Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Juno

Ciąża u nastolatki to bardzo dobry temat, który filmy (głównie telewizyjny) bardzo sobie upodobały. Bo to wiadomo, tragedia, nieszczęście, „i co ty teraz dziecko zrobisz”, „nie jesteś moją córką”, wyklinanie przez rodziny i ogólnie dramat. A cóż kinu bardziej do szczęścia potrzebnego niż dramat? A co jeśli „zaciążona” nastolatka nie ma nastukane we łbie, ojciec dziecka nie poznał jej na dyskotece, a jej rodzice nie wyciągają najcięższych dział w postaci eksmisji? A to o tym właśnie jest „Juno”.

W sam raz przed dzisiejszą ceremonią oscarową wpadł mi w oko ten skromny film Jasona Reitmana, który chyba wszystkich zaskoczył czterema nominacjami w najważniejszych kategoriach – film roku, reżyseria, scenariusz, pierwszoplanowa rola żeńska. Obejrzałem i rzeczywiście jest sympatyczny, ale żeby aż tyle nominacji? Żeby nie powiedzieć, lekka to przesada. Szczególnie, że filmów takich jak „Juno” było już sporo, a jakoś żaden z nich nie miał tyle oscarowego powodzenia, choć z pewnością były lepsze. Ot taki „Garden State”, żeby daleko nie szukać. Nie, żeby w „Garden State” od razu Natalie Portman zachodziła w ciążę, ale filmowy gatunek ten sam – komedia podszyta obyczajową historią, która to komedia ma na celu przede wszystkim wzbudzić u widza myślenie, a dopiero potem śmiech. A wszystko podlane standardową muzyką, która w każdym z takich filmów jest identyczna – niestety nie umiem słowami opisać, o co mi chodzi. Mogę Wam zaśpiewać :)

W „Juno” do akcji powraca ubrana w dresik Czerwonego Kapturka Ellen Page, która w tym ubranku już siała zamieszanie w „Hard Candy”, Podrosła tylko dwa lata, ale podobnie jak bohaterka wcześniejszego filmu jest nad swój wiek inteligentna, a i poczucie humoru ma podobne, choć szanowny tata junowego dziecka chyba może podziękować losowi, że nie aż tak podobne. Oprócz niej zobaczyć tu możemy gościa z „Superbad” w roli wspomnianego ojca oraz etatowego żeńskiego robocopa współczesnego kina – Jennifer Garner, która i tutaj nie traci nic ze swej męskości. Reszta obsady jest marginalna w zasadzie.

Jak już pisałem, „Juno” jest dobrym i sympatycznym filmem, ale zachwyty nad nim są przesadzone. Zresztą podobnie jak i rok temu pod kątem filmu z tej samej parafii czyli „Little Miss Sunshine”. Przy czym „Juno” jednak podobało mi się bardziej. A najbardziej do połowy, bo od połowy to już było nudnawo i film sprawia wrażenie, że jest ciągnięty na siłę byle tylko być trochę dłuższym. A i zakończenie jakieś nie teges. Ogólnie jest dobrze, ale to lekka przesada, że jak dobrze pójdzie to dziś w nocy może zarobić podobne honory jak „Milczenie owiec”. 4(6)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.