Porzucone dziewczynki, Om Shanti Om i Lalka

Cytacik dnia na początek: „Zajmij sie czyms porzytecznym, bo o filmach, za przeproszeniem, gowno wiesz”. Codziennie tak kurde mam! 😀 Może czas wyciągnąć wnioski…

Po wyżaleniu się na łamach bloga, że cierpię na filmowe zatwardzenie, postanowiłem pójść po trochę innej linii oporu… znaczy się po linii trochę innego oporu, tak (?) i obejrzałem dokument BBC o porzucanych indyjskich dziewczynkach. Mocna rzecz pokazująca Indie z zupełnie innej strony niż cukierkowe produkcje filmowe o zakochanych ubranych w sari i turbany. Oczywiście nie będę teraz pisał „łooo, ale zaskoczenie”, bo żadnego zaskoczenia nie zaliczyłem, a i filmową fikcję od rzeczywistego świata jeszcze rozróżniam i jeśli tak się zdarzy, że mi odbije i pozabijam sąsiadów, to nie będę się bronił wpływem filmów na mój umysł. Napiszę tylko, że dziwny jest ten świat, w którym pewne problemy wydawałoby się można rozwiązać w bardzo prosty sposób, a tymczasem nic takiego nie ma miejsca i szacuje się, że do roku 2020 każdego roku w Indiach porzuconych, zabitych, usuniętych, zakopanych żywcem będzie milion dziewczynek.

A wszystko przez głupi posag. Cierpią na nim rodzice dziewczynek, bo muszą go zapłacić, jeśli chcą wydać swoje córki za mąż, cierpią rodzice chłopców, bo z powodu porzucania dziewczynek kandydatek na żony jest coraz mniej (80 dziewczyn na 100 chłopaków) – ogólnie cierpią wszyscy. Czemu więc tego nie zmienić? OK, rozumiem, że to zwyczaj głęboko zakorzeniony w kulturze, ale chyba jakieś granice są…

Po ww. dokumencie zaszalałem i poszedłem za indyjskim ciosem oglądając filmikz premiery „Chak De India” dołączony do wydania DVD tego filmu. Krótki seans przyniósł odkrycie w postaci tego, że mam sławną koleżankę, która już na bollywoodzkich DVD się pojawia:



Ma się te znajomości!

A potem skorzystałem z uprzejmości mądrych planistów z Telewizji Polskiej i zacząłem oglądać „Lalkę”. Szybko okazało się, że:
– filmy w telewizji lepiej się ogląda, bo nie można ich zatrzymać, żeby na chwilę wejść do sieci,
– jak film jest dobry, to żadne zaparcie filmowe nie jest straszne.
A, że „Lalkę” lubię również i w wydaniu książkowym, to z przyjemnością przesiedziałem do ponad drugiej w nocy kontemplując wielkie kino i równie wielkie cytaty w stylu:

– A z których ty Wokulskich?
– Z tych nieznanych nikomu.

Przy okazji przypomniałem sobie jak wielką nienawiścią darzę tę francę Izabellę Łęcką. Z postaci książkowo-filmowych bardziej na nerwy działa mi tylko Ginger w „Kasynie”. Głupi ten Wokulski, że się w takiej torbie zakochał… No, ale, seans „Lalki” przyniósł mi jeszcze jedną refleksję związaną tym razem z wcześniejszym dokumentem o hinduskich dziewczynkach – być może jest i dla nich jakaś nadzieja. W końcu patrzcie jaka kiedyś dziadowska ta nasza Polska była, a teraz dzień dwa i będzie druga Irlandia.

A potem, zamiast iść spać, to poszedłem tropem krótkiej informacji, że miała już miejsce pierwsza projekcja „Om Shanti Om” i trochę pogrzebałem w sieci co i jak. Kinówki nie znalazłem 😉 ale znalazłem za to kilka entuzjastycznych recenzji oraz zainteresowałem się filmem „Saawariya”, który jak się okazuje, jest pierwszym filmem wyprodukowanym i dystrybuowanym w Hollywood przez amerykańskie studio filmowe Columbia TriStar Pictures. W roli głównej ulubienica męża tej Pani zaznaczonej strzałką na zdjęciach wyżej.

A potem… poszedłem spać, bo już było po trzeciej.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.