Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

GDZIE MIESZKA SEN?

No i chciałem jakąś notkę trzasnąć o tej szalonej godzinie, otwarłem notatnik, zacząłem pisać i zapomniałem dać sejwa i wszystko przepadło. Raptem trzy linijki stukaniny, ale i tak przykro mi się zrobiło z tej niepowetowanej straty. Ach, wszędzie kłody pod nogi. Zresztą mam za swoje. Trzecia czternaście nad ranem to nie jest godzina do stukania notek na blogu, bo to wstyd o tej godzinie nie spać w środku tygodnia i jeszcze afiszować się tym przed całym światem. No, ale nic nie poradzę skoro znów do dziewczyn trzech pijanych wciąż jeszcze nie przychodzi sen i zamiast iść do łóżeczka, w którym czeka na mnie wypasionej grubości wiejska kołdra naszpikowana samą naturalnością i grzejąca lepiej niż niejedno nagie ciało (noo, przesadzam, ale muszę sobie takie rzeczy wmawiać żeby się oszukiwać, taki instynkt samozachowawczy) to ja siedzę w nieogrzewanym już pokoju i czekam aż mi zmarznięte mięso odejdzie od palców tak jak w tym szalonym „Men Behing the Sun”, o którym chcę już od dwóch miesięcy napisać w dziale „Banned Movies”. Siedzę i patrzę na procenty. Wiem, że na chwilę obecną najlepiej widziane byłyby procenty alkoholowe, ale niestety te takie nie są. To tylko zasysa się „Scarface” de Palmy. Wolałbym coś nowszego, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się nie lubi. Zawsze to kolejny wiersz w spisie.

Obiecuję sobie już od dwóch godzin, że kładę się spać jak padnie sieć, ale nici z dotrzymania umowy, bo sieć padła już kilka razy, a ja wciąż tu siedzę i choć specjalnie nie mam nic do roboty to gapię się w to szkiełko.

Dobra, zdenerwowałem sie. Znowu padł komp i tym razem poszło w wieczne zapomnienie dużo więcej linijek nastukanego tekstu! Żałujcie, straciliście wzruszającą historię o załatanych, zielonych spodniach od dresu. Nie mam siły jej pisać drugi raz.

Chciałem jeszcze tylko powiedzieć, że na przełomie godziny drugiej i trzeciej wpadłem na całkiem beznadziejny pomysł pogrzebania w swoich dawnych pamiętnikach i zobaczenia co też w minionym stuleciu robiłem w okolicy 25 listopada, co by pochwalić się tu na blogu. Pomysł nie był najlepszy, bo nic ciekawego tam nie znalazłem. Jednego roku smęciłem, że mnie taka jedna Magda nie wzięła ze sobą na Andrzejki (widziałem Ją ostatnio przelotem, ale zrobiłem zwrot na pięcie, bo mi się spieszyło i nie chciałem sobie zajmować czasu gadką szmatką; zresztą i tak była z jakimś facetem to co Ją będę do tłumaczeń zmuszał co to za facet ją zagadał w tej czarnej skórze, czarnym golfie, czarnych spodniach i czarnych butach), roku następnego smęciłem, że po dwóch miesiącach zobaczyłem w końcu moją Anię i że mnie denerwowała, bo wciąż dawała nadzieję na to, że mam czekać, bo wróci do mnie (coś tam było też, że patrzyła na mnie wzrokiem typu „zerżnij mnie”, ale pewnie mi się przewidziało, bo niby skąd u Niej taki wzrok na mój widok?) no, a ostatniego sprawdzanego roku… cóż, ostatniego sprawdzanego roku też smęciłem, ale już raczej pod swoim adresem, bo pretensji do uczuciowego życia mieć wtedy nie mogłem gdyż układało się całkiem sprytnie – mijał miesiąc od naszego oficjalnego zejścia się z Gusią, a w okolicach 25 listopada… no fajnie było :) Co Wam będę mówił. W każdym bądź razie było co poczytać choć raczej nienajmądrzejszy to był pomysł na wieczór. W każdym bądź razie miło wiedzieć, że i szczęśliwe 25 listopada były w moim życiu.

No, a teraz to naprawdę pójdę już może spać jak znowu sieć padnie.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.