„Teksańska masakra piłą mechaniczną: Początek” [„The Texas Chainsaw Massacre: The Beginning”]

Jest rok 1969. Dwóch braci wybiera się w ostatnią podróż tuż przed wysłaniem ich do Wietnamu. W podróży tej towarzyszą im ich dziewczyny. W trakcie drogi poprzez pustynne okolice Teksasu dochodzi do wypadku, w którym cała czwórka zostaje poszkodowna. Troje z nich wkrótce wpada w ręce podszywającego się pod szeryfa, Charlie Hewitta, który zabiera ich na swoją farmę, w której to podziemiach większość czasu spędza młody Thomas, który ukrywa przed światem swoją zdeformowaną twarz. A, że parę dni wcześniej wyleciał z hukiem z zamykanej rzeźni, to nic dziwnego, że nie ma dobrego humoru.

Był rok 1974 kiedy to światło dzienne ujrzał niezależny horror wyreżyserowany przez nikomu nieznanego reżysera, Tobe Hoppera. Ten nakręcony za niewiele ponad 80 tysięcy dolarów, które udało się wysupłać z zysków, jakie przyniósł poronograficzny klasyk „Deep Throat”, film, już wkrótce miał trafić na listę filmowych klasyków, stając się jednym z największych sukcesów kina niezależnego z ponad 30 milionami dolarów przychodu i na dodatek z wielką rzeszą oddanych fanów, którzy tytuł „The Texas Chain Saw Massacre” wymawiali z nabożnym uwielbieniem. Nawiasem mówiąc dwójka z takich właśnie fanów została sportretowana kilkanaście lat później w komedii „Summer School” wyreżyserowanej przez Carla Reinera.

Fabuła „The Texas Chain Saw Massacre” była prosta jak drut i opowiadała o rodzinie kanibali z Teksasu, którzy zajmowali się łapaniem Bogu ducha turystów i zjadaniem ich na obiad. Oprócz tego nietypowego zajęcia opiekowali się oni jeszcze zdeformowanym młodzieńcem, który z lubością paradował z maską uszytą z ludzkiej skóry, która to maska przykrywała jego niezbyt szlachetne rysy. Tym młodzieńcem był nikt inny jak słynny Leatherface, który na stałe zagościł w panteonie filmowych potworów. Biorąc to wszystko pod uwagę nic dziwnego, że film Hoppera z miejsca dostał bana Angli, Francji czy Niemczech.

Sukces „The Texas…” zaowocował kolejnymi częściami a w jednej z takich kontynuacji pojawili się nawet Matthew McConaughey i Renee Zellweger będący na początku swojej aktorskiej kariery (warto jednak uczciwie zauważyć, że części tej udało się znaleźć na 77 miejscu listy najgorszych filmów według IMDb). I tak w końcu powoli dotarliśmy do filmu zapowiedzianego w tytule notki. Doatrliśmy już bowiem do 2003 roku, w którym to roku Michael Bay znany z wielkich widowisk takich jak choćby „Pearl Harbor”, postanowił wyprodukować remake filmu Hoppera. A, że był to remake bardzo udany (przynajmniej moim zdaniem) to szybko podjęto decyzję o kuciu żelaza póki gorące. Nie minęło dużo czasu i widzom przyszło się zapoznać z prequelem, czyli filmem opowiadającym o wydarzeniach sprzed tych opowiedzianych w pierwszym filmie.

No i cóż tu dużo gadać. Kawał filmu wyszedł z tego prequela. „The Texas… – The Beginning” to kino, które Quentin najbardziej lubi oglądać. Kino bez oglądania się na to, co wolno pokazać na ekranie, a czego nie wolno. Bez martwienia się o kategorię wiekową jaką się dostanie i bez odwracania kamery w najciekawszym momencie. Owszem, można filmową makabrę spokojnie posunąć jeszcze dalej, ale z drugiej strony narzekać na to, że było jej w tym filmie za mało, zwyczajnie nie można. Zresztą kto wie czy nie ciekawszym od samego wypruwania flaków jest świetny klimat jaki udało się zbudować twórcom zarówno wcześniejszego remake’u jak i tego prequela. Brakuje tu (prequelowi) ‚dokumentalności’ oryginału, ale nadrabia z nawiązką obleśnym klimatem brudnego, opuszczonego miasteczka i zrujnowanego domu, który kryje w sobie niejedną obrzydliwą tajemnicę. Ten makabryczny klimat wyziera niemal z każdego ujęcia, a im dalej w film, tym tego wszystkiego jest więcej. No i jak to się ogląda!

Oczywiście kto nie lubi filmowej makabry to może sobie ów prequel odpuścić, bo krew tu sika solidnym strumieniem, piła mechaniczna jest w nieustanny mruchu a kończyny fruwają z jednego końca ekranu na drugi. Zaserwowano nam tu również obdzieranie twarzy se skóry, więc wrażliwi nie mają tu czego szukać. Wszyscy inni powinni być zadowoleni. Może w końcu przestaną mówić, że „Apocalypto” to krwawy film.

Wady? No niestety są i wady. Najważniejsza jest taka, że tak naprawdę prequel niewiele różni się od remake’u a w zasadzie to ten sam film. Po co więc dwa razy oglądać to samo? Nie wiem, ale mnie się poobało, więc chyba jest w tym jakiś sens. Niemal słyszę w uszach jęki marud narzekających na wtórność „The Beginning” i na to, że zamiast skupić się na dobrym scenariuszu, kino z gatunku horroru skupia się już tylko na epatowaniu okrucieństwem. Może i tak, ale patrząc obiektywnie to zawsze tak było. Tyle, że gdy człowiek mało filmów widział, to mu takie rzeczy nie przeszkadzały. Teraz dożyliśmy takich czasów, że w telewizji lecą nie tylko ruskie kryminały, to i wszyscy się nagle wybredni zrobili. No, ale to nie jest mój problem. Ja miałem zupełnie niespodziewany ubaw i satysfakcję z seansu. „The Beginning” to film w moim stylu i niewiele bym w nim zmienił. No może bym go trochę skrócił, bo skoro wiadomo jak się skończy (w końcu to prequel, więc wiadomo kto przezyje a kto nie) to w pewnym momencie po kulminacji uciekanie przed Leatherfacem staje się trochę nudne dooglądania. No, ale tylko trochę. Bo w końcu czy to przeszkadza w oglądaniu, że się wie, iż James Bond przeżyje? 5(6)

Tak na koniec być może ktoś jest ciekaw jak to jest w temacie „film oparty na prawdziwych wydarzeniach”. Otóż wbrew temu, co próbują nam wmówić z ekranu, „The Beginning” ani w ogóle cała seria nie są oparte na żadnych konkretnych wydarzeniach. Ich twórcy czerpali co prawda inspirację z życia i ‚twórczości’ Eda Geina, który lubił paradować w masce z ludzkiej skóry, ale jest to inspiracja bardzo luźna. Żadnej morderczej rodziny kanibali w Teksasie nie było, a przynajmniej nic o takich nie wiadomo. I tylko okoliczna do miejsca akcji filmu biblioteka po dziś dzień przeklina Tobe Hoppera, bo wciąż zasypywana jest prośbami fanów o podesłanie im kserokopii wycinków gazet opisujących to rzekomo prawdziwe mordercze wydarzenie.

2 odpowiedzi

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl