„The Gravedancers”

Troje przyjaciół ze studiów spotyka się na pogrzebie swojego przyjaciela, który zginął w wypadku samochodowym. Po zakończonej ceremonii wybierają się na symboliczne piwo do knajpy, a stamtąd wracają wprost na cmentarz, gdzie zachęceni pewną wiadomością znalezioną na grobie postanawiają odtańczyć spontaniczny taniec wokół grobów…

Zostałem parę dni temu ostrzeżony, żeby tego nie oglądać, ale jakoś tak z braku laku postanowiłem rzucić okiem, szczególnie, że w roli głównej występuje Dominic Purcell, którego nie to, żebym lubił, ale byłem ciekaw, jak poradzi sobie w filmie pełnometrażowym nakręconym w przerwie kręcenia serialu, w którym występuje, czyli „Prison Break”, gdzie wciela się w rolę Lincolna Burrowsa. Widziałem go już wcześniej parę razy, choćby w „Blade Trinity”, gdzie zagrał prawie najgorszego wampira w historii kina. Najgorszego pod względem aktorskiej kreacji – na czele klasyfikacji niezmiennie Richard Roxburgh z „Van Helsinga”.

Pierwsze wrażenie z filmu: Lincoln z włosami wygląda jeszcze gorzej niż bez włosów. Trudno jest mi sobie wyobrazić fryzurę, w której mu będzie do twarzy. Drugie wrażenia z filmu: ‚ostrzegacz’ miał rację. Nuda i jeszcze raz nuda. Idiotyczne zachowanie bohaterów, typowe elementy składające się na tz. horrorwy ‚nastrój’ (wiadomo, dziwne odgłosy, padający deszcz, szara tonacja zdjęć, nieskończone spacery wolnym krokiem w kierunku skrzypiących drzwi, takie tam). I tak gdzieś do czterdziestej minuty filmu. Co trochę znajdowałem sobie jakieś zajęcie, żeby mieć chwilę przerwy w oglądaniu. Aż tu nagle…

Około czterdziestej minuty wszystko diametralnie się zmienia wraz z pojawieniem się na ekranie sympatycznego specjalisty od zjawisk paranormalnych, w którą to rolę wcielił się Tcheky Karyo. W tym momencie zaczyna się naprawdę dobra, horrorowa zabawa. I znowu poczułem, że wracam do starych dobrych lat osiemdziesiątych i oglądam porządny horror nakręcony z poczuciem humoru, przymrużeniem oka i przede wszystkim dość szybką akcją. Już do samego końca brak ‚azjatyckich’ patentów polegających na masakrycznie wolnej akcji prawie do samego końca. Nikt też nie patrzy jednym wyłupiastym okiem spomiędzy długich czarnych włosów. Zamiast tego mamy stare, dobre rzeczy takie jak rozkopywanie grobów, półzgnite czaszki, bieganie po cmentarzu i chwilami porządną dawkę makabry (ale tylko chwilami). Dodatkowo widać dystans reżysera do opowiadanej historii, przez co wszystko nie jest tak śmiertelnie poważne, jakby mogło być. Naprawdę środek filmu to niezła zabawa i jestem przekonany, że dwadzieścia lat temu byłby to niezły hit video wspominany z rozrzewnieniem do dzisiaj. Zresztą twórcy „The Gravedancers” z pewnością obejrzeli nie raz „The Evil Dead” czy „Poltergeist”. To widać.

I szkoda tylko, że nie wytrzymali w dobrej formie do końca. Akcja co prawda nie zwalnia i dalej wiele się dzieje, ale niestety nie udało się nie przesadzić i najwyraźniej wszystkich poniosła fantazja prowadząca w maliny. To, co wcześniej z przymrużeniem oka zaczęło być niestety idiotyczne, no i dość znacznie osłabiło końcowy efekt. Z drugiej strony tak sobie myślę, że końcówka „Braindead” jest jeszcze bardziej idiotyczna, a jakoś nikt na ten film nie narzeka. Jakby nie było: 4(6) choć były momenty, gdy „The Gravedancers” ocierali się o 5(6).

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl