Festiwal filmowy

Siedzimy i oglądamy filmy. 90% już widziałem po parę razy, ale trzeba edukować bollywoodzkich fanatyków, więc dla dobra sprawy i filmowej edukacji mojej prywatnej bollysiuśmajtki gotów jestem się poświęcić. A że głównie oglądamy dobre filmy, to poświęcenie z mojej strony jest żadne. Zacznijmy jednak od filmu, który widziałem po raz pierwszy.

1. „Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street”

Johnny Depp jako demoniczny golibroda wycina w pień pół Londynu. Chyba. Bo zanim zaczął wycinać na dobre, to ja już się znudziłem i przestałem zwracać uwagę na to, co się dzieje na ekranie. Asia również. Obejrzeliśmy więc gdzieś tak do połowy, a dalej po łebkach. Mnie nie podobało się w ogóle. Beznadziejne piosenki zaważyły na mojej opinii, bo przez większość filmu śpiewają i nie sposób wytrzymać, jeśli te utworki są do kitu. A są do kitu. Fajnie gardła podcinają, to jedyny plus tego filmu. Nawiasem mówiąc Sasha Baron Cohen już tyle akcentów małpuje na ekranie, że tak naprawdę ani jeden nie brzmi tak jak powinien. Ten włoski w „Sweeney…” też nie.

2. „Napoleon Dynamite”

Dziwna sprawa. Nie potrafiłem odnaleźć w nim tego, co odnalazłem tam za pierwszym razem. Może dlatego, że Asia za pierwszym razem nie odnalazła nic i wyrazu znudzenia na jej twarzy nawet Czesław Miłosz by nie potrafił opisać. Mnie też zastanawiało, co sprawiło, że za pierwszym obejrzeniem umarłem ze śmiechu, bo tym razem nawet bliski śmierci nie byłem. Dziwna sprawa, naprawdę. Może te bollywoodzkie fluidy kiepsko na mnie działają w przypadku filmów z żadnej strony niebollywoodzkich.

3. „Garden State”

Dobry jak zawsze. Podobało się mi choć oglądałem jakiś czwarty raz, podobało się Asi. Kawał dobrego filmu po prostu. Asi najbardziej podobał masturbujący się pies:

4. „Pirates of the Caribbean: Dead Man’s Chest”

Druga część pirackiej trylogii z Johnym Deppem, na widok którego wszystkie laski sikają. Mimo całej mojej sympatii do pierwszej części, druga jest po prostu nieoglądalna i tyle. Przegadana nuda z kiepskim humorem i oczekiwaniem na to, aż w końcu coś się zacznie dziać. No i zdecydowanie przekombinowana fabuła, której śledzenie nie jest przyjemnością, bo strasznie poszatkowana jest. Usnąłem ja, usnęła Asia. Nie na tyle jednak, żeby podjęła się zadania obejrzenia części trzeciej. Ale to już beze mnie.

5. „Hustle & Flow”

Oglądanie hip-hopowych przygód biednego alfonsa z ciężkim życiem zawsze sprawia mi dziką przyjemność. Tym razem również. Świetny Terrence Howard i świetna muzyka dopełniają całości i składają się na bardzo dobry film ze świetnym pomysłem na fabułę. Asi chyba podobało się również, ale podejrzewam, że nie podziela mojej sympatii dla tego filmu. Cóż, wszystko przez to, że zauważyła kilka dłużyzn… Czaicie? Dłużyzny wypatrzone przez fankę filmów, które trwają po trzy i pół godziny. No dajcie spokój…

6. „Clerks”

Dzień z życia sprzedawcy w sklepie spożywczym. Pierwszy film w dorobku Kevina Smitha. „Spodziewałam się czegoś innego, ale od połowy mi się podobał” orzekła Asia. Ja się wpieniałem na beznadziejne tłumaczenie, które zabiło ten film i nie pozwalało cieszyć się nim. Choć trzeba przyznać, że przy entym oglądaniu końcówka rzeczywiście trochę nudna się robi. Tak czy siak zawsze uważałem odwrotnie niż Asia i wolałem pierwszą połowę filmu. Nic się w tym temacie nie zmieniło.

7. „Chasing Amy”

On rysuje komiksy, ona też. On się w niej zakochuje, ona… Bez dwóch zdań najlepszy film Kevina Smitha. Kto nie widział ten jest dziwny. Asia do wczoraj była dziwna, ale się poprawiła. A trzeba przyznać, że miała parę pomysłów na rozwój fabuły godnych posłuchania. Fabuła rozwinęła się co prawda inaczej, ale nie była niezadowolona. Asia nie fabuła.

8. „Jersey Girl”

Nie wiedzieć czemu, prawie nikomu nie podoba się ten film Smitha. Ja oczywiście mam odwrotnie. Z dziesięć razy go już widziałem i za każdym razem mi się podobał. Asi o dziwo też, aż się bidulka popłakała. Ja byłem twardy, bo już tyle razy widziałem, że jestem ponad to. Film w każdym bądź razie rządzi i nie słuchajcie nikogo, gdy Wam powie, że jest do kitu.

9. „Knocked Up”

Ona robi karierę, on nie robi nic. Wróć, zrobił jej dziecko. Śmieszne, ale nie aż tak jak za pierwszym razem. Wprost beznadziejny polski lektor (tłumoczenie) psuje cały film niemiłosiernie, a że nic przez to nie słychać z oryginalnych dialogów to nic tylko się pochlastać. Co ciekawe trzeci po „Juno” i „Jersey Girl” film ze sceną porodu. Przysięgam Asi, że to czysty przypadek, ale nie wiem czy mi uwierzyła.

10. „Borat”

Reporter telewizji kazachskiej wyjeżdża do Ameryki, aby nakręcić o niej dokument. Nie no, śmieszne mimo całego swojego dość surowego humoru z przegięciami w stylu kupy w woreczku. Nie sposób się jednak nie uśmiać, a przy okazji nabrać szacunku do Sashy Cohena, że przy pomocy obleśnej momentami formy zdołał powiedzieć parę prawdziwych słów o współczesnej Ameryce. Choć niektórzy myślą, że to się Kazachstanowi dostało.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.