WIELKIE ŻARCIE

No i tak to jest. Cały dzień się nikt człowiekiem nie interesuje, a jak w końcu siada sobie przed edytorem tekstu i ma zamiar napisać parę słów na bloga, który wysyła mi sygnały, że czuje się opuszczony i tęskni, to nagle zaczyna się wielkie migotanie kopert w prawym dolnym rogu monitora. Na razie dwóch łosi odesłałem w cholerę, ale kto wie co to będzie dalej. Na wszelki wypadek wywaliłem z gadu opis i może teraz będzie łatwiej. Choć znając moje szczęście… Nie chcę już nawet marudzić, że akurat tej osoby z którą chętnie bym pogadał to nie ma. Jedyny pożytek z tego zagadywania jest taki, że mam przynajmniej jakiś wstęp do notki. A to co miało być wstępem w pierwotnej wersji, będzie już drugim akapitem. Ha! Najważniejsze to odnaleźć jakieś pozytywy w każdej negatywnej rzeczy. Takie podejście ułatwia egzystencję, bo jeśli nie potrafimy tego robić, to nagle okazuje się, że wszystko jest do dupy, a „świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia”. Dlatego apeluję o znajdywanie dobra w kazdej złej rzeczy, która się nam przytrafia. Tak, wiem, mnie jest łatwo tak pisać, bo co trochę mi się jakieś niemiłe przygody trafiają. A to mnie na komendę wzywają, a to myślą, że jestem satanista… Ech. I tak już od małego. Do dziś pamietam jak Nyska wioząca do Zawiercia film „Commando”, na który czekałem hoho i trochę, bo bilety to ojciec załatwił już sto lat przed seansem, spaliła się po drodze i w efekcie z „Commando” (na jakiś czas) były nici. Dla małego chłopaka to był cios prosto w serce! Dziś, kiedy Arnie dał sobie spokój z karierą filmową, to nikt nawet nie zrozumie jaki to był ból. Teraz to by nikt nie płakał jakby się po drodze sfajczyła jedyna kopia jakiejś nowości z Freddie Prince Juniorem. Nie ma już takich gwiazd jak Arnie! Szkoda, ze chłop poszedł w politykę. Z drugiej strony nie jego wina, że nikt jeszcze nie wymyślił leku na to co by się nie starzeć.

Cały dzień dzisiaj leje. Z przerwami na szczęście choć w sumie co mi za różnica jak siedzę w pomieszczeniu, gdzie póki co żaden deszcz się nie wedrze. I tylko zza zasłoniętych okien słychać jak deszcz z nieba spłukuje wszystko to, co tylko spłuknąć się da. Zresztą syzyfowa to praca, gdy drzewa wydają się mieć nieskończoną liczbę liści… Niefajna ta jesień brrr, ale to żadna informacja. Jasne, gdzieś tam na pewno znajdą się amatorzy tej pory roku (kolejna to dobra strona internetu – jak się dobrze poszuka to znajdzie się amatorów absolutnie każdej głupoty, a wiadomo, że nic tak nie poprawia humoru jak świadomość istnienia innej osoby, która podziela twoje zainteresowania; nawet jeśli jest to np. kanibalizm – tak mi się skojarzyło akurat i pasuje do tematu wpisu; fajowi byli ci goście co to się umówili na czacie, że jeden zje drugiego; moim zdaniem poczucia humoru im nie brakowało; nie wiem tylko czy zjedzenie to doszło do skutku… nawet jeśli nie, to ja tam się uśmiecham na widok jaki maluje mi się przed oczami – jeden facet wcina jeszcze parującą po gotowaniu nogę, a drugi, który siedzi, bo stać mu nie za wygodnie bez nogi, patrzy na niego zakochanym wzrokiem… ach miłość… nawet ta ekstremalna) (o Jezu! ale to był długi nawias ten poprzedni!), ale myślę, że są oni w znakomitej mniejszości. No, bo cóż tu lubić w jesieni? No chyba, że jest się zakochanym, ale wtedy zmienia się punkt widzenia w każdym prawie temacie.

Skąd temat notki. Ano spożywając dzisiaj obiad przygotowany przez szanowną panią babcię, naszło mnie parę myśli, które specjalnie mądre jak zwykle nie były, ale które przy odrobinie polania wody nadawałyby się na popisanie o nich w blogu. Otóż obiadem tym był gulasz z kurzych żołądków. Brrr… Jak tak patrzę na napisaną nazwę tej potrawy to wydaje mi się, że to nie jest do końca jadalne, a i w gardle czuję taki dziwny ścisk. Tylko dlaczego to takie dobre było? Zwykle tak właśnie jest, że lepiej nie wiedzieć co jemy. Jeśli smakuje, to po co koniecznie dowiadywać się czy a nuż nie są to jądra jakiegoś zwierzaka czy tym podobne bzdury (wiem wiem, tak bez problemu przechodzi mi przez gardło słowo „bzdura”, a przecież niekiedy mowa o takich jądrach co by każdy chciał takie mieć… no, a przynajmniej brzydsza połowa ludzkości 😉 ). I tak sobie pomyślałem, że rzucę okiem na internet w poszukiwaniu przepisów na jakieś dziwne potrawy, które na pierwszy, drugi i na siódmy rzut oka wydają się być niejadalne. Technika kulinarna poszła tak do przodu, że obecnie chyba nic co chodzi, pływa czy pełza nie może być spokojne o swój kuper. Ba, niektóre potrawy to nawet kupra nie mają. No i ludzie to psiajucha jedzą i udają, że smaczne; bo jakoś ciężko mi sobie wyobrazić, że te paskudztwa naprawdę mogą być smaczne. No, ale… Jak postanowiłem tak zrobiłem. I co? I okazało się, że dupa jestem, bo nie umiem szukać w internecie, w którym rzekomo wszystko przecież jest. Owszem, za długo nie szukałem, bo skusiły mnie pewne dwa filmy, ale z tego co znalazłem to nawet nie udało by się sklecić ćwierć notki, a co dopiero całą. Zaraz się tu pewnie znajdą mądrale, które zarzucą mnie linkami do odpowiednich stron, ale to nie zmienia faktu, że ja czegoś takiego znaleźć nie potrafię. Na razie przeszukałem jako tako polskie zasoby internetowe i właściwie to nie znalazłem nic. Wpędziło mnie to w małą depresję, bo kurcze co jak co, ale szukać w internecie to w dwudziestym pierwszym wieku wypada umieć. Można dać sobie spokój z nauką zapalania ogniska od jednej zapałki, ale z czymś takim? Na szczęście w tym przypadku nie odezwała się moja chora ambicja, która niekiedy mnie nęka i każe robić to co zacząłem do pozytywnego końca, bo pewnie do tej pory siedziałbym z nosem w googlach i szperał za czymś, czego znaleźć nie potrafię. A i kto wie czy nie zakończyłbym żywota śledząc w necie przepisy na dziwne potrawy. Tak, to w moim stylu – wszystko byle tylko nienormalnie :) A tak to odpuściłem i może jeszcze kiedyś spróbuję, ale na pewno nie dzisiaj. To coś takiego w stylu Strefy 11. Narobię czytelnikom nomen omen smaka, a potem powiem, że niestety takie poszukiwania są bardzo „pieniądzochłonne” i póki co nie stać mnie żeby je przeprowadzić. Nooo, a teraz kiedy już ten akapit rozdął się do za dużych rozmiarów to dorzucę na koniec jedyny fajowy ni to przepis, ni to zwykłą informację, którą udało mi się wyszperać. Otóż istnieje sobie zwierzę o nazwie luwak (rodzaj tropikalnego lisa), które to zwierzątko zjada dojrzałe owoce kawy, trawi soczystą skórkę i wydala resztę. Ziarenka są następnie zbierane, dokładnie myte i prażone w temperaturze 200 stopni Celsjusza… Kilogram kawy luwak kosztuje 660 dolarów – mała filiżanka napoju, w zależności od klasy lokalu, w jakim jest podawana, od kilkunastu do kilkudziesięciu dolarów… Taaa, od razu przychodzi pomysł na niezły biznes. Lecimy do urzędu i zmieniamy sobie nazwisko na Luwak. Potem wracamy do domu i zaczynamy jeść dojrzałe owoce kawy… Powodzenia! :))

A jak to jest z filmami i z dziwnym jedzeniem? W tym temacie akurat powinienem być biegły, bo w końcu trochę filmów (nie mówiąc już o jedzeniu – w końcu wyglądam jak wyglądam :) ) się w życiu obejrzało. No i faktycznie tutaj jest nieco lepiej, bo parę nie tyle ekstremalnych, co może nawet bardziej zabawnych przykładów mi się przypomniało. I to tak nawet bez wysilenia się za bardzo :) O filmie z tematu notki nie będę wspominał, bo jakoś tak zawsze mnie omijał, a i ja niespecjalnie się męczyłem żeby go wyszperać z jakiejś mysiej dziury, ale rzucę ze dwa przypadki z innych filmów. W końcu na pewno niemało tego było i przy odrobinie woli jest o czym pisać i pisać i pisać… Yyy, znów odbiegam od tematu. No więc pierwszym facetem, który mi się momentalnie przypomniał, był gość z „Króla Olch” Schloendorffa. Celowo zaczynam od takiego mądrzejszego filmu żeby zmylić czujność czytelników siedzących bardziej w temacie i wyjść na większego eksperta niż w rzeczywistości jestem. Ach te tanie chwyty psychologiczne 😉 No więc gość ów rozpoznawał zwierzęta po skosztowaniu ich odchodów znalezionych w lesie. „Oho, to jelonek! Znajdźmy go i zastrzelmy!” :) Hehe. No, a teraz przejdźmy do ojczyzny wszelakiego dziwnego żarcia czyli ogólnie rzecz biorąc do Azji. Spośród setek filmów, a w nich setek sztuk dziwnego żarcia ja chciałbym wspomnieć o kultowym „Klasztorze Shaolin”, w którym jedzono nie aż tak znowu dziwaczne rzeczy, ale przynajmniej zbudowano na tym jeden ciekawy gag. Znaczy dla nich to pewnie była kupa śmiechu, a dla nas konsternacja, no ale… Tak więc był sobie główny bohater, który kochał się w jednej pannie. Panna ta miała ukochanego owczarka niemieckiego, który to gdzieś jej się zgubił. Ona biedna szuka psiaka po lesie, a tymczasem nasz główny bohater cały w skowronkach, bo udało mu się złapać psa. Ciach mach i było po psie. Zdjął z niego skórę, zrobił co trzeba i upiekł nad ogniskiem. Gdy zwierzak był gotowy do spożycia zaczął go zajadać ze smakiem. W tym momecie na miejscu akcji (przypominam: polana, ognisko, nad ogniskiem rożno z kawałkami pieczonego psa na nim, a obok ogniska sympatyczny młody człowiek zajadający inne kawałki szczekającej potrawy) pojawia się zapłakana dziewczyna i pyta go łamiącym serce głosem czy nie widział czasem jej psa… Tak, życie przynosi ze sobą różne niespodzianki i jeśli macie jakieś pomysły jak z twarzą wyjść z tej sytuacji, a na koniec zdobyć serce dziewczyny, to piszcie. Chętnie posłucham. Według mnie więcej tu było powiedziane o trudnej miłości niż u wszystkich Bertoluccich, Kar Waiach i innych Bunuelach razem wziętych.

Smacznego :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.