Metal Lords (2022), reż. Peter Sollett.
Metal Lords (2022), reż. Peter Sollett.

Metal Lords. Recenzja filmu Netfliksa

Rozrywkowe kino heavy metalowe miało się w ostatnich latach dobrze. Powstały takie filmy jak świetny polski Exterminator, czy fiński Heavy Trip. Netfliksowemu Metal Lords bliżej jednak do innego heavy metalowego filmu z ostatnich miesięcy: Lords of Chaos. Jednakowoż tylko i wyłącznie z powodu panującego w nim chaosu. Recenzja filmu Metal Lords. Netflix.

O czym jest film Metal Lords?

Wychowywany przez ojca Hunter Sylvester (Adrian Greensmith) odnajduje swoje miejsce na ziemi jako lider heavy metalowej formacji. W liceum, do którego uczęszcza, zaprzyjaźnia się z bębniarzem szkolnej orkiestry dętej, Kevinem Schliebem (Jaeden Martell), który zgadza się usiąść za garami. Do pełni formacji brakuje jeszcze basisty. Poszukiwania kończą się niespodziewanie. Oto wybór chłopaków pada na pyskatą wiolo-wiolonczelistkę la, la, la – Emily Spector (Isis Hainsworth). Wspólnie spróbują swoich sił w muzycznym konkursie lokalnych talentów. Przed laty zwycięstwo w nim zapewniło sukces miejscowej legendzie muzyki metalowej, Troyowi Niksowi (Joe Manganiello).

Zwiastun filmu Metal Lords

Recenzja filmu Metal Lords

Nie jest tajemnicą, że lubię filmy, na które pomysł bez problemu wbiłby się do mojej corocznej primaaprilisowej notki. Metal Lords to dzieło wypisz wymaluj prosto z tej listy. Muzycy kapeli metalowej łączą siły z wiolonczelistką, by wygrać konkurs lokalnych talentów – nie trzeba się wysilać, żeby dojrzeć taki opis fabuły w quentinowym wpisie na prima aprilis, prawda? PRAWDA?!

Co robi netfliksowy Metal Lords to udowadnia, że wpisać pomysł na film do notki na 1 kwietnia jest prosto, ale już rozwinąć ten pomysł w dobry film – jest o wiele, wiele trudniejsze. Niby od zawsze stoję na straży zdania, że najważniejszy w filmie jest pomysł, ale cóż znaczy najlepszy nawet pomysł, gdy nie potrafi się go przekuć w fajny film? Jasne, dobry, oryginalny pomysł ułatwia sprawę, ale całej roboty za was nie odwali.

No więc położył Netflix łapy na tym oryginalnym pomyśle (oryginalnym w zakresie jednego z najprostszych konceptów na wymyślenie fabuły: bierzesz dwa przeciwieństwa i każesz im współpracować w drodze do założonego celu; 10 sekund później: ksiądz z Jasnej Góry i częstochowska prostytutka łączą swoje siły w poszukiwaniach skradzionego Obrazu Jasnogórskiego) i myślał, że już jest w ogródku, już wita się z gąską. Niestety. Po rozwinięciu pomysłu w tzw. drabinkę ktoś uznał, że już wystarczy i przystąpiono do realizacji tej burzy mózgów na zadany temat, której nikt nigdy nie zamienił w porządny scenariusz.

Metal Lords to tygiel różnych pomysłów ułożonych w prostą fabułę, której brakuje lekkości, płynności i uroku. Ogląda się go równie ciężko, co da się zrozumieć słowa śpiewane przez wokalistę Children of Bodom. Niby wszystko jest tutaj na swoim miejscu – ciekawy metalowy background służy do pokazania wchodzenia w dorosłość, zmagania się z licealnymi nemesis, a wszystko prowadzi do wokalnego konkursu, który z racji współzawodnictwa powinien wzbudzać emocje (finalny konkurs to jakiś żart) – a jednak źle się to ogląda, a całość męczy topornością. Szczególnie że akcji towarzyszy najbardziej bezpłciowy narrator w historii kina. Jest w nim tyle samo entuzjazmu, co w całym filmie.

Pewnie, dowalą nam czasem typowymi sztuczkami, które mają wynieść film ponad przeciętność (cameo znanych metalowców), ale to tylko pudrowanie trupa, który, jak w tym przysłowiu, jeszcze się poruszy na desce, gdy mu zagrają. Trupa, który jeszcze nie zaczął się całkiem rozkładać, więc patrzy się na niego bez bólu (no chyba, że jest się krewnym reżysera), ale finalnie dojdzie się do wniosku, że lepiej było iść na dyskotekę, a nie na pogrzeb.

Jest w tym całym Metal Lords wszystko. Metalowa terminologia, trochę ciężkiej muzyki, białe farby do twarzy, podśmiechujki z homoseksualności, wrzucony straszliwie z dupy romans, pierwszy raz, choroba psychiczna, tęsknota za rodzicami, dojrzewanie, szkolne chujki z drużyny futbolowej, znane cameosy i uderzenie obuchem w ryj w celu uświadomienia małolatom jak wygląda dorosłość – itd., itp. Można z tego wnioskować, że podwaliny do ciekawej produkcji były. No ale trzeba to jeszcze było posklejać w film, a nie rzucić przed siebie i zobaczyć, gdzie się przyklei.

PS. Interesujące rzeczy dzieją się w netfliksowym przekładzie Metal Lords:

(2528)

Rozrywkowe kino heavy metalowe miało się w ostatnich latach dobrze. Powstały takie filmy jak świetny polski Exterminator, czy fiński Heavy Trip. Netfliksowemu Metal Lords bliżej jednak do innego heavy metalowego filmu z ostatnich miesięcy: Lords of Chaos. Jednakowoż tylko i wyłącznie z powodu panującego w nim chaosu. Recenzja filmu Metal Lords. Netflix. O czym jest film Metal Lords? Wychowywany przez ojca Hunter Sylvester (Adrian Greensmith) odnajduje swoje miejsce na ziemi jako lider heavy metalowej formacji. W liceum, do którego uczęszcza, zaprzyjaźnia się z bębniarzem szkolnej orkiestry dętej, Kevinem Schliebem (Jaeden Martell), który zgadza się usiąść za garami. Do pełni formacji…

Czas na ocenę:

Ocena: 4

4

wg Q-skali

Podsumowanie: Muzycy kapeli metalowej łączą siły z wiolonczelistką, by wygrać konkurs lokalnych talentów. Eunuch, krytyk i reżyser „Metal Lords” z jednej są parafii – wszyscy wiedzą jak, ale żaden nie potrafi.

Odpowiedź

  1. oj ta produkcja chyba się średnio obroni

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl