Projekt 1000, Część 3

„Silverado”

Mam takiego kumpla, który do pewnego czasu miał podobnego hopla na punkcie filmów jak i ja (pozdrawiam, bo czasem czyta tego bloga). Potem mu chyba trochę przeszło (mnie zresztą też?), ale dawno temu tylko z nim mogłem na poziomie pogadać o strzelaninach w filmach z Dolphem Lundgrenem (zupełnym nawiasem mówiąc, kumpel ów miał zwyczaj noszenia tic taców w pudełeczku takim jak Stansfield i gdy chciał jednego spożyć wykonywał dokładnie ten sam zestaw ruchów i min, co bohater „Leona Zawodowca”). Kumpel miał starszego brata (cały czas ma) (za dużo tych nawiasów) i dzięki niemu „siedział” w trochę bardziej ambitnych filmach, gdzie niekoniecznie się strzelano. I w sumie nie wiem czy ma to coś wspólnego z „Silverado” :) ale wydaje mi się, że dzięki bratu owego kumpla poznałem ten film zachwalany jako najlepszy western ever. Dziwiłem się, bo nic o nim nie słyszałem, ale gdy obejrzałem, to przyznałem rację tej opinii.

Zawsze zastanawiałem się, w jakim filmie wystąpiło za jednym zamachem najwiecej gwiazd. „Silverado” jest na szczycie mojej listy kandydatów. No bo sami popatrzcie: Kevin Kline, Scott Glenn, Kevin Costner, Danny Glover, John Cleese, Rosanna Arquette, Brian Dennehy, Linda Hunt, Jeff Goldblum, Jeff Fahey ;), Lynn Whitfield, Brion James. Robi wrażenie. No może nie aż tak jak obsada „Prawdziwego romansu”, ale prawie.

Film Kasdana opowiada o kilku przyjaciołach, którzy walczą ze złym właścicielem ziemskim. No i jak to w westernie. Dobry jest dobry, zły jest zły, bohaterów łączy wspólna przeszłość i takie tam.

Najlepszym westernem wszech czasów to akurat „Silverado” nie nazwę, bo miano to mam zarezerwowane dla „For a Few Dollars More”, ale drugie miejsce spokojnie może zająć wśród moich faworytów. Jest w nim wszystko, czego potrzeba dobremu westernowi, a także dużo więcej. Ogląda się jednym tchem na zmianę uśmiechając (sporo w nim humoru) i podziwiając strzeleckie umiejętności bohaterów. Szczególnie Costner dostał tu taki jeden fajny popis, ale czy znajdę go na YT to nie wiem. Zaraz się przekonam… Nie widzę. Biegało mi o ten kawałek, w którym ustawił się na rogu budynku, gwizdnął na badguyów po dwóch stronach tego budynku i za jednym zamachem ich zastrzelił.

„Dzisiaj nasza jurysdykcja kończy sie tutaj!”

***

„Hycel” [„Bounty Tracker”]

Najlepszy łowca nagród w Bostonie, Johnathan Damone (Lorenzo Lamas, bo jakże by inaczej) przybywa na ratunek swojemu bratu, który wplątał się w nieciekawą historię. Niestety z misji ratunkowej niewiele wychodzi i Johnny’emu pozostaje li tylko krwawa zemsta.

W mojej ówczesnej opinii najlepszy film z Lorenzo Lamasem, który wtedy naprawdę wielką gwiazdą był i na kolejne filmy z nim czekało się z wypiekami na twarzy. Znaczy się „kolejne”, bo kto to wtedy wiedział, który film jest z którego roku i takie tam. Brało się i oglądało to, co dawali na giełdzie i nie narzekało.

Po drugiej stronie barykady stał natomiast kolejny gwiazdor tamtych czasów, ogromny blondwłosy (atoci niespodzianka) Niemiec, Matthias Hues, który potrafił przykopać z półobrotu. No, ale nic dziwnego jak się ma czarny pas w tae-kwon-do.

