„GALAXY QUEST” [„GALAXY QUEST”]

Serial telewizyjny „Galaxy Quest” o kosmicznych podróżach nieustraszonej załogi bohaterskiego statku wciąż święci sukcesy wśród wielopokoleniowej widowni mimo, że (tak mi się wydaje, pewności nie mam) dawno już zakończyła się emisja premierowych odcinków. Wierni fani przybywają jednak wciąż i wciąż na coraz to nowe konwenty poświęcone temu serialowi wynosząc pod niebiosa jego bohaterów, a także aktorów w nich się wcielających. Jednym członkom obsady się to podoba, innym niekoniecznie. Rola w serialu wydaje się być piętnem, którego ciężko się pozbyć. O zaszufladkowanie też nietrudno. Nic dziwnego, że kolejne spotkanie z widzami opóźnia się coraz bardziej. Aktorzy ubierają znienawidzone kostiumy, kłócąc się między sobą o to i tamto. Do spotkania jednak dochodzi. Fani są wniebowzięci, a ich idoli zaczynają boleć ręce od rozdawania autografów. Nie spodziewają się, że kolejni w kolejce fanów, ubrani w dziwne kosmiczne stroje delikwenci zaproszą ich na przygodę życia.

No, przed tym filmem broniłem się ze dwa lata uważając, że jest do bani. Nie przyciągał mnie nawet duuuży dekolt stroju Sigourney Weaver. Po części ta moja niechęć spowodowana była właśnie tym podświadomym przekonaniem, a po części wzięła się od mojego kumpla – wielkiego fana „Star Treka” (nie trudno się domyślić na jakim serialu wzorowany jest „Galaxy Quest”). Prawdę mówiąc choć nie widziałem dużo odcinków kosmicznej wędrówki to mam jej serdecznie dosyć. Przez lata nasłuchałem się peanów na jej część głoszonych przez kumpla co powodowało reakcję zgoła odwrotną od polubienia ‚Star Treka” (każdy by nie wytrzymał jakby mu na siłę kazali oglądać TOSa :)) [dla tych co no abla: „Star Trek: The Original Series” czy jakoś tak]). Tak więc całą moją niechęć „przerzuciłem” automatycznie na „Galaxy Quest”. Tymczasem niesłusznie.

GQ to bardzo fajna komedia (dodatkowo bawi, gdy siedzi się choć trochę w takich „star trekowo konwentowych” klimatach) na której o dziwo nie nudziłem się wcale, a wcale, a i na dodatek serdecznie się z niej uśmiałem. No może nie były to wybuchy wielkiego śmiechu, ale na pewno film nastroił mnie pozytywnie i pozostało mi po nim dobre wrażenie. No, ale z drugiej strony czy może być zły film z Alanem Rickmanem? Dodatkowo zrealizowany z kosmicznym rozmachem (oczywiście w granicach zdrowego rozsądku) powinien spełnić wymagania widza, który ma ochotę się wyluzować po ciężkim dniu przy jakimś lekkim, łatwym i przyjemnym filmie.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl