[„WOLF CREEK”]

Trójka przyjaciół: dwie Brytyjki, Liz i Kristy (Cassandra Magrath, Kessie Morassi) oraz jeden Australijczyk, Ben (Nathan Phillips); wyruszają na podróż bez Australię. Po drodze zatrzymują się w okolicy tytułowego Wolf Creek, którego atrakcją jest potężny krater, powstały na skutek uderzenia meteoru (w rzeczywistości miejsce to nazywa się Wolfe Creek). Nasyciwszy wzrok monumentalnym widokiem, wracają do samochodu, gdzie odkrywają, że auto się zepsuło, a ich zegarki zatrzymały się o tej samej godzinie („Pikniku…” widocznie nasi bohaterowie nie oglądali, bo specjalnie się tym znakiem nie przejmują). Na domiar złego jak okiem sięgnąć nie ma ani śladu żywej duszy. Sytuacja wydaje się być nieciekawa, a nocowanie w pustynnej okolicy nieuniknione. Pakują się więc w samochód i czekają na to, co im los przyniesie. Prezent od losu przyjeżdża w środku nocy półcięzarówką i mówi, że silnik da się naprawić, tyle że będzie musiał ich podholować do swojego obozu, gdzie ma potrzebne części.

Zaczyna się intrygująco. Z samego początku filmu dowiadujemy się kilku rzeczy. Po pierwsze tego, że co roku w Australii odnotowuje się trzydzieści tysięcy zaginięc, z czego 10% nigdy nie udaje się odnaleźć. A po drugie tego, że film został oparty na aktualnych wydarzeniach. Co do pierwszego pewnie racja, natomiast co do drugiego, to sprawa się komplikuje. Film luźno oparty jest na podstawie głośnych zbrodni dokonanych w ostatnim czasie w Australii (sprawy Ivana Milata, Bradleya Murdocha, czy tzw. Snowtown murders) , nie opowiada jednak żadnego konkretnego przypadku. Innymi słowy wszystko, co widzimy na ekranie, to fantazja Grega McLeana, reżysera i scenarzysty w jednym. I z tego, co czytałem opinie o tym filmie, to głównym zarzutem przeciwko niemu jest właśnie to, że pan McLean zwyczajnie oszukał widzów, każąc uwierzyć w to, że jego film opowiada prawdziwą historię. Cóż, każdy ma prawo do swojej opinii, a moja jest taka, że mnie to zupełnie nie przeszkadza. Nic, a nic.

A dlaczego mi to nie przeszkadza? Ano dlatego, że sam film jest w mojej opinii świetny. Właśnie takie filmy lubię. Proste, mocne, bez „czajenia” się. Jak dla mnie nie ma nic gorszego niż robienie filmów „pod” jak najniższą kategorię wiekową, a obecnie na każdym kroku można się z tym spotkać. Dlatego wszystkie te filmy, które przemoc pokazują niezawoalowaną (oczywiście mówię o filmach, w których przemoc jest związana z fabułą, a nie np. o komedii romantycznej, w której w połowie filmu dekapitują wszystkie drugoplanowe postaci bez żadnego wyjaśnienia, ot tak sobie żeby się Quentinowi podobało) na wstępie mają ode mnie plusa. Oczywiście to nie wystarczy, bo słabego filmu nic nie uratuje, nawet fontanny krwi i trzask łamanych kości („Historia przemocy”). Na szczęście „Wolf Creek” słaby nie jest. Przy czym wcale nie jest taki krwawy. W jego przypadku znów jak w przypadku „Devil’s Rejects” mamy do czynienia bardziej z przemocą psychiczną niż fizyczną. Przy czym „Wolf Creek” jest filmem poważniejszym, bardziej zbliżonym do realistycznego kina lat siedemdziesiątych.

No i cóż tu więcej pisać. Bardzo mi się podobało i jestem pod wrażeniem całości. To prosty film z niewielką obsadą (w sumie cztery osoby nie licząc epizodów) i zrealizowany za nieduże pieniądze, a jednak trzyma do końca na krawędzi fotela (choć zachowanie bohaterów czasem irytuje, a i parę naciąganych sytuacji jest). „Wolf Creek” uświadamia, ze świat jest pełen szaleńców i to, jak łatwo można zaginąć bez wieści. Szczególnie na takim pustkowiu jakim są okolice tego australijskiego krateru. 5(6)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.