Hues zaliczył całkiem sporą liczbę czarnych charakterów w przeróżnych filmach i doprawdy strasznie się zdziwiłem, że jakiś czas potem zagrał dobrą rolę w „Wieku zdrady” obok Bryana Browna… No i proszę, wiele nie trzeba było czekać na potwierdzenie tego, co pisałem wyżej, że człowiek nie wiedział jaki film jest z którego roku – „Wiek zdrady” (nie wiem czy na pewno taki tytuł polski, bo oczywiście jak na złość Filmweb się zaciął) powstał przed „Hyclem” :) W każdym bądź razie zdziwienie było prawie tak samo wielkie jak i to, gdy po raz pierwszy w pozytywnej roli zobaczyłem Bolo Yeunga. A było to w słynnym „mistrzu pokaż siłę chi”, czyli „TC 2000”. W którym wystąpił również Matthias Hues.

Dacie wiarę, że Bolo ma już 70 lat?

***

„Predator”

Oddział dzielnych komandosów wyrusza do dżungli, aby zobaczyć, co też podziało się z poprzednim oddziałem dzielnych komandosów. A że w dżungli grasuje drapieżnik prosto z kosmosu to będą mieli pełne ręce roboty, żeby przeżyć.

Cóż tu się rozpisywać. Mój ukochany film i tyle. Arcydzieło kina akcji lat 80. z niepokonanym Arnoldem Schwarzeneggerem, o którym nigdy nie mogłem zdecydować czy wolę go bardziej czy mniej od Sylvestra Stallone.

I jeszcze tak, a co!:

Do kompletu, za kamerą mój ulubiony reżyser John McTiernan, który obecnie, jak twierdzi gambit, siedzi we więźniu. Albo siedział i już wyszedł. Jedno z dwóch.

Zapewne ciężko w to uwierzyć, ale jak byłem bardzo mały, to nie lubiłem krwi w filmie. Bałem się takich filmów i zawsze się pytałem czy w zaproponowanym przez kogoś filmie nie ma takich scen. „Predatora” pierwszy raz widziałem u kumpla, który już miał magnetowid i kilka filmów (ja na magnetowid musiałem jeszcze trochę poczekać) i jemu też zadałem podobne pytanie. Powiedział, że nie, nie ma w nim nic krwawego. Do dziś pamiętam, z jakim wyrzutem spojrzałem na niego, gdy pierwszy raz pojawiły się na ekranie obdarte ze skóry trupy.

To w gruncie rzeczy smutne, że o „Predatorze” napiszę mniej niz o „Hyclu”, ale jak mówię. Bezapelacyjne 7(6). Nie wiem czy kiedykolwiek nakręcono lepszy film akcji. Nawet kończy się tak jak lubię czyli po skończonym filmie krótkie migawki z występującymi w filmie aktorami podpisane ich nazwiskiem. Zauważyliście, że zawsze, gdy w filmie tak pokazują grających w nim aktorów to kazdy jeden się śmieje? Nawet w takim filmie o zabijaniu i o krwawieniu i znowu o zabijaniu.

Albo nie, napiszę więcej niż o „Hyclu”! Predzio sobie na to zasłużył. Bo tak sobie jeszcze myślę, że zawsze zastanawiałem się nad tym, jaka piosenka pojawia się w hollywoodzkich filmach najczęściej. I zwykle z tego myślenia mi wychodzi, że może to być „Long Tall Sally”, którą słuchają chłopaki z „Predatora” lecąc sobie helikopterem do dżungli. Macie jakieś inne propozycje?

I jeszcze na koniec napiszę, że ten gość, który opowiada nieśmieszne dowcipy o swojej żonie to Shane Black. Autor scenariusza do „Zabójczej broni” i wielu innych filmów, w tym do tego z najdroższym na tamte czasy scenariuszem – „Długiego pocałunku na dobranoc”. Ciężko uwierzyć, że zdaje się trzy miliony dolarów dostał za scenariusz do tej, w gruncie rzeczy, kiszki z jednym dobrym tekstem o bułce z szynką.
(620)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.