Spider-Man: Bez drogi do domu (2021), rez. Jon Watts.
Spider-Man: Bez drogi do domu (2021), rez. Jon Watts.

Spider-Man: Bez drogi do domu. Recenzja filmu Spider-Man: No Way Home

Obejrzałem nowego Spider-Mana już w dniu premiery, w fatalnym towarzystwie małoletnich debili. Reckę piszę jednak dopiero teraz, ale nie dlatego, że musiałem przetrawić to, co zobaczyłem, a z bardziej prozaicznego powodu. Wcześniej nie miałem kiedy. I choć nie będzie to aż tak entuzjastyczna recenzja jak większość recenzji filmu Spider-Man: Bez drogi do domu, to ubolewać w niej będę nad tym, że ocena tego właśnie filmu mogła być dużo wyższa, może i nawet maksymalna, gdyby nie pewien nie tak drobny szczegół. Recenzja filmu Spider-Man: Bez drogi do domu.

O czym jest film Spider-Man: Bez drogi do domu

Maska opadła, cały świat dowiaduje się, kto kryje się w kostiumie Spider-Mana. To on, Peter Parker (Tom Holland)! Niepozorny małolat uganiający się za MJ (Zendaya) i kumplujący się z Nedem (Jacob Batalon). Samo odkrycie tożsamości Parkera nie byłoby jeszcze takie straszne, gdyby nie fakt, że J. Jonah Jameson (J.K. Simmons) z The Daily Bugle zaczyna przedstawiać Spider-Mana nie jako superbohatera, a jako złoczyńcę. A ludzie mu w to wierzą, z powodu czego krzywo zaczynają patrzeć na Parkera i oskarżać go o zamordowanie Mysterio. Sytuacja eskaluje do tego punktu, w którym problemy ma nie tylko Parker, ale i jego przyjaciele. A jak przystało na dobrego nastolatka, Parker postanawia coś w tej sprawie zrobić. Odwiedza swojego dobrego przyjaciela Stephena „nie mów do mnie sir” Strange’a i prosi go o rzucenie zaklęcia. Zaklęcie ma sprawić, że wszyscy zapomną, kim w cywilu jest Spider-Man i stracą wszelkie wspomnienia z tym związane. Rodzi to dla Parkera pewne problemy, które i tak zbledną w porównaniu z tym, jakie reperkusje w wieloświecie (w filmach studia Sony to nadal jest multiwersum; a przynajmniej tak było, gdy pisałem tę reckę, bo dziś dowiadujemy się, że jednak zrezygnowano z tłumaczenia multiverse jako wieloświat) przyniesie zaklęcie Strange’a.

Zwiastun filmu Spider-Man: Bez drogi do domu

Recenzja filmu Spider-Man: Bez drogi do domu

Niestety. Można sobie tylko wyobrazić, jak oglądałoby się ten film bez wiedzy posiadanej przed seansem. Wiedzy, której nie sposób było przed seansem nie posiąść, bo przekazanej w zwiastunach i oficjalnych informacjach. Z założenia nie uznaję zwiastunów za spoiler, więc ich nie unikam. Zresztą byłoby to głupotą tak zamknąć się na cały ten medialny szum i nie łowić z niego informacji. A tych w przypadku filmu Spider-Man: Bez drogi do domu było naprawdę sporo. Gdzie tam sporo, była ich cała masa! Bo to nie tylko oficjalne materiały, ale trwające od długich tygodnie zaprzeczenia na zmianę wszelkim wyciekom i fotkom z planu analizowanym do znudzenia pod kątem tego czy są prawdziwe, czy tylko fake’ami.

No i z całą tą posiadaną wiedzą seans filmu Spider-Man: Bez drogi do domu nie sprawia takiej przyjemności, jak mógłby sprawić. A przynajmniej jak można tego przypuszczać, bo sprawdzić nie sposób. Wiadomo było ze zwiastunów (pamiętajcie, dla mnie to nie spoiler, więc jeśli unikacie zwiastunów, to sobie teraz stąd idźcie), że w trzeciej części trzeciego Spider-Mana powrócą złoczyńcy z filmów z Tobeyem Maguirem i Andrew Garfieldem – i oni rzeczywiście powrócili. Wiadomych było jeszcze kilka innych informacji, które mogły być prawdziwe, ale prawdziwe być nie musiały. Film odpowiedział na te wszelkie spekulacje, ale finalnie odpowiedź na te niewiadome również nie była w żaden sposób zaskakująca. Wiadomo było bowiem, że będzie albo tak albo tak i było tak albo tak. Pod tym względem można powiedzieć wprost, że Spider-Man: No Way Home nie zaskoczył zupełnie niczym. Wszystkiego co tu zobaczycie, bądź tu nie zobaczycie – można się było spodziewać i zostało zapowiedziane w ten bądź inny sposób.

I teraz nie wiem, jak sensownie ocenić film Wattsa, bo tak zupełnie na chłodno, to nie podobał mi się aż tak bardzo. Ot, kolejny solidny Marvel z momentami przynudzania i niepotrzebnego rozwlekania. No ale czy to przynudzanie i rozwlekanie w jakikolwiek sposób by w ogóle przeszkadzało, gdyby nie posiadana wcześniej wiedza/niewiedza. Myślę, że, kurde, NIE! Wtedy byłby to prawdziwy sztos i samo pojawienie się Octopusa pewnie podniosłoby ocenę, nie mówiąc o kolejnych złolach w bogatym roosterze tego filmu.

Można więc sobie tylko gdybać, co nigdy nie sprzyja żadnej recenzji pragnącej być rzeczową i konkretną. Oceniam tak, ale gdyby coś tam, to oceniłbym wyżej. A idź pan w cholerę z taką „opinią”!

Nie mam żadnego hejtu na marvelowskie produkcje, a przynajmniej te disneyowskie. Ta jest od Sony, ale nie ma się co oszukiwać, że bardziej należy do MCU, a nie do tych wszystkich nędznych Venomów i spodziewam się, że równie nędznego Morbiusa. Spider-Man zawsze leżał w tej samej półce co Avengersi, niezależnie od tego, kto go produkował. A skoro więc nie mam hejtu na tę półkę, to i generalnie lubię znakomitą większość filmów z MCU. Mniej lub bardziej, ale prawie zawsze na plus. Odsączając więc z Bez drogi do domu te wszystkie spodziewane niespodzianki osobowe, zostaje nam kolejna marvelowska produkcja głównie zwracająca uwagę pomysłowością. Tak, braku tej pomysłowości nie sposób im zarzucić, bo przecież po trzydziestu filmach serii wydawać by się mogło, że cykl dotarł donikąd.

A mimo to autorzy kolejnych filmów potrafią wycisnąć jeszcze coś nowego i jeśli nie zaproponować zupełnie nowej estetyki (Shang-Chi), to zaproponować sposób na dalsze przedłużenie franczyzy A trudno nie ocenić tego sposobu na takie przedłużenie zaprezentowanego przez film Spider-Man: Bez drogi do domu jako spektakularny. Bach, jeden film i już spokojnie można kolejnych pięć części dokręcić. Ja to bardzo szanuję i podziwiam. Szczególnie że teraz w parze z filmami zaczęły też powstawać seriale. I robi to wrażenie, nawet jeśli ma się świadomość, że sensem większości nowych produkcji są jedynie sceny po napisach.

Spider-Man: Bez drogi do domu to jedna wielka scena po napisach, w której znalazły się jeszcze dwie kolejne sceny po napisach.

Nie za bardzo da się pisać recenzję nowego Spider-Mana bez spoilerów, stąd te bardziej ogólne rozważania na temat filmu. Myślałem, że przejdę po nich do sekcji spoilerowej, ale chyba nie ma takiej potrzeby, bo wiele ona nie wniesie, a parę dni po premierze nie ma się już co chwalić, że zna się odpowiedzi na wszystkie pytania. Szał na punkcie tego filmu uważam za zrozumiały, choć myślę, że fani bardziej chcą być zachwyceni niż w rzeczywistości są. Ale to tylko dlatego, że już wcześniej wiedzieli praktycznie wszystko i film jedynie utwierdził ich w przekonaniu, bądź zawiódł oczekiwania.

Fajnie udało się obmyśleć tę całą historię. Wynika z tego wiele momentów wesołych, ale też i kilka smutnych. Choć to opowieść o superbohaterach, to jest to też trochę opowieść o życiu, dojrzewaniu, wyborach i takie tam. Czyli sprytne połączenie widowiska i przemyśleń na poziomie nastolatka, a nie dojrzałego filozofa. Wizualnie oczywiście się broni, choć żadnych monumentalnych scen rozpierduchy tu się nie spodziewajcie. Każdy bohater tej opowieści dostał wystarczająco dużo czasu, żeby zaistnieć (weźcie już i ukatrupcie tego okropnego Happy Hogana w wykonaniu niezabawnego Jona Favreau) i z tego też względu to fabuła jest tu ważniejsza niż wizualne delicje.

Nie udało się natomiast uniknąć jednej rzeczy, która zarazem będzie jedynym SPOILEREM w tej całej recenzji. A przy okazji wskazanym tu mankamentem. Jakkolwiek satysfakcjonujący jest główny pomysł na tę odsłonę Spider-Mana, to zbyt dużymi momentami trudno jest nie oprzeć się wrażeniu, że niebezpiecznie przypomina to wszystko odcinek programu Saturday Night Live.

(2514)

Obejrzałem nowego Spider-Mana już w dniu premiery, w fatalnym towarzystwie małoletnich debili. Reckę piszę jednak dopiero teraz, ale nie dlatego, że musiałem przetrawić to, co zobaczyłem, a z bardziej prozaicznego powodu. Wcześniej nie miałem kiedy. I choć nie będzie to aż tak entuzjastyczna recenzja jak większość recenzji filmu Spider-Man: Bez drogi do domu, to ubolewać w niej będę nad tym, że ocena tego właśnie filmu mogła być dużo wyższa, może i nawet maksymalna, gdyby nie pewien nie tak drobny szczegół. Recenzja filmu Spider-Man: Bez drogi do domu. O czym jest film Spider-Man: Bez drogi do domu Maska opadła, cały świat…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Po ujawnieniu tożsamości Spider-Mana, Peter Parker zrobi wszystko, aby prawie cały świat zapomniał o tym, kim naprawdę jest. Chyba najprościej byłoby określić ten film mianem jednej wielkiej sceny po napisach. Z dwoma dodatkowymi scenami po napisach.

2 odpowiedzi

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl