[„LILJA 4-EVER”]

„You remain dead for all eternity, but you’re alive only for a brief moment… Jump if you want. It’s not dangerous. I’ll catch you. But then you lose. And the assholes that spit at you win. You see?”

Dawno, oj bardzo dawno temu nie widziałem już filmu, który by mną „trzepnął”. Właściwie to nawet nie pamiętam kiedy ostatnio coś takiego mi się przydarzyło. Możecie się śmiać lub nie, ale wszystkie znaki na niebie i ziemii wskazują na „Oczy szeroko zamknięte”. Od tamtej pory, a przecież to już jakiś czas minął, nic a nic. Dziesiątki filmów widziałem, niektóre podobały mi się bardziej, niektóre mniej, ale żaden mną nie „trzepnął”. Aż tu pewnego dnia wpadła mi w ręce płytka z tajemniczym tytułem „Lilja 4-Ever” na okładce. Odpaliłem, patrzę, a tu biegnie jakaś dziewczyna, a w tle pogrywa sobie Rammstein. „Nieźle”, myślę sobie, „zapowiada się całkiem w porządku” (o filmie nie wiedziałem nic a nic). Przewijam dalej, patrzę, a tu po rosyjsku gadają. To trochę ochłodziło moje zakusy. Odpaliłem IMDB w poszukiwaniu jakichś informacji na ten temat i nie musiałem szukać dalej, bo nazwisko reżysera filmu powiedziało mi wszystko. Był to Lucas Moodyson reżyser świetnego „Fucking Amal”.

Lilja ma szesnaście lat. Mieszka w zapadłej i zapomnianej przez Boga i ludzi dziurze w jakiejś postsowieckiej republice (śledztwo wykazało, że w Estonii). Wszystko tu straszy swoim widokiem począwszy od smutnych ludzi, a skończywszy na przypominających wraki budynkach. Tyle, że Lilja nie wydaje się być nieszczęśliwa. Wręcz przeciwnie tryska dobrym humorem i obsypuje świat uśmiechami. Powód tego jest prosty, wkrótce ma wyjechać razem z matką do Stanów Zjednoczonych. Tyle tylko, że matka łaskawie przy kolacji informuje ją, że najpierw wyjedzie tylko ona ze swoim konkubentem, a Lilja dojedzie do nich za jakiś czas. Dziewczyna zostaje sama pod opieką ciotki, która to ciotka na drugi dzień po wyjeździe matki Lilji każe się dziewczynce wyprowadzić i wprowadzić do innego dużo, dużo mniejszego mieszkania tchnącego zgnilizną. Lilja jest załamana, ale jakoś przecież żyć trzeba i wytrzymać do momentu aż matka zabierze ją do siebie. I jeśli myślicie, że gorzej już być nie może to jesteście w dużym błędzie, bo ja opowiedziałem tylko jakieś dziesięć minut filmu.

Nie wiem co mam napisać o tym filmie, bo chyba żadne słowa nie oddadzą tego jaki jest naprawdę. Wspaniały? Odrażający? Brutalny? Ekscytujący? To wszystko brzmi niezbyt odpowiednio w stosunku do niego. I choć z jednej strony każdy z tych epitetów po trochu oddaje to czym jest „Lilja…” to za mało w tych słowach siły żeby przekazać prawdę. Tak myślę, że najlepiej powiedzieć o nim, że jest po prostu prawdziwy. Prawdziwy w swym pokazywaniu świata jakim jest naprawdę. Świata zapomnianych dzieci mających to nieszczęście, że urodziły się tam, gdzie nie powinno zbliżać się żadne dziecko. Od samego początku chwyta za serce i nie puszcza aż do końca. I tylko czuje się coraz mocniejsze bicie serca i coraz większy ucisk w gardle, a słowa bezsilności cisną się do ust nie mogąc wydostać się na zewnątrz… To piękny film. Piękny na swój własny sposób. Film, który zostaje w widzu jeszcze długo po jego zakończeniu. We mnie siedzi już drugi dzień. Siedzi i wiem, że drugi raz chyba nie odważę się go obejrzeć. Szczególnie, że jak się dowiedziałem oparty jest na prawdziwej historii młodej litewskiej dziewczyny. Zresztą, codziennie słyszy się o podobnych co w filmie rzeczach, ale co innego o nich słyszeć, a co innego zobaczyć na własne oczy.

„Fucking Amal” też mną „trzepnął”, ale to było raczej trzepnięcie wzruszenia i jakiejś dziwnej więzi z bohaterkami tego filmu. Natomiast „Lilja…” poruszyła we mnie chyba wszystkie struny. Przy niej FA jest opowieścią dla dzieci sygnowaną przez wytwórnię Walta Disneya. I jeśli FA oceniam na 6(6) (a na tyle go oceniam) to „Lilji…” muszę dać ze dwie oceny więcej. I jeśli myślicie, że to Lars von Trier opowiada smutne historie, to powiem tylko tyle, że mógłby co najwyzej wiązać Moodysonowi buty. U von Triera wszystko jest takie wydumane w swojej formie, co innego tutaj. Nie ma tu żadnych sztuczek pod publiczkę, kombinacji z kadrem czy w sposobie kręcenia. Jest zwykły, czysty film. Tak zwykły, że aż niezwykły.

Pierwszy raz zdarzyło mi się, że przeczytałem wszystko co było do przeczytania o filmie w dyskusyjnych forach IMDB. Postów nie było aż tak dużo, ale co ciekawe wszystkie bez wyjątku pełne były zachwytów nad tym filmem. Zresztą nic dziwnego, w końcu ocenę tam ma również wysoką (8.0). Ja czytałem te komentarze pod jednym kątem, którego wyjawić nie mogę, bo byłby to spoiler. Nikt z wypowiadających się o filmie ludzi nie zwrócił jednak uwagi na ten szczegół, który konkretnie mnie zainteresował. Szczegół, który… a zresztą co ja będę pisał. Obejrzyjcie film i jeśli w trakcie pomyślicie, że wstrząsnął wami już maksymalnie to przyjdzie taka chwila, że odechce się wam wszystkiego. Szczegół, że trochę owa scena będzie nielogiczna w stosunku do tego co dalej, ale „Lilja…” to taki film, którym wybacza się takie pierdoły.

Bardzo, ale to bardzo polecam ostrzegając przy okazji, że osoby wrażliwe mogą poczuć się po nim wyjątkowo źle. Tak jak ja…

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.