały film – w ogóle szok, jak sobie przypomnę jego starsze wcielenia z gatunku „Enduring Love„, kto by pomyślał, że to przyszły Bond (kto by pomyślał, że taką nudę ktoś nakręcił ;P)) (chyba wystarczająca ilość nawiasów i wszystkie zamknięte…), a film dalej m sporo mankamentów, które nie pozwalają mi powiedzieć, że wszystko jest OK, polecam.

Fabuła QOS jest kontynuacją „Casino Royale„. Bond ściga wszystkich winnych śmierci Vesper i dogoniwszy zabija ich w srogiej pomście. Ot, cała fabuła. A no i jest jeszcze bondowy villain, który, co za skurczybyk, chce wywołać suszę w Boliwii.

Za mało akcji, kurde bele. Za mało strzelanin, za mało wybuchów, za mało pościgów, za mało adrenaliny, za mało, za mało, za mało! Tego mi brakowało, a nie „My name is Bond…”. Zaczęło się obiecująco, a potem już nic równie efektownego do końca nie było. Ot przeciętny film o Bondzie, który, no to fakt, mógłby być przeciętnym filmem o jakimkolwiek agencie Smisie czy Kowalskim. Trochę sie to kłóci z tym, co napisałem wcześniej, ale jakiś taki posmak „za mało wszystkiego” pozostaje. Aczkolwiek nie ma tego posmaku na tyle, żeby narzekać, że za mało Bonda. Za mało akcji w filmie o Bondzie. Może tak.

No i sporo wad można wymienić bez specjalnego wysiłku.
– Kiepawy villain, rozprawienie się z nim (chyba nie spoiler, nie? ;P) też kiepawe. Przydałby się jakiś poważny mastermind, a nie brzydal-ekolog z ambicjami. Ktoś w ogóle miał wątpliwości, że Bond da radę?
– Giancarlo Giannini. Kiepski wątek z nim. Po co? Tylko po to, żeby Bondowi paszport załatwić – strata ekranowego czasu, która nikogo nie wzrusza.
– Onelinery były, ale ich humor stępiony; nie było się z czego pośmiać, a trochę humoru powinno być zawsze. No chyba, że za humor uznać to, że Bond z tą, co teraz w każdym filmie gra ledwo schodzą z pustyni w samym centrum zadupia Boliwii, wsiadają w autobus i jadą – nawet w Wawie trzeba parę minut na tramwaj poczekać ;P
– Lightowe podejście do widza. Super-hiper tajne spotkanie w hoelu(?) na środku pustyni, a tu sobie laska w białej koszulce popyla, nikt jej nie widzi, bez najmniejszego problemu przekrada się tam, gdzie chce niezauważona przez nikogo. Niby nic, ale zgrzyta.
Itd.

Chyba lepszy film od „Casino Royale” przy czym, jak na złość, tak ekscytujących sekwencji jak royale’owa pogoń na wysokościach nie było nawet w połowie. Pewnie więc wyszłoby coś fajnego z połączenia QoS z CR, a tak to obydwu filmom czegoś brakuje. Nie powiem z zupełnym przekonaniem, że Quantum of Solace” jest złym filmem, ale też nie powiem, żebym z zapartym tchem śledził akcję. Niestety, nowemu Bondowi bliżej raczej do gatunku „zarobić pieniądze i zapomnieć”. Za chwilę nikt o nim nie będzie pamiętał. Dla oka ładne, ale żeby to jakiś specjalny wyczyn był to nie sądzę.
(712)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